Iga Świątek dała pokaz siły w ćwierćfinale turnieju WTA w Toronto w meczu z Dianą Sznajder. – Świetnie się bawiłam i podobało mi się to, jak gram – powiedziała po meczu reprezentankta Polski. Wygrała 6:2, 6:1. Jeśli dwa dni wcześniej zagrała z Martą Kostiuk swój najlepszy mecz w tym sezonie, to we wtorek jej tenis był nawet lepszy.
Iga Świątek powalczy o finał turnieju w Toronto (WTA 1000), bo w ćwierćfinale z Dianą Sznajder zagrała, jakby wrył się jej mocno hit Ariany Grande z koncertu w Bostonie, na który pojechała pod koniec lipca. „God is a woman”, Bóg jest kobietą. Świątek kontrolowała mecz, jak w latach, gdy rządziła niepodzielnie na kortach, a rywalki były zastraszone siłą jej gry. W tym meczu 22-letnia Diana Sznajder przypominała zastraszoną dziewczynę w konfrontacji z siłą wyższą.
Zobacz wideo Grand Prix PGE. CUK Anioły Toruń najlepsze na plaży w Ustce. „To są dwie inne dyscypliny”
Iga Świątek – Diana Sznajder. Początek jak ze snów
Polka zaczęła mecz od przełamania leworęcznej rywalki, która wybrała serwis przy losowaniu, ale podawała koszmarnie. Z czasem Rosjanka się otrząsnęła i jej gemy serwisowe wyglądały porządniej. Obie broniły swojego podania, ale Iga sprawiała rywalce znacznie więcej problemów przy swoim serwisie i returnie – grała wysokie piłki i topspinowe forhendy, z którymi Sznajder, niewysoka, miała nadzwyczajne kłopoty. Świątek przełamała po raz drugi Rosjankę na 5:2, obroniła serwis i wygrała pierwszy set 6:2.
Świątek grała w pierwszym secie z wielkim przekonaniem. Było to absolutnie zrozumiałe, właśnie rozegrała najlepszy mecz w sezonie – z Martą Kostiuk. Ona sama użyła zwrotu „jeden z…”, ale osoba, które oglądała miotanie się tenisistki z zawodniczkami nie tylko lepszymi od siebie, ale i znacznie niżej notowanymi, wie, że to BYŁ najlepszy jej mecz w tym roku. Odwróciła niekorzystny przebieg meczu po utracie pierwszego seta. Wygrała w drugim, czyli właśnie wtedy, gdy jej tenis się często załamuje, kiedy traci solidność serwisu, o ile go w ogóle miała – bo zazwyczaj to był jej największy problem. Z Kostiuk serwis – po pierwszym secie – był mocny i stabilny. Wtedy, kiedy doświadczeni kibice zaczynają drżeć z niepokoju, ona zamieniła się w wiązkę koncentracji, snop skupionej energii. Wygrała kolejne dwa sety bardzo pewnie.
Ten drugi set, przy którym drżą kibice oglądając mecze Świątek, w meczu ze Sznajder był równie uspokajający co w meczu z Kostiuk. Świątek – grając ze znakomitą skutecznością returnów – przełamała rywalkę na 2:1, potem podwyższyła na 3:1. A następnie 4:1 po kolejnym przełamaniu Sznajder.
Wielkiej walki nie było. Świątek na to nie pozwoliła.
Iga Świątek – Diana Sznajder. Kontrola do końca
W związku z tym, w całym meczu najbardziej zastanawiający był trenerski brak na ławce Świątek. To znaczy, trener Francisco Roig zapowiadał, że nie jest gotowy być przez pełny sezon ze swoją zawodniczką, bo Odyseja przy cyklu WTA Tour to wycieczka do Wilanowa, i ona to zaakceptowała. Jego nieobecność na początku amerykańskiego cyklu była planowana. Ale z pewnością Świątek sądziła, że łatwiej będzie jej znaleźć drugiego szkoleniowca, który wypełni lukę. Szczerze mówiąc nie wiadomo, dlaczego sprawa się tak ślimaczy. Na razie podpowiedzi z ławki – cenne według Świątek, jeszcze na korcie zapytanej o mecz – trafiały. Chodziło w nich o to, żeby Świątek trzymała się ustalonej taktyki.
Mecz z Kostiuk był pierwszą wygraną Świątek z kimś znaczącym, od zwycięstwa z Jessicą Pegulą w ćwierćfinale w Rzymie. Był też trzecim takim zdarzaniem w tym roku, licząc pokonanie Karoliny Muchovej w Indian Wells. Mecz ze Sznajder kolejnym takim spotkaniem, dzięki któremu można zbudować w sobie wiarę w odzyskanie królestwa.
O finał Świątek zagra z triumfatorką meczu dwóch będących na fali tenisistek: Jekateriny Aleksandrowej (19. WTA) z Eliną Switoliną (9. WTA).
