Były w tej kolejce zachowania i wypowiedzi trenerów, po których mogliśmy tylko przecierać oczy ze zdumienia. Niektórych naprawdę trudno wytłumaczyć. Oto „Ekstraważne w Ekstraklasie” po 4. kolejce rozgrywek.
Dziś w podsumowaniu kolejki Ekstraklasy o kiepskich zachowaniach i kuriozalnych słowach:
- Legia Warszawa ma problem z Miletą Rajoviciem;
- Tomasz Kaczmarek skompromitował się jak jego drużyna;
- Aleksandar Vuković traci grunt pod nogami.
To, że Mileta Rajović jest dla Legii obciążeniem, wiemy w zasadzie od momentu, w którym został jej zawodnikiem. Duńczyk to nie tylko nieskuteczny napastnik. To po prostu słaby piłkarz, co – z drobnymi wyjątkami – potwierdza co tydzień. Ale w ostatnim czasie problem z Rajoviciem stał się jeszcze większy i może wpłynąć na drużynę Marka Papszuna.
W piątek, mimo że Legia rozbijała Radomiaka Radom 5:0, kibice kolejny raz gwizdali, gdy na boisko wchodził Rajović. Fani kolejny raz przypomnieli, jaki jest ich stosunek do piłkarza, mimo że kilka dni wcześniej Papszun w mocnych słowach prosił, by kibice wspierali całą drużynę.
– Nie mówię o wszystkich, ale pewna grupa kibiców, delikatnie mówiąc, nie pomaga. Jeżeli krytyka jest uzasadniona, to oczywiście ją rozumiemy i przyjmujemy. Natomiast w niektórych przypadkach jest ona już po prostu przesadzona. (…) Kibice innych klubów mogą zachowywać się w taki sposób, ale nasi kibice powinni przede wszystkim wspierać drużynę i zawodników, zwłaszcza wtedy, kiedy wkładają ogromny wysiłek w grę. Prosiłbym kibiców o sprawiedliwe traktowanie zawodników – mówił Papszun przed zeszłotygodniowym meczem z Koroną Kielce (1:1). – Nie jest to komfortowa sytuacja, dlatego prosiłem kibiców o wstrzemięźliwość. Mileta jest naszym zawodnikiem i się stara. Ta sytuacja źle wpływa na kibiców, tak to nazwijmy. Ja to rozumiem, ale trzeba zachować w tym umiar – dodawał po piątkowym spotkaniu z Radomiakiem.
Trener Legii stwierdził wprost, że część kibiców nie pomaga jego drużynie, ale ich też można zrozumieć. Fani są źli – delikatnie mówiąc – nie tylko na grę Rajovicia, ale też jego postawę. W meczu z Zagłębiem Lubin (3:1) Duńczyk uciszał kibiców, celebrując gola, który ostatecznie nie został uznany. W piątek, kiedy drużyna celebrowała wygraną z Radomiakiem, napastnik samotnie poszedł do szatni. Mimo że Papszun zapewniał, że piłkarz dobrze funkcjonuje w zespole, to na żywo widać zupełnie co innego.
To sytuacja szkodliwa i trudna dla każdej ze stron. Dla piłkarza-człowieka, który musi radzić sobie z wielką presją i krytyką. Dla drużyny, która mimo wszystko wspiera słabego piłkarza. Dla trenera, który musi dokonywać niełatwych wyborów. Dla kibiców, którzy mają dość Rajovicia. I ostatecznie dla klubu, który wydał na niego fortunę i co miesiąc musi mu płacić niemałą pensję. Wydaje się oczywiste, że najlepszym rozwiązaniem patowej sytuacji byłoby rozstanie. Ale i ono nie będzie proste.
Po pierwsze, kto zechce takiego zawodnika? Przecież w obecnej sytuacji nawet wypożyczenie Rajovicia z częścią jego wypłaty zakrawałoby na sabotaż. Czy znajdzie się ktokolwiek, kto zaufa Duńczykowi? Po drugie, odejścia musiałby chcieć sam zainteresowany. Widać, że niedobrze radzi sobie z krytyką, ale z drugiej strony wie, że gdzie indziej takich pieniędzy pewnie nie zarobi. No i na końcu zostaje Legia, która mogłaby rozwiązać kontrakt zawodnika za porozumieniem stron, ale już na pewno nie odzyskałaby choćby części z zapłaconych za niego trzech milionów euro. To sytuacja złożona i trudna. Trudniejsza, niż się wielu zdaje.
Skąd optymizm u Kaczmarka?
Po wspomnianym meczu Legii z Radomiakiem (5:0) na konferencji prasowej „błysnął” trener gości. Tomasz Kaczmarek wypalił, że jego drużyna „dobrze weszła w mecz”. „Odważne słowa jak na zespół, który po 17. minutach przegrywał 0:3” – pomyślałem w pierwszej chwili. Okazało się, że w rozmowie z Canal+Sport Kaczmarkowi chodziło jedynie o pierwsze pięć minut. Sprawdziłem to i naprawdę nie wiem, co trener Radomiaka miał na myśli.
W ciągu pięciu minut jego drużyna podjęła trzy próby zbudowania ataku pozycyjnego. Próby kończyły się stratą kolejno po czterech, trzech i pięciu podaniach (głównie wszerz boiska). Do tego faule na Łukaszu Zjawińskim i Rubenie Vinagre i sporo biegania za piłką. A chwilę później Legia strzeliła pierwszego gola. Jeśli za to Kaczmarek chciał pochwalić swoją drużynę, w porządku, ale nazywanie tego „dobrym wejściem w mecz” to wyjątkowy optymizm.
W ogóle takie podejście bije od Kaczmarka, co w obliczu wyników jest zastanawiające. Radomiak na inaugurację sezonu wygrał z beniaminkiem Wieczystą Kraków (2:1), a później przegrał kolejno z GKS Katowice (1:3), Górnikiem Zabrze (1:3) i Legią. Drużyna Kaczmarka jest przedostatnia w tabeli, ma najgorszy bilans bramkowy, razem z Piastem straciła najwięcej goli (12). A mimo to trener jest bardzo spokojny.
– Mamy ściśle określony sposób, w jaki chcemy grać i proszę mi uwierzyć, że już niedługo ta drużyna będzie wyglądała tak, jak chcę – przekonywał Kaczmarek na konferencji prasowej. Trener Radomiaka bardzo ładnie opowiadał o tym, co czeka jego drużynę w przyszłości, jak efektowna będzie, ale chyba zapomniał o teraźniejszości.
A ta boleśnie weryfikuje zespół. Radomiak wygląda dziś na jedną z najsłabszych, o ile nie najsłabszą drużynę w lidze. Co prawda – w przeciwieństwie do Rakowa – zdobył już jakieś punkty, ale trzeba oddać, że Częstochowianie rozegrali o jeden mecz mniej. Na miejscu Kaczmarka bardziej skupiłbym się na tym, co tu i teraz, bo w przeciwnym razie snucie dalekosiężnych planów na przyszłość może się okazać zwykłą stratą czasu.
Vuković traci grunt pod nogami
Kaczmarek nie był jedynym trenerem w tej kolejce, który nie popisał się w pomeczowej wypowiedzi. Po sobotnim meczu z Koroną nie błysnął też Aleksandar Vuković, który wypalił: „Nie ulega wątpliwości, że na dzisiaj nie mamy pola manewru. Nasza kadra jest bardzo wąska”. OK, obecnie czterech piłkarzy Widzewa leczy kontuzje, ale słowa serbskiego szkoleniowca i tak wydają się kuriozalne.
W końcu mówimy o klubie, który w ciągu ostatniego roku na transfery wydał dziesiątki milionów euro. O takim komforcie może myśleć jedynie Lech Poznań, który pieniądze zapewnił sobie sportową postawą, a nie dzięki bogatemu właścicielowi. Vuković, zamiast skupić się na kolejnym słabym meczu swojej drużyny, postanowił ponarzekać. A przecież na jego miejscu chciałoby być wielu trenerów Ekstraklasy.
Wydaje się, że trener Widzewa powoli traci grunt pod nogami. Mimo wygranej w debiucie przeciwko Lechowi, kadencja Serba w Łodzi nie wygląda tak, jak można było sobie wyobrażać. Vuković najpierw ledwo uratował drużynę przed spadkiem, a i wejście w nowy sezon nie wygląda imponująco.
Co prawda porażka z Koroną była dopiero pierwszą w tych rozgrywkach, ale wcześniejsze spotkania pozostawiały sporo do życzenia. Najpierw przeciętne mecze z Motorem Lublin (2:2) i Wisłą Płock (0:0), a potem szczęśliwa wygrana z Jagiellonią (2:0), która rotowała składem przed meczem z Rangersami w eliminacjach Ligi Europy. Szczęśliwa, bo o ile w drugiej połowie Widzew wyglądał dobrze, o tyle po pierwszej mógł wysoko przegrywać. To niejako potwierdził Przemysław Wiśniewski, który w przerwie stwierdził, że przeciwnik zdominował Łodzian.
Od Widzewa trzeba wymagać więcej. Nawet jeśli przyjmiemy argumenty Vukovicia, że kadra jest zbyt krótka, to dużo lepiej powinna prezentować się pierwsza jedenastka, w które nie brakuje dobrych i bardzo dobrych piłkarzy. Czy można powiedzieć, że Widzew ma słabszą kadrę od Legii? Na pewno nie. Czy Łodzianie grają gorzej od drużyny Papszuna? Na pewno tak. W Warszawie, w przeciwieństwie do Łodzi, widać rękę trenera, który – mimo ograniczonych możliwości – pracuje i nie narzeka.
Kto jak kto, ale Vuković na pewno zdaje sobie sprawę ze swojej sytuacji. Robert Dobrzycki nie inwestował wielkich pieniędzy w Widzew, by ten bronił się przed spadkiem, albo tułał się w środku tabeli. Właściciel klubu chce zwycięstw i stylu, bo jeśli tego nie dostanie, Vuković podzieli los swoich poprzedników. Zresztą wokół Serba już zrobiło się gorąco, bo w mediach pojawiły się plotki, że klub szuka trenera, a idealnego kandydata widzi w byłym szkoleniowcu Motoru Lublin – Mateuszu Stolarskim.
O przyszłości Vukovicia zdecydują kolejne, niełatwe mecze. W ciągu najbliższego miesiąca Łodzianie zagrają m.in. z Lechem, Koroną w Pucharze Polski, czy Legią. Może Vuković wybroni się wynikami, ale jedno jest pewne: takimi słowami jak po sobotnim spotkaniu na pewno sobie nie pomoże.