...
Dom SportTo dlatego Małysz nie będzie już prezesem PZN. Tak dłużej nie mogło być

To dlatego Małysz nie będzie już prezesem PZN. Tak dłużej nie mogło być

przez admin

Adam Małysz nie wystartuje w wyborach na prezesa Polskiego Związku Narciarskiego i w połowie czerwca po czterech latach przestanie pełnić tę funkcję. Wskazał powody tej decyzji – różnicę zdań z osobami zarządzającymi polskim narciarstwem i zmęczenie. Ale w tym odejściu można zobaczyć bardzo ludzką twarz wielkiej postaci polskiego sportu – pisze Jakub Balcerski ze Sport.pl.

Adam Małysz potwierdził, że nie będzie ubiegał się o drugą kadencję prezesa PZN. Powiedział o tym po raz pierwszy w rozmowie z Polsatem Sport po środowym zebraniu zarządu. Z kontekstu można wyciągnąć, że nie planuje pozostać w związku w innej roli. Zastąpi go najpewniej ten, po którym Małysz przejmował władzę – Apoloniusz Tajner.

Skąd decyzja Małysza o rezygnacji? Polsatowi Sport powiedział, że „jego wizja tego, jak to ma wyglądać, nie jest spójna z zarządem”. Dla „Przeglądu Sportowego Onet” Małysz przekazał, że „nie ma już siły” i nie kandyduje „dla swojego zdrowia i spokoju”. Jednak, żeby w pełni przyjrzeć się powodom jego decyzji, trzeba cofnąć się aż do samego początku jego kadencji.

Zobacz wideo Małysz ma we Włoszech własną pizzę. Ile trzeba za nią zapłacić?

Małysz został prezesem, ale dawał sygnały, że tego nie chciał. Mówi, że go podpuścili

W czerwcu 2022 roku, tuż po wyborze na prezesa PZN, zapytałem Małysza, jak czuje się po pierwszych kilku godzinach w nowej roli. – Nie dociera to do mnie jeszcze. No cóż, trzeba się przyzwyczaić – stwierdził. Ekscytacji i zadowolenia nie było słychać w ogóle. Można się za to doszukać pewnej nuty rozczarowania. Jednemu dziennikarzowi w odpowiedzi na gratulacje, odpowiedział nawet wymownym zestawem płaczących emotikonów.

Tak, krótko mówiąc, Małysz nie był zadowolony z tego, że został prezesem. To po co w ogóle się na to zdecydował? Gdy cztery lata temu pytał go to wprost dziennikarz Sport.pl Łukasz Jachimiak, Małysz mówił o „ambicjach, aby jeszcze zrobić coś dobrego” i „fajnych ludziach, z którymi umówił się na wspólną pracę”. Wcześniej przyznał też, że gdy w 2018 r. kolejny raz wybrano na stanowisko prezesa Apoloniusza Tajnera i akurat zmieniał się sekretarz generalny związku, mówiono mu w żartach, że „następny jesteś ty”. W żartach, które później stały się rzeczywistością.

Już w 2016 roku, gdy Małysz zostawał szefem skoków i kombinacji norweskiej w PZN, można było zgadywać, że na tym się nie skończy. Małysz twierdzi, że gdy jeszcze skakał, to nie sądził, że zostanie działaczem. A przepracował w związku dziesięć lat w dwóch rolach. Oczywiście bierze odpowiedzialność za swoje decyzje, ale teraz, mówiąc, że do zostania prezesem związku „został podpuszczony”, po części ma rację.

Gdy w 2022 roku z PZN odchodził Tajner, Małysz stał się naturalnym kandydatem do tego, żeby zostać twarzą polskiego narciarstwa. Działacze straszyli go, że jeśli tego nie zrobi, przyjdzie tu ktoś z polityki – a lepiej, żeby związku nie upolityczniać. Niektórzy działacze bali się też, że władze przejmie ktoś ze skrajnej opozycji jednego z obozów wewnątrz związku. W takiej sytuacji Małysz wydawał się być dla każdego bezpieczną opcją. 

Małysz najchętniej pewnie pozostałby szefem skoków, a ważniejszą funkcję oddał komuś innemu. Dał się jednak namówić. Od tego czasu sporo się jednak zmieniło. Część „fajnych ludzi” odeszła lub zmieniła rolę. Niektórzy z tych, którzy go namawiali i widzieli w roli prezesa, rozmawiają z nim tylko, jeśli mają interes. A i Małysz z częścią działaczy jest ewidentnie skłócony. Tak dłużej to nie mogło funkcjonować.

