Remis 0:0 ze Sportingiem oznacza, że w ciągu zaledwie tygodnia FC Porto straciło szansę na drugie trofeum w tym sezonie. Najpierw nie udało się w Lidze Europy, w środę drużyna Francesco Farioliego odpadła w półfinale Pucharu Portugalii. Oskar Pietuszewski – mimo trudnego początku – dwoił się i troił, ale to było za mało.
Była 71. minuta, kiedy Oskar Pietuszewski niespodziewanie został zmieniony przez Pepe. Niespodziewanie, bo FC Porto, które potrzebowało wygrać, wciąż remisowało ze Sportingiem 0:0, a Francesco Farioli zdecydował się zdjąć z boiska swojego najlepszego zawodnika.
Zobacz wideo Oskar Pietuszewski i jego „odpały”! „Kopiował Zlatana”
17-latek miał bardzo trudny początek hitu przeciwko Sportingowi, ale w półfinale Pucharu Portugalii pokazał, że nigdy się nie zraża. Wszystko, co dobre w ofensywie FC Porto w tym spotkaniu pochodziło od Pietuszewskiego. Ale to było za mało do odrobienia strat, przez co drużyna Farioliego w ciągu tygodnia straciła szansę na drugi tytuł w tym sezonie.
Trudny początek
Ostatnie dni nie były najlepsze dla FC Porto i jego polskich piłkarzy. Mimo że w niedzielę drużyna Farioliego wygrała u siebie z Tondelą 2:0 i utrzymała siedmiopunktową przewagę w tabeli nad Benficą, to stylem nie zachwyciła. Mimo to zespół poprawił sobie humor po rozczarowującej porażce z Nottingham Forest (0:1) i odpadnięciu w ćwierćfinale Ligi Europy.
Po meczu w Anglii Farioliego przepraszał Bednarek. Polak w tamtym spotkaniu już w 8. minucie zobaczył czerwoną kartkę i mocno osłabił swoją drużynę. Kilka dni wcześniej trenera FC Porto przepraszał też Pietuszewski. 17-latek zrobił to po meczu z Estroli w lidze, kiedy najpierw zobaczył żółtą kartkę za niesportowe zachowanie, a kilka minut później zbyt plastycznie wyrażał niezadowolenie po tym, jak trener zdjął go z boiska.
– Przyszedł do mnie, chciał przeprosić i porozmawiać o tym, co się wydarzyło. To młody człowiek, już rozmawialiśmy o jego postępie i wielkich oczekiwaniach, jakie wobec niego się stawia. Naszą odpowiedzialnością jest utrzymanie spokoju dla niego – mówił Farioli.
Po środowym hicie ze Sportingiem żaden z Polaków nie ma za co przepraszać trenera, ale FC Porto straciło szansę na kolejne trofeum w tym sezonie. Mecz ze Sportingiem był dużym rozczarowaniem, ale akurat Polacy nie mogą mieć do siebie pretensji.
Do meczu FC Porto przystępowało bez żadnych kalkulacji. Drużyna Farioliego musiała wygrać u siebie po tym, jak w pierwszym meczu na początku marca przegrała 0:1 po golu Luisa Suareza z rzutu karnego. Gospodarze musieli atakować, ale długo nie wiedzieli, jak się do tego zabrać. A Sportingowi w ogóle na tym nie zależało.
Goście skupili się przede wszystkim na defensywie. Dobra forma obrońców i defensywnych pomocników Sportingu sprawiła, że piłkarze Farioliego nie potrafili zagrozić przeciwnikom. Pomocnicy gości – Hidemasa Morita i Morten Hjulmand – zdominowali środek pola i uprzykrzali życie ofensywnym zawodnikom FC Porto. Mocno doświadczył tego na sobie Pietuszewski.
W 27. Polak został łatwo zatrzymany w polu karnym przez Hjulmanda. Chwilę później Duńczyk chamsko sfaulował Polaka, atakując go ciałem w grze bez piłki, za co zobaczył żółtą kartkę. Hjulmand skutecznie asekurował prawego obrońcę Sportingu – Eduardo Quaresmę – wspierając go w pojedynkach z Pietuszewskim. Ale gdy trzeba było, Polaka bez pardonu potraktował też lewy obrońca Sportingu – Maximiliano Araujo. To wszystko sprawiło, że przez 40 minut w meczu nie działo się nic godnego uwagi.
Pietuszewski najlepszy w FC Porto
Ale Pietuszewski w meczu ze Sportingiem pokazał jedną ze swoich najważniejszych cech. Mimo że niemal cała pierwsza połowa była dla niego wyjątkowo trudna, to zdążył błysnąć jeszcze przed przerwą. W 40. minucie Pietuszewski urwał się lewym skrzydłem, ale niedokładnie podał do Williama Gomesa. Dwie minuty Pietuszewski znów szarpnął lewą stroną, a po jego zagraniu w pole karne zablokowany został strzał Gabriego Veigi.
– Gdyby nie Pietuszewski, to o ofensywie Porto nie moglibyśmy w ogóle mówić. Mimo że nie jest to wielki mecz Oskara, to bez niego FC Porto nie miałoby żadnego pomysłu na to, jak rozruszać linię obrony Sportingu. Jak ten dobrze skonstruowany w obronie zespół napocząć. Tylko on umie i chce grać jeden na jednego w dzisiejszym meczu – podsumowywał komentujący mecz w TVP Sport Robert Podoliński.
Zrywy Pietuszewskiego to było zdecydowanie za mało. Dość powiedzieć, że do przerwy FC Porto nie oddało celnego strzału na bramkę Sportingu i miało raptem 38 proc. posiadania piłki. – W ten sposób na pewno nie awansują do finału – mówił w przerwie w studiu TVP Flavio Paixao.
Druga połowa wiele od pierwszej się nie różniła. Sporting wciąż skupiał się na defensywie, a Porto – mimo że miało mecz pod wyraźnie większą kontrolą – wciąż nie tworzyło konkretnych okazji bramkowych. Wszystko co dobre w ofensywie gospodarzy najczęściej zaczynało się od Pietuszewskiego.
Dlatego tak bardzo dziwiło, że w 71. minucie – