– W Ameryce u Mai nie było widać radości z gry, za mało było fantazji. Skupiłbym się na opracowaniu planu awaryjnego, planu B – mówi Paweł Kałuża, czyli trener, który nauczył Maję Chwalińską grać w tenisa i prowadził ją przez 12 lat. Szkoleniowiec wierzył, że na pierwszą rywalkę w Singapurze Mai wystarczy plan A. Ale trener Kałuża ma do nas wszystkich ważny apel dotyczący Chwalińskiej.
Dodaj nas do ulubionych źródeł w Google
– Większość kibiców dopiero poznaje Maję, bo przecież przed tegorocznym Rolandem jej mecze praktycznie nie były pokazywane w telewizji. W Paryżu Maja zaprezentowała się pod każdym względem perfekcyjnie: i technicznie oraz taktycznie na korcie, i dawała piękne, ciekawe wywiady, i mentalnie była wspaniała. Ludzie poznali jej najlepszą wersję. Idealną. Natomiast przed chwilą w Ameryce Maja wyglądała inaczej, brakowało radości – zauważa Paweł Kałuża.
Jaką Maję Chwalińską zobaczymy w azjatyckiej części sezonu? W poniedziałek w pierwszej rundzie turnieju WTA 500 w Singapurze Polka notowana na 26. miejscu w światowym rankingu WTA pokonała 6:4, 6:2 zajmującą 146. miejsce Rebeccę Sramkovą ze Słowacji. W drugiej rundzie Chwalińska zagra z kolejną niżej notowaną przeciwniczką – Ukrainką Ołeksandrą Olijnykową (47 WTA) albo Amerykanką Vivian Wolff (240 WTA). Czy możemy liczyć, że pierwszy raz od Rolanda Garrosa Maja wygra co najmniej dwa mecze z rzędu? Dlaczego nie powinniśmy porównywać jej do Rybakiny, Sabalenki i do Świątek?
Łukasz Jachimiak: W trakcie Rolanda Garrosa wszyscy pokochaliśmy Maję Chwalińską, a teraz większość z nas martwi się, widząc, że Mai nie jest łatwo odnaleźć się w całkiem nowej rzeczywistości. Jak to wszystko przeżywa pan, czyli człowiek, który nauczył Maję grać w tenisa i był jej trenerem aż przez 12 lat?
Paweł Kałuża: Maja rozbudziła apetyty kibiców ogromnym sukcesem w Paryżu, dlatego zrozumiałe jest, że teraz żyje w całkiem nowej rzeczywistości. Sygnalizowałem, że tak będzie już w trakcie Rolanda Garrosa. Mnie ani trochę nie dziwi, że Mai nie jest z tym wszystkim lekko. Po Paryżu pojawiło się zmęczenie fizycznie i psychicznie, bo tak musiało być. Do tego doszło ogromne zainteresowanie kibiców, mediów i sponsorów, i to się musiało na Mai odbić. Suma tego wszystkiego sprawiła, że Maja nie była w najwyższej dyspozycji. Ale uważam, że teraz będzie lepiej, że od początku azjatyckiego cyklu zobaczymy lepszą Maję niż ostatnio. Nie obawiałem się specjalnie jej meczu ze Sramkovą w pierwszej rundzie, a bardzo ciekaw jestem debla, w którym Maja zagra w parze z Barborą Krejcikovą.
Nie obawiał się pan, że Sramkova mogła się okazać kolejną zbyt silną fizycznie przeciwniczką dla Chwalińskiej? Słowaczka ma aż 179 cm wzrostu przy tylko 164 cm Mai. Ja się trochę bałem czy spryt Mai, jej inteligencja i czucie gry, którymi błyszczała na paryskiej mączce, to nie będzie za mało, jeśli Słowaczka po prostu będzie dużo mocniej serwowała i uderzała w wymianach.
– Oczywiście mączka to idealna nawierzchnia dla Mai, ale to też nie jest tak, że Maja na innych kortach jest totalnie bezradna. Szczerze mówiąc, mimo jej ogromnego zmęczenia po Rolandzie Garrosie, liczyłem, że zagra jakieś dobre mecze na Wimbledonie. I tak naprawdę niewiele brakowało. Wszystko mogło się potoczyć trochę inaczej.
Zobacz wideo Rewolucja w życiu Mai Chwalińskiej. Tego jeszcze nie przeżyła
Wszyscy pamiętamy, że w pierwszej rundzie Wimbledonu Maja prowadziła z Mananchayą Sawangkaew 6:2, 5:2 i miała piłkę meczową, ale podkręciła kostkę i zwycięstwo uciekło.
– Później w wywiadach Maja mówiła też o skurczach, które jej w tym meczu dokuczały. To dowód zmęczenia, o którym mówię. Ale wydaje mi się, że gdyby domknęła tamten mecz, to rozegrałaby na Wimbledonie trzy rundy. Pewnie w trzeciej raczej by przegrała z Karoliną Muchovą, która była w dobrej formie i doszła aż do finału. Pewnie na tym etapie Mai już by zabrakło siły. Ale gdyby takie trzy mecze na Wimbledonie się wydarzyły, to zapewne później Maja pojechałaby na dwa planowane turnieje na mączce i następnie inaczej by się jej ułożył cały cykl amerykański. Niestety, na Wimbledonie była kontuzja, minęło sporo czasu, zanim Maja się wyleczyła, a po przerwie nie była w rytmie meczowym. Jej występy za oceanem nie były udane, patrząc na wyniki, bo wygrała tylko jedno z pięciu spotkań singlowych. Ale ja patrzę też na deble, a tam odniosła dwa zwycięstwa [w czterech meczach – red]. I generalnie uważam, że ten trudny czas zaprocentuje. Na miejscu Mai skupiłbym się na dobrym przygotowaniu i dostosowaniu swoich atutów do szybszej nawierzchni. Maja z pomocą swojego sztabu na pewno jest w stanie to zrobić. Na pewno będzie lepiej, niż było.
Dzięki czemu będzie lepiej? Co konkretnie Maja poprawi, bazując na tych niełatwych doświadczeniach z amerykańskiej części sezonu? Niedawno pytałem Johna McEnroe’a, co Chwalińska powinna zmienić, a on głównie ubolewał, że Polka nie urośnie, bo przez to raczej nie będzie w stanie mocniej serwować. Pana pytam czy Maja powinna bardziej ryzykować, czy może cały czas trzymać się tego, co ma najlepsze i liczyć, że i na kortach twardych spryt może co jakiś czas okazywać się kluczem do wygrywania?
– Uważam, że cały czas Maja musi doskonalić swoje atuty, ale w zależności od nawierzchni pewne rzeczy trzeba korygować. W Ameryce u Mai nie było widać radości z gry, za mało było fantazji. A jednocześnie widzieliśmy, że przeciwniczki grały z nią inaczej niż w Paryżu. Ale to było do przewidzenia. Skupiłbym się na opracowaniu planu awaryjnego, planu B. Warto mieć taki plan, gdy nie idzie plan A. Ostatnio plan A nie działał i nie było wtedy widać, żeby Maja próbowała jakiejś innej opcji.
Jak ten plan B miałby wyglądać?