Tak Małysz sprawdzał, czy ma szansę uratować swoją sytuację. Nie chciał dalej być zabawką

Małysz nie chciał być też zabawką w rękach innych członków zarządu. Wielokrotnie miał inne zdanie w różnych tematach od osób, z którymi siedział przy jednym stole i dyskutował o przyszłości związku. Musiał się jednak pogodzić z tym, że ma tylko jeden głos – i to wcale nie ten decydujący. 

W połowie marca informowaliśmy na Sport.pl, że szansą na pozostanie Małysza w PZN byłaby zmiana statutu i zwiększenie znaczenia prezesa w takich sytuacjach, przede wszystkim wobec zarządu związku. Nie wiadomo było jednak, jak miałoby to wyglądać w praktyce.

Małyszowi nie udało się także zrobienie czegoś bardziej naturalnego. To jasne, że do chwili podjęcia decyzji Małysz dał sobie czas nie tyle na „liczenie szabli” wewnątrz związku, co próbę pozyskania nowych osób do zarządu. Takiego, w którym on byłby prezesem, a na listę członków weszłyby postacie, które jednocześnie mu pomogą i zostaną zaakceptowane przez środowisko. Można się domyślić, że i to rozwiązanie nie wypaliło.

Małysz nie godził się, żeby dalej funkcjonować w starym układzie. Zwłaszcza jeśli zarząd nie potrafi być jednomyślny w opiniach nawet na taki temat, jak zatrudnienie w Polsce w roli szefa szkolenia w skokach Stefana Horngachera. Choć działacze zarzekają się, że podczas obrad byli jednomyślnie za zatwierdzeniem Austriaka, to już ich opinie o byłym trenerze polskiej i niemieckiej kadry są podzielone. Małysz mógł być takim podejściem do tej i innych spraw zmęczony.

Zresztą sytuacja z Horngacherem dużo mówi o relacji Małysza z resztą zarządu. On załatwia specjalistę, zarząd wstrzymuje zatrudnienie ze względu na procedury. On proponuje rozpocząć pracę, żeby specjalista się nie rozmyślił, działacze mówią, że jak się rozmyśli, to znajdą innego. On chce aktywnie się udzielać do końca swojej kadencji, oni nie do końca mu na to pozwalają.

„Polo” wyjściem z sytuacji. Co ze Stefanem Horngacherem?

Jeszcze kilka tygodni temu jeden z najbliższych współpracowników Małysza mówił nam, że raczej nie będzie on chciał rezygnować z pracy. Oczywiście, było to uzależnione od wspomnianych wyżej warunków. I z racji, że obie opcje nie wypaliły, to sytuacja zrobiła się dla Małysza zbyt niewygodna. Ale ciekawi, że wszystko w tej sprawie zmieniło się i zadziało tak szybko.

To jasne, że nie tylko Małysz szukał możliwego rozwiązania tych kwestii. Apoloniusz Tajner, który niedawno w rozmowie z Eurosportem potwierdził swój start w wyborach na prezesa PZN, sam przyznał, że został o to poproszony przez działaczy. Że w związku wszyscy są skłóceni i ktoś musi znaleźć sposób na to, żeby tym jakoś zarządzić. A Tajner ma wiedzieć, jak to zrobić.

Wydawało się, że nawet jeśli Małysz nie zyska aprobaty zwiększenia znaczenia prezesa wobec zarządu PZN, albo nie znajdzie sobie więcej sprzymierzeńców do umieszczenia wewnątrz związku, to może jeszcze raz ulec tym, którzy będą chcieli, żeby został. Że nie znajdzie się ktoś, kto będzie odpowiednią twarzą związku, ani na tyle odpowiedzialny, żeby wziąć na siebie takie wyzwanie. Wtedy Małysza znów trzeba byłoby wypchnąć przed szereg.

Ale pojawił się „Polo”. I to dla obu stron dobre wyjście z tej sytuacji. Małysz wie, że związek poukłada swoje sprawy, jak będzie chciał, a on zostawi te własne dopięte na ostatni guzik. Za to działacze dostaną z powrotem człowieka, z którym przez wiele lat dobrze żyli. Ich interesy będą bezpieczne, a Tajner wie, jak funkcjonować w tej rzeczywistości. Można się kłócić, czy robił to lepiej, czy gorzej, ale w gabinecie będzie czuł się pewnie.

Pozostaje jedynie pytanie o to, co takie rozwiązanie oznacza dla przyszłości związku i polskiego narciarstwa, a także sprawy Stefana Horngachera. W przypadku tej drugiej na razie wiemy tyle, że – jak informował Wojciech Gumny, wiceprezes PZN – Austriak miał zgodzić się poczekać jeszcze dwa miesiące na ostateczne decyzje po polskiej stronie. Pozostaje wierzyć, że nic więcej się nie zmieni, a „Steff” jest gotowy pracować w Polsce i bez Małysza. W bardziej ogólnych kwestiach dotyczących tego, co w najbliższym czasie przed związkiem, więcej okaże się na pewno po czerwcowych wyborach.

To odejście pokazuje ludzką twarz Małysza. Śmiał się, że przyjechał na igrzyska odpocząć

A co z Małyszem? – Teraz muszę przede wszystkim odpocząć. (…) Do połowy czerwca chcę pozamykać wszystkie rzeczy. Będę miał inne rzeczy do roboty – wskazał w rozmowie z „Przeglądem Sportowym Onet”. W Polsacie Sport w odpowiedzi na pytanie o pozostanie w roli szefa polskich skoków niczego nie wykluczył, ale dał do zrozumienia, że na skoczni w kolejnych miesiącach będzie się pojawiał raczej w roli gościa i tylko, żeby wspierać Polaków, a nie obserwować ich jako jedna z decyzyjnych osób.

Bo sprawa odejścia Małysza to nie tylko sprawa wewnętrznych układów w związku. Ma też o wiele bardziej ludzką twarz.

– Wiedziałem, że podejmuję się niełatwego zadania i wielkiego wyzwania. Miałem świadomość, że jest biurokracja, że trzeba załatwiać pieniądze do związku i ma się ogrom rzeczy na głowie. Nie mam z tym problemu. Staram się robić wszystko, żeby było jak najlepiej. Ale przeraża mnie ten brak czasu. Że nie nadążamy czegoś wprowadzić, nie ma na to przestrzeni. Byliśmy przez ileś tam lat na samym szczycie w skokach i w obecnej sytuacji czujemy bardzo duże obciążenie, bo każdy patrzy się na ręce i wymaga. W każdym sporcie są gigantyczne oczekiwania z zewnątrz i często dziwny brak zaufania ze strony różnych osób – od rodziców po działaczy. Dla wielu jesteśmy pracodawcą. Załatwiamy pieniądze, żeby te grupy mogły się rozwijać i trenować, a często jesteśmy opluwani, bo temu daliśmy za dużo, temu za mało, to, tamto. Nikomu nic się nigdy nie podoba. To jest cholernie męczące. Wręcz straszne. Czasem zastanawiałem się: po co mi to było? Z drugiej strony wiem, że ktoś to musiał przejąć i wprowadzić zmiany, żeby to szło do przodu. Teraz jest cały czas pod górkę: ten odchodzi, ten się zwalnia, trzeba było eksperymentować z rolami dla wielu osób. A biurokracja i rozliczanie się z każdej złotówki to spora odpowiedzialność – mówił nam Małysz już rok temu.

Gdy rozmawiałem z nim podczas tegorocznych igrzysk, wydawał się cieszyć tym, że oddał na nich swoją akredytację dla sztabu kadry, a sam wchodził na wszystkie wydarzenia jako kibic. Z tej perspektywy dawno nie oglądał sportu, zwłaszcza skoków. Wyrwał się zza biurka i inaczej odbierał najważniejsze chwile sportowej rywalizacji w trakcie jego kadencji. Śmiał się, że w sumie to przyjechał do Włoch odpocząć od codzienności – przede wszystkim papierkowej roboty w Krakowie. Choć oczywiście na miejscu były już większe emocje i denerwował się i stresował tym, jak wypadną Polacy. I mógł się nacieszyć kilkoma świetnymi wynikami. I to w trochę inny sposób niż zazwyczaj – stojąc na trybunie z kibicami, będąc zaczepianym. Czyli trochę na zewnątrz swojego naturalnego środowiska.

To wtedy pierwszy raz pomyślałem, że może faktycznie Małysz już zupełnie na poważnie myśli o rezygnacji. Choć zakładałem, że raczej się na nią nie zdecyduje. A jednak. Szkoda tylko, że to wszystko dzieje się w obliczu konfliktów, nieporozumień i napiętej atmosfery. Wiele osób wskazuje, że Małysz wygląda w tym wszystkim na przegranego i że chyba już po prostu się poddał. W roli sportowca raczej go takiego nie widywaliśmy. Nie przywykliśmy do tego, że mógłby pożegnać się w kiepskim stylu. Choć może to dobrze koresponduje z tym, jak bardzo rola prezesa PZN była dla Małysza ciałem obcym. Teraz ulgę poczuli nie tylko jego krytycy i hejterzy, którzy cieszą się, że odchodzi. Odetchnął przede wszystkim sam Małysz.

Zobacz inne