...
Dom Sport„Wstydzę się słów o 51. stanie USA”. Amerykanin przeszedł do historii

„Wstydzę się słów o 51. stanie USA”. Amerykanin przeszedł do historii

przez admin

W pierwszych słowach do Kanadyjczyków Jesse Marsch przyznał, że jako Amerykanin wstydzi się narracji o 51. stanie USA. Ale kibiców i tak przekonał bardziej czynami. Odmienił styl gry reprezentacji Kanady i jej sposób myślenia o futbolu. Dzięki pierwszemu w historii amerykańskiemu selekcjonerowi współgospodarze mundialu odnieśli pierwsze zwycięstwo na mistrzostwach świata.

W drugiej połowie Mahmoud Abunada już tylko bezradnie wykopywał piłkę na połowę przeciwnika. Bramkarz Kataru robił wszystko, żeby dać sobie i swoim kolegom chwilę wytchnienia od ciągłych ataków Kanady. Ale ta – mimo wysokiego prowadzenia – w ogóle nie chciała przestać i wciąż agresywnie naciskała na rywala.

Na linii środkowej boiska piłkę zgarniali środkowi obrońcy, zaczynając kolejne akcje ofensywne. W ostatnich sekundach zrobił to nawet kanadyjski bramkarz – Maxime Crepeau – który zapędził się aż na połowę Katarczyków. Mimo że kibice domagali się od 32-latka strzału, on popisał się precyzyjnym podaniem do przodu. Selekcjoner gospodarzy, Jesse Marsch, mógł się tylko szeroko uśmiechać i bić brawo. To była jego Kanada w najlepszym wydaniu. 

W piątek w nocy polskiego czasu współgospodarze tegorocznych mistrzostw świata wygrali pierwszy w historii mecz na mundialu. I zrobili to nie byle jak, bo zwycięstwo 6:0 z Katarem robiło wrażenie. Nawet jeśli goście przez długi czas grali w dziewiątkę. Błędy, frustracja i nadmiernie ostra gra Katarczyków były efektem stylu gry Kanady. Stylu, który specjaliści nazwali już „Maplepress”. W Kanadzie nazywają to też „efektem Marscha”.

Bo bez niego nie byłoby takiej wygranej z Katarem. A może i wygranej w ogóle. Jeden z kilku wybitnych uczniów trenerskiej szkoły Red Bulla i Ralfa Rangnicka odmienił reprezentację Kanady. Nie tylko jej wyniki i styl, ale przede wszystkim sposób myślenia o futbolu. Pierwszy w historii amerykański selekcjoner tej kadry przekonał piłkarzy, że oni też mogą grać nowocześnie: agresywnie i ofensywnie. 

– Kanada potrzebowała nowej energii. Kogoś, kto bez kompleksów i strachu zmieni nastawienie zawodników. Kogoś, kto zostanie liderem, który wyznaczy drogę. Marsch okazał się dokładnie kimś takim – powiedział były reprezentant Kanady, Julian De Guzman.

Zobacz wideo Studio mundialowe

Trener ze szkoły Red Bulla

Zanim 52-latek został ogłoszony selekcjonerem drużyny narodowej, w 10 dni odwiedził dziewięć największych miast Kanady. Marsch spotykał się i rozmawiał z kibicami. Jak sam mówił, chciał choć trochę poczuć się Kanadyjczykiem. Zrozumieć ich mentalność i oczekiwania wobec drużyny, która nigdy wcześniej nie wygrała meczu na mistrzostwach świata. Mimo że hokej pozostaje kanadyjskim sportem narodowym, obawa o blamaż na piłkarskim mundialu była duża.

To nie był pierwszy raz, kiedy Marsch chciał poznać ludzi, dla których będzie pracował. Kiedy był w Red Bullu Salzburg, jeździł z piłkarzami po lokalnych festiwalach. – To ważniejsze niż dni meczowe. Dzięki temu możesz związać się z ludźmi, dla których ten klub to całe życie – mówił.

To było siedem lat temu, a Marsch stawiał tam pierwsze samodzielne, trenerskie kroki w Europie. Do Austrii przysłała go trenerska szkoła Red Bulla. Szkoła, która go ukształtowała. Zanim Marsch trafił do Salzburga, z NY Red Bulls dwa razy wygrał sezon zasadniczy MLS. W 2015 r. wybrano go nawet najlepszym trenerem rozgrywek.

W nagrodę „awansował” na asystenta Rangnicka w RB Lipsk na sezon 2018/19. Jak sam przyznał, kilka miesięcy współpracy z założycielem myśli trenerskiej Red Bulla, dało mu mnóstwo spostrzeżeń i przemyśleń. Zresztą przed mundialem hiszpański „El Pais” nazwał Marscha najlepszym uczniem Rangnicka. 

Amerykanin dowiódł tego w Salzburgu, gdzie w dwa lata zdobył dwa dublety. Później jego kariera jednak wyhamowała. W RB Lipsk przepracował raptem pięć miesięcy. W Leeds United – mimo że zaczął od utrzymania drużyny w Premier League – nie dotrwał do pierwszej rocznicy. Bez pracy pozostawał ponad rok.

– Przez ten czas zastanawiałem się, co dalej. Odmówiłem kilku klubom. Dla mnie ważne było to, gdzie będę pracował, a nie gdzie będę wygrywał. Najważniejsze dla mnie było to, by trafić do miejsca, gdzie będę mógł robić to, co uważam za słuszne. Nie musiałem być szefem, nie musiałem mówić wszystkim wkoło, co mają robić. Chodziło o wspólny kierunek – mówił Marsch w „The Wall Street Journal”.

Zobacz inne