– To nic rewolucyjnego: to powinna być próba bardziej ofensywnego grania, szybszego. Na kortach twardych najwięcej jest akcji krótkich i średnich, tam się punkty rozgrywają najczęściej w przedziale od jednego do ośmiu uderzeń w wymianach. Szczególnie na tej nawierzchni pierwsze uderzenia ustawiają wszystko. Pierwsze, czyli serwis i return, a następnie najczęściej po forhendzie od każdej z zawodniczek. Jestem przekonany, że na treningach przed turniejem w Singapurze Maja to trenowała. Ale musi być cierpliwa. I my też musimy być cierpliwi. My wszyscy: eksperci, komentatorzy, kibice. Wielką prawdą o tenisie i o sporcie w ogóle jest to, że ogromnie trudno przejść z sukcesami z rywalizacji juniorskiej do świata zawodowców. Maja to zrobiła. Ale teraz doświadcza może jeszcze trudniejszego etapu. Bo nagle, z dnia na dzień, przeszła z zaplecza wielkiego tenisa, czyli spoza pierwszej setki, do absolutnej czołówki światowej.
Znakiem niecierpliwości są te podpowiedzi dla Mai, które mówią, że może powinna zejść o poziom niżej i pograć w mniejszych turniejach? Ludzie, którzy to doradzają, podkreślają, że Chwalińska mogłaby się odbudować zwycięstwami. Ale z drugiej strony pojawia się wątpliwość, jak rezygnować z grania na przykład turniejów WTA 1000, do których przez całą karierę nie miało się wejścia, a teraz jest się w nich od razu rozstawionym, od razu wchodzi się do drugiej rundy, zarabia się pieniądze i punkty rankingowe. No i też pewnie mimo kilku porażek cały czas się wierzy, że i na tym najwyższym poziomie jest się w stanie wygrywać mecze?
– Moim zdaniem granie na najwyższym poziomie to jest dla Mai wyzwanie, któremu ona musi sprostać, a nie przed nim uciekać. Jak Maja była na zapleczu pierwszej setki, to często się pojawiały opinie, że eliminacje do wielkich turniejów są dla niej bardzo ciężkie, wyniszczające. A teraz jak zrobiła ranking i jest w głównych turniejach, to słyszy złote rady, żeby z tego rezygnowała, schodziła niżej i tam szukała odbudowy. Nie uważam, żeby rywalki w „tysięcznikach” były dla Mai za trudne. Oczywiście można trochę sobie w kalendarzu pomieszać i grać na przykład dwie trzecie wielkich turniejów, a tę jedną trzecią pograć sobie w imprezach rangi WTA 250 czy WTA 500. Ale przecież i tam można trafić na bardzo fizyczną rywalkę.
Przykładem Alycia Parks w Monterrey w imprezie rangi właśnie WTA 500. Założenie Mai i jej sztabu było takie, żeby pograła jak najwięcej przed US Open, ale – niestety – jak Amerykanka od drugiego seta zaczęła trafiać serwisy po 200 km/h i rozkręciła się też w wymianach, to Maja nie była w stanie nic zrobić.
– Zgadza się, tak było. Maja doświadcza różnych trudnych sytuacji i tak naprawdę trzeba się z tego cieszyć. Przecież o to chodzi. Ona całe życie chciała tu być i na to pracowała. Sama sobie wywalczyła sporo czasu na przyzwyczajenie się do tego wszystkiego, bo punktów na Rolandzie Garrosie zdobyła tyle, że do przyszłorocznego Rolanda będzie mogła grać we wszystkich największych turniejach. Dajmy jej grać, pozwólmy jej się budować. Ona będzie robiła progres. Uważam, że utrzyma się w setce, a nawet wyżej, w top 50, na długi czas i później z tego będzie robiła skok na wyższe pozycje. Liczę, że Maja tak to widzi i że sztab ją w takim spojrzeniu wspiera. My musimy ich w tym wspierać, a nie krytykować, bo chcielibyśmy więcej i szybciej. Przyglądajmy się temu, co zaplanowali i kiedy to wszystko zaskoczy.
Jest pan jedną z osób najlepiej znających Maję Chwalińską – widzi pan u niej spokój czy raczej niepokój? Jak pan odbiera te opinie o złej mowie ciała Mai w jednym czy drugim meczu, o jakimś zniechęceniu, może przytłoczeniu oczekiwaniami i naszymi, i jej własnymi?
– Większość kibiców dopiero poznaje Maję, bo przecież przed tegorocznym Rolandem jej mecze praktycznie nie były pokazywane w telewizji. W Paryżu Maja zaprezentowała się pod każdym względem perfekcyjnie: i technicznie oraz taktycznie na korcie, i dawała piękne, ciekawe wywiady, i mentalnie była wspaniała. Ludzie poznali jej najlepszą wersję. Idealną. Natomiast przed chwilą w Ameryce Maja wyglądała inaczej, radości brakowało. Może u Mai był troszkę syndrom zniechęcenia czy może bardziej przesycenia, ale to jest normalne. Przecież ona w Paryżu rozegrała 10 meczów w ciągu niecałych trzech tygodni. To jest w stanie wyczerpać baterie w człowieku. Zwłaszcza gdy to są pierwsze takie mecze w życiu i wiążą się z taką niezwykłą otoczką. Proszę zauważyć, że po tych 10 meczach w niespełna trzy tygodnie Maja rozegrała mniej meczów w następne trzy miesiące. Tu szkoda, że nie było ich więcej, bo przez to Mai brakuje rytmu. Ale z drugiej strony, jej organizm pewnie wrócił na swoje normalne tory. Na ile znam Maję, wiem, że teraz będzie już tylko lepiej.
Liczy pan, że znów będzie w niej jednocześnie głód wygrywania, fizyczna gotowość do walki i w głowie spokój w trudnych sytuacjach?
– Tak. Liczę też, że naprawdę sporo Maja się nauczyła w Ameryce. Bardzo się cieszę, że na US Open miała okazję dobrze się pokazać w deblu razem z Magdą Linette i że teraz w Singapurze pogra z Barborą Krejcikovą. To są bardzo doświadczone tenisistki, na pewno Maja już skorzystała z wartościowych momentów na wspólnych meczach i treningach z Magdą, na pewno skorzystała z tego, że miała okazję spotkać Agnieszkę Radwańską, która jest mentorką Magdy. A teraz liczę, że bardzo dużo jej da współpraca z Krejcikovą, która jest wielką mistrzynią – szlemy wygrywała przecież i w singlu [dwa – red.], i w deblu [aż siedem – red.]. Podkreślam znaczenie debla, bo wiem, jak bardzo kibice go nie doceniają. Większość skupia się na tym, że Maja odpadła z US Open już w pierwszej rundzie, ale ja jako trener wiem, jak dużo Mai mogło dać to, że na tych trudnych dla siebie, twardych, kortach zagrała jeszcze dwa mecze w deblu. To dodatkowe okazje, żeby na nawierzchni, której nie lubi, potrenować i serwis, i return, i przeróżne uderzenia szybkie, w niewygodnych pozycjach, których w deblu jest więcej – przeróżne woleje, stopwoleje, pół-woleje drive’y. A przy tych wszystkich akcjach Maja jeszcze korzysta z rad bardziej doświadczonych zawodniczek. Też życiowo, nie tylko tenisowo.
Dajmy Mai się zadomowić tu, gdzie jest. Przeskoczyć z życia, które prowadziła przez wiele lat grania w tenisa do światowej czołówki to nie jest takie hop-siup, jak się wielu wydaje. Pamiętajmy, że Maja przez kilka lat biła się o pierwszą setkę, ale stał przed nią mur, którego nie udawało jej się pokonać. Niedawno w końcu go przeskoczyła czy wręcz rozbiła w imponującym stylu. Ale to nie jest tak, że od tego momentu ona miała już tylko wygrywać, wręcz dominować. Jeśli niektórzy eksperci mówią dziś, że po Mai widać zniechęcenie ostatnimi porażkami, to może zastanówmy się, do kogo oni Maję porównują. Do Rybakiny? Do Sabalenki? Do Igi Świątek? Może nie przesadzajmy i porównujmy Maję chociaż do rywalek, które są obok niej w światowym rankingu.