Stefan Horngacher powinien trafić do polskich skoków i najwyraźniej nie staną mu na przeszkodzie nawet zmiany wewnątrz Polskiego Związku Narciarskiego – dowiedział się Sport.pl. W PZN nadal trwa dyskusja i „walka” o sprowadzenie go do Polski, ale coraz więcej wskazuje, że działacze, którzy nie są fanami tego transferu, nie zdołają go zablokować.
Przyszłość Stefana Horngachera oficjalnie rozstrzygnie się po 13 czerwca, kiedy zostanie wybrany nowy prezes PZN. Najprawdopodobniej zostanie nim Apoloniusz Tajner – nie wydaje się, żeby miał kontrkandydata. Jednym z pierwszych zadań prezesa i nowo wybranego zarządu będzie właśnie zdecydowanie, co stanie się z Austriakiem. Tę decyzję odwleczono w czasie, bo zdaniem działaczy o tak ważnym kroku – i drogiej, a także długiej, bo czteroletniej, umowie nowego pracownika PZN – powinni zdecydować już ludzie, którzy będą bezpośrednio odpowiedzialni za okres jego pracy.
Zobacz wideo Tu wychował się Kacper Tomasiak! Odwiedziliśmy jego rodzinne strony
O tym, czy Horngacher przyjdzie do Polski nieoficjalnie powinno być wiadomo nieco wcześniej, pewnie w maju. Na razie Sport.pl udało się dowiedzieć, jak sytuacja wewnątrz związku może wpłynąć na możliwe przyjście Austriaka do Polski i jaki on sam w tym momencie ma stosunek do powrotu do naszego kraju.
Horngacher już miał być ogłoszony. Wszystko zaczęło się w styczniu w Zakopanem
Do niedawna wydawało się, że już teraz będziemy pisać o sprawie Horngachera w charakterze czegoś dokonanego. Że w piątek 24 kwietnia będziemy opisywać konferencję prasową, a potem jego pierwsze dni w nowej roli. Informację o tym, że Austriak przyjdzie do Polski udało mi się potwierdzić podczas finału Pucharu Świata w Planicy, choć w sprawie więcej działo się o wiele wcześniej.
Temat Horngachera w pierwszych środowiskowych rozmowach pojawił się w okresie igrzysk olimpijskich tuż po pierwszym medalu Kacpra Tomasiaka, srebrze na normalnej skoczni. To wtedy od jednej z osób pracujących w związku usłyszeliśmy, że „temat sprowadzenia go do Polski wcale nie musi być taki niemożliwy, jakby się wydawało”. Że to powinno móc się udać i że niektórzy mogą w tej sprawie działać. Później była jednak cisza.
W tej ciszy Adam Małysz najprawdopodobniej porozumiał się z Horngacherem i sfinalizował pierwsze konkrety planowanej współpracy. Plan na nią powstawał w okolicach końca sezonu i później. To wszystko pomimo tego, że wokół siebie Austriak bardzo długo mówił, że po odejściu z niemieckiej kadry chce spokoju. I do samego końca ukrywał swoje właściwe zamiary. Choć przyznawał, że pozostanie w skokach, to sprawiał wrażenie, że raczej zostanie w Niemczech, w jakiejś innej roli w tamtejszym systemie. Ale oferta z PZN, która pojawiła się w styczniu w Zakopanem – o wiele wcześniej niż do tej pory przypuszczano, była dla niego zbyt atrakcyjna. Na pewno finansowo, ale choć na razie nie znamy szczegółów, to nietrudno się domyśleć, że jest pod jego potrzeby – m.in. mieszkanie w Niemczech z rodziną – odpowiednio dostosowana.
Kilka dni przed finałem PŚ w Planicy zacząłem otrzymywać wiadomości od różnych osób ze środowiska skoków z pytaniami, czy Horngacher nie zostanie dyrektorem sportowym polskiej kadry. Że słyszą takie plotki, choć ani działacze ani trenerzy, z którymi wtedy rozmawiałem, niczego nie potrafili potwierdzić. Aż do chwil po sobotniej imprezie na koniec sezonu w Planicy. To tam niektórym rozwiązały się języki. I także ja o całej sprawie dowiedziałem się od tych, którzy sporo tam rozmawiali z osobami z okolic niemieckiej kadry. Wtedy stało się jasne, co planuje Horngacher.
Polacy nadali Horngacherowi „przydomek”. Wreszcie wyszedł z rękawa Małysza
Do tej pory mówiło się o sprowadzeniu do Polski specjalisty, nie Horngachera. Taki „przydomek” nadano w polskim związku Austriakowi, żeby nie zdradzać o kogo chodzi. Teraz – zwłaszcza gdy Małysz wreszcie ogłosił, że odchodzi z PZN – mówi się o nim już bez zbędnego ukrywania, o kogo chodzi.