Toyoty, karty paliwowe, drogie garnitury, darowizny pieniężne i obietnice setek milionów do podziału – tym wszystkim Radosław Piesiewicz miał zdobyć przychylność ludzi polskiego sportu, gdy starał się o stanowisko prezesa PKOl. A nieposłusznych niszczył. Bez skrupułów. O praktykach swojego rywala w wyborach z 2023 roku w szczerej rozmowie ze Sport.pl opowiada Kewin Rozum.
Dodaj nas do ulubionych źródeł w Google
– Zaplanował przejęcie władzy i po prostu zniszczył człowieka – mówi Kewin Rozum o tym, jak Radosław Piesiewicz został prezesem Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Czy w 2023 roku ówczesnego szefa PKOl, Andrzeja Kraśnickiego, do rezygnacji nakłaniał nie tylko Piesiewicz, ale i ówczesny prezydent RP Andrzej Duda?
Jak to w ogóle się stało, że chwalący się politycznymi koneksjami Piesiewicz został jedną z twarzy polskiego sportu? I jak zarządza(ł) PKOl-em, gdy zdobył zaszczytne stanowisko?
– Ciągle w komitecie jest wielu takich ludzi, którzy trwają przy panu Piesiewiczu. Bo się boją, że jeśli przyjdzie nowy prezes – a już najgorzej dla nich, jeśli to będzie ktoś zupełnie z zewnątrz – ich różne wydatki ujawni, powyciąga im je. I tu nie chodzi wyłącznie o nieuzasadnione wydatki. Słyszałem, że są tacy członkowie prezydium, którzy pobierali pieniądze, nie tylko bony czy towary – opowiada prezes Polskiego Związku Sumo.
We wtorek 8 września zbierze się prezydium Polskiego Komitetu Olimpijskiego, a na nim ma zostać zwołany zarząd. Czy wkrótce od władzy zostanie odsunięty prezes, który aktualnie przebywa w areszcie tymczasowym? Kilkanaście dni temu Piesiewicz został zatrzymany w sprawie śledztwa dotyczącego afery Zondacrypto. W 2025 roku Piesiewicz podpisał umowę sponsoringową łączącą PKOl z tą kontrowersyjną firmą. Kilka miesięcy później giełda kryptowalut upadła, pozbawiając 30 tysięcy ludzi ich oszczędności, w łącznej kwocie 350 milionów złotych. Prokuratura postawiła Piesiewiczowi zarzuty z art. 230 i 302 Kodeksu Karnego. Mowa m.in. o płatnej protekcji oraz faworyzowaniu wierzycieli.
Łukasz Jachimiak: W 2023 roku jako jedyny zdecydował się pan walczyć z Radosławem Piesiewiczem o stanowisko prezesa Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Co pan myśli teraz, obserwując potężne kłopoty prezesa przebywającego w tymczasowym areszcie? Poznaliście się, rozmawialiście o polskim sporcie jako rywale w walce o jedną z najważniejszych funkcji?
Kewin Rozum, prezes Polskiego Związku Sumo: Na szczęście nic takiego mnie nie spotkało. Pan Piesiewicz opowiadał w programach telewizyjnych, w radiu i w wielu wywiadach prasowych, że rozmawiał ze wszystkimi prezesami polskich związków sportowych, gdy planował, jak się pozbyć pana prezesa Andrzeja Kraśnickiego i przejąć PKOl, ale to nie była prawda. Nie rozmawiał z tymi, którzy mu nie byli do tego potrzebni i w tej grupie byłem między innymi ja. Słuchając tych insynuacji już wtedy wiedziałem, że potrafi mieszać ludziom w głowach. Zresztą, wiedziałem nie tylko dlatego. Od działaczy Polskiego Związku Koszykówki, któremu pan Piesiewicz szefował, docierały do mnie bardzo krytyczne informacje o jego działaniach. Ale najgorsze było to, jak potraktował prezesa Kraśnickiego. Zaplanował przejęcie władzy i po prostu zniszczył człowieka, który wcześniej przez kilkanaście lat był prezesem PKOl-u. Widząc, co się dzieje, postanowiłem, że zgłoszę się do wyborów, chociaż było jasne, że nie będę miał takich szans, jakie miałby prezes Kraśnicki, gdyby nie zrezygnował. Właściwie było jasne, że nie mam szans. Ale chciałem pokazać, że nie wszystkich podoba się osoba Radosława Piesiewicza jako kandydata na prezesa PKOl-u.
Co konkretnie widział pan i słyszał o Piesiewiczu przed wyborami?
– Że pan Piesiewicz dogadał się z większością prezesów obietnicą przeznaczenia na związki sportowe dużych pieniędzy. To były obietnice bez żadnego pokrycia, wzmacniane ciągłym powoływaniem się na różnego rodzaju wpływy. Sport powinien być apolityczny właśnie dlatego, że dziś rządzi jedna partia, a jutro druga. W każdym razie w 2023 roku pan Piesiewicz czuł się bardzo mocny, powoływał się na różne kontakty w różnych miejscach, łącznie ze szczytami naszej polityki. W końcu nawet pan Andrzej Kraśnicki, przyciśnięty do ściany, dla spokoju go poparł. Na walnym zgromadzeniu wyborczym powiedział do głosujących delegatów krótko: „Znam Kewina i znam Radka, ale głosujcie na Radka, bo taka jest sytuacja polityczna”.
Przed pojawieniem się w PKOl-u Piesiewicza ta instytucja nie należała do najbogatszych i groźba odcięcia jej od jakichkolwiek państwowych pieniędzy była równoznaczna z jej „zagłodzeniem”, prawda?
– To od początku była nieprawda, blef. PKOl nie miał wielu sponsorów, ale byli tak przekonani do tej współpracy, że nie zerwaliby jej bez względu na wynik wyborów. Po rezygnacji prezesa Kraśnickiego Piesiewicz był dogadany z większością związków sportowych – powiedzmy, że spodziewał się 70-procentowego poparcia – bo obiecał szefom związków, że pieniędzy będzie więcej, o setki milionów więcej! Podczas wyborów wypowiadał się i zachowywał tak, jakby był pewien, że dzięki swoim kontaktom zapewni pieniądze ze Spółek Skarbu Państwa [rządził nimi przyjaciel Piesiewicza – polityk Prawa i Sprawiedliwości Jacek Sasin, wówczas wicepremier – red.], a następnie będzie mógł decydować o sposobie ich dystrybucji.
Część zostawiając dla PKOl-u?
– Niestety, niektóre związki sportowe po zagłosowaniu na pana Piesiewicza szybko na własnej skórze się przekonały, jak na tym wychodzą. Były takie, które miały umowy z państwowymi firmami, ale firmy im je wypowiedziały i zaraz wróciły, już za pośrednictwem PKOl-u, na gorszych dla związków warunkach. Tak się działo, bo PKOl brał prowizję.
Słyszałem, że tak było choćby z wioślarstwem.
– Też o tym słyszałem. Ale nie tylko. Proszę porozmawiać także z innymi prezesami – Polskiego Związku Judo albo z Polskiego Związku Żeglarskiego. A z drugiej strony były związki, które dogadywały się z panem Piesiewiczem nawet tak, że środki od Spółek Skarbu Państwa najpierw trafiały do PKOl-u, a następnie ich część była przekazywana tym związkom w formie darowizn. Pieniądze były „nieznaczone”, nie trzeba było się z nich rozliczać.
O darowiznach nie słyszałem, natomiast jestem ciekaw, czy potwierdzi pan, że zwłaszcza dla mniejszych związków sportowych dobrym rewanżem za głosy na Piesiewicza była obietnica przekazania im służbowych aut i kart paliwowych. Słyszałem też o służbowych kartach kredytowych na różne wydatki i o pewnym prezesie, który po bankructwie firmy Zondacrypto – myśląc, że zaraz może tę kartę stracić, bo Piesiewicz może przestać rządzić – kupił sobie dziesięć garniturów.
– Nie jest w PKOl-u tajemnicą, że tego typu sytuacje miały miejsce. Do związków trafiły toyoty, karty paliwowe i na przejazdy PKP. Ale oczywiście związki, które były niepokorne, nigdy nie otrzymały samochodów czy kart paliwowych. Miało być tak, że wszystkie związki otrzymają pieniądze według ekwiwalentu reklamowego, a skończyło się na tym, że niepokornym zostało co najwyżej podróżowanie pociągami. Słyszałem, że tak było choćby z Polskim Związkiem Łuczniczym.
Łucznictwo głosowało na pana, a nie na Piesiewicza?
– Nie mam pewności, jak rozłożyły się wszystkie trzy głosy delegatów z łucznictwa, ale dobrze się znam z jednym z nich. Teraz prezesem jest Dawid Michalski, człowiek niezwiązany z Radosławem Piesiewiczem – nie słyszałem, żeby kiedykolwiek go popierał. Podobna sytuacja jest w zapasach i w judo – tam też prezesami byli zwolennicy pana Piesiewicza, ale po wyborach w tych związkach rządzą inni ludzie i oni nie popierają prezesa PKOl-u. Z czasem większość Piesiewicza zaczęła się kruszyć. Choć ciągle w komitecie jest wielu ludzi, którzy trwają przy obecnym prezesie, bo się boją, że jeśli przyjdzie nowy – a już najgorzej dla nich, jeśli to będzie ktoś zupełnie z zewnątrz – ich różne wydatki ujawni, powyciąga im je. I tu nie chodzi wyłącznie o nieuzasadnione wydatki. Słyszałem, że są tacy członkowie prezydium, którzy pobierali pieniądze, a nie tylko bony czy towary.
We wrześniu 2024 roku poznałem nazwiska trzech wiceprezesów, którzy mieli otrzymywać pieniądze. A że jeden z nich – Henryk Olszewski – wcześniej w radiowej „Jedynce” twierdził, że „nie bierze żadnych pieniędzy”, zadzwoniłem do niego, chcąc go zderzyć z faktami. Usłyszałem: „Zaraz, bo pan mnie złapał przy kasie”, po czym, po wyjściu ze sklepu, do dziś ani nie oddzwonił, ani nie odebrał telefonu, gdy ponownie dzwoniłem, ani nie odpowiedział na moje wiadomości.
– To nazwisko się przewija i przewijają się też nazwiska trzech innych członków prezydium zarządu: pana skarbnika Grzegorza Kotowicza oraz wiceprezesów Andrzeja Suprona i Mieczysława Nowickiego.