Zawartość
- 1 Łukasz Cegliński: W maju, pod koniec sezonu, przeszedłeś operację biodra. Jak się czujesz, co z twoim zdrowiem, jakie są perspektywy powrotu?
- 2 Za tobą najlepszy sezon w karierze – pod względem meczów, liczby minut, punktów, efektywności. Czy zobaczyliśmy w nim Michała Plutę, którego będziemy oglądać w najbliższych latach?
- 3 Co takiego zagrało, kliknęło, że byłeś w stanie pokazać, na co cię stać?
- 4 To była kwestia dobrego treningu, zaufania od trenera, twojej dojrzałości?
- 5 Błędy często uczą najwięcej.
- 6 Na przełomie roku zagrałeś dwa mecze z Dzikami i Treflem, w których spędziłeś na parkiecie 30 lub więcej minut, zdobyłeś 18 i 20 punktów, trafiałeś po pięć trójek. Pokazałeś możliwości.
- 7 Możesz grać jako rozgrywający, możesz być rzucającym. Wszechstronność w obecnej koszykówce to klucz do sukcesu, ale czy w którejś z tych ról czujesz się lepiej?
- 8 A jak to było w twoich młodych latach w Hiszpanii, gdzie spędziłeś kilka lat i dojrzewałeś koszykarsko?
- 9 Podobnie jak w przypadku Andrzeja w twojej grze widać talent ofensywny – dobry rzut za trzy, łatwość znajdowania pozycji, niezłe podania, rozumienie gry, zauważanie przewag. Trenerzy, eksperci, lubią mówić, że w grze Andrzeja widać „hiszpańskość”. Uważasz, że też ją masz?
– Jak nie robisz błędów, to się nie uczysz. A potem czujesz strach przed nieudanym zagraniem i grasz sztywno, sam zabijasz swój potencjał – mówi Michał Pluta. Jaki potencjał ma najmłodszy koszykarz znanego klanu?
Pluta to jedno z najbardziej znanych, a ostatnio najczęściej wymienianych nazwisk w polskiej koszykówce. Andrzej senior to znakomity strzelec przełomu wieków – dwukrotny mistrz, ośmiokrotny medalista mistrzostw kraju, reprezentant Polski, król rzutów za trzy punkty. Andrzej junior to z kolei świeży dwukrotny mistrz Polski z Legią Warszawa, MVP sezonu i finału, także reprezentant Polski, który w nowym sezonie zagra w hiszpańskim Basquet Girona. Ale to nie koniec rodzinnej wyliczanki.
Michał Pluta ma 24 lata i 188 cm wzrostu – jest o dwa lata młodszy i o dwa centymetry niższy niż utytułowany brat. Ale, tak jak Andrzej, jest po swoim najlepszym sezonie w karierze – owszem, na niższym pułapie, ale jednak. W barwach Stali Ostrów Wlkp. Michał zdobywał średnio 7,2 punktu oraz notował 2,3 asysty na mecz. Niewiele? Dla kogoś, kto w poprzednich sezonach praktycznie tylko siedział na ławce, to całkiem nieźle.
Łukasz Cegliński: W maju, pod koniec sezonu, przeszedłeś operację biodra. Jak się czujesz, co z twoim zdrowiem, jakie są perspektywy powrotu?
Michał Pluta: Czuję się bardzo dobrze, cieszę się, że operacja się udała, że lekarzom udało się rozwiązać problemy z biodrem. I dziękuję przy okazji Krzysztofowi Wawrzyniakowi, właścicielowi Stali Ostrów, który pomógł mi finansowo w związku z operacją. A kiedy wrócę na boisko? Trudno mi to teraz określić, dzięki wykonywanej pracy moment powrotu się przybliża, ale nie chcę niczego przyspieszać. Rehabilituję się i ćwiczę na siłowni pod okiem trenera Artura Packa i jego grupy Get Better w Jezierzycach. I Arturowi też bardzo dziękuję za pomoc w odbudowywaniu zdrowia i formy.
Za tobą najlepszy sezon w karierze – pod względem meczów, liczby minut, punktów, efektywności. Czy zobaczyliśmy w nim Michała Plutę, którego będziemy oglądać w najbliższych latach?
– Jestem zadowolony z tego sezonu, w końcu pokazałem, że jestem w stanie grać na poziomie PLK. Mam nadzieję, że będzie już tylko lepiej.
Co takiego zagrało, kliknęło, że byłeś w stanie pokazać, na co cię stać?
– Trener Andrzej Urban widział we mnie potencjał już pięć lat temu, kiedy pierwszy raz byłem w Stali Ostrów Wlkp. Czułem, że pasuję do jego taktyki, do jego stylu gry. Teraz udało mi się wejść do rotacji i rozgrywać dobre minuty.
Zobacz wideo Studio mundialowe
To była kwestia dobrego treningu, zaufania od trenera, twojej dojrzałości?
– Trener mi zaufał. Nawet jak na początku robiłem więcej błędów, to we mnie wierzył. Ale to normalne, że błędy były, pierwszy raz grałem w większym wymiarze w PLK i potrzebowałem czasu, by nabrać doświadczenia, poczuć się na boisku bardziej komfortowo. Potrzebowałem też trochę większego marginesu na błędy i w tym sezonie trener mi go dał. Cieszę się, że mogłem się odwdzięczyć solidną grą.
Błędy często uczą najwięcej.
– Jak najbardziej. Nie można grać w kosza i bać się błędów. Trzeba je popełnić, żeby wyciągać wnioski, żeby ich nie powtarzać. Jak nie robisz błędów, to się nie uczysz. A potem czujesz strach przed nieudanym zagraniem i grasz sztywno, sam zabijasz swój potencjał.
Na przełomie roku zagrałeś dwa mecze z Dzikami i Treflem, w których spędziłeś na parkiecie 30 lub więcej minut, zdobyłeś 18 i 20 punktów, trafiałeś po pięć trójek. Pokazałeś możliwości.
– To były dwa bardzo dobre, udane dla mnie mecze. Po spotkaniu z Dzikami podszedł do mnie trener Urban i powiedział, że świetnie w tamtym okresie wyglądałem na treningach, dobrze sobie radziłem. Powiedział też, że wiedział, że taki mecz do mnie przyjdzie, tylko że czasem potrzeba cierpliwości. Trener mówił, że czuł, że się przełamię.
Możesz grać jako rozgrywający, możesz być rzucającym. Wszechstronność w obecnej koszykówce to klucz do sukcesu, ale czy w którejś z tych ról czujesz się lepiej?
– Wszystko zależy od meczu. Zdarza się, że mamy przewagę pod koszem, więc wiadomo, że wtedy moja gra wygląda inaczej, odpowiadam za to, by podać piłkę w pole trzech sekund. Ale czasem rywal broni tak, że to obwodowi mają więcej możliwości zdobywania punktów. Ja zawsze próbuję się dostosować, patrzeć na to, co mi daje przeciwnik. Jak będę musiał podawać – będę podawał. Jak będzie potrzeba wziąć więcej gry na siebie – wezmę. Wiadomo, łatwo tak powiedzieć, a nie zawsze to wychodzi. Ale takie jest moje podejście, staram się realizować je jak najlepiej.
A jak to było w twoich młodych latach w Hiszpanii, gdzie spędziłeś kilka lat i dojrzewałeś koszykarsko?
– Zawsze grałem z piłką – jako rozgrywający lub rzucający, ale zawsze z piłką. Jakbym miał wskazać jedną pozycję, powiedziałbym, że bliżej mi było rozgrywającego.
Podobnie jak w przypadku Andrzeja w twojej grze widać talent ofensywny – dobry rzut za trzy, łatwość znajdowania pozycji, niezłe podania, rozumienie gry, zauważanie przewag. Trenerzy, eksperci, lubią mówić, że w grze Andrzeja widać „hiszpańskość”. Uważasz, że też ją masz?
– Wydaje mi się, że to połączenie trenowania w Hiszpanii i dobrego treningu z naszym tatą. On od najmłodszych lat uczył nas, jak się rzuca, jak wykorzystywać przewagę w grze jeden na jednego. Oczywiście, w Hiszpanii nabyliśmy bardzo dużo umiejętności jeśli chodzi o technikę, zwody. Ale dużo dały nam też letnie treningi z tatą – oddawaliśmy mnóstwo rzutów, wszystkich: po koźle, z miejsca, po wyjściu na pozycję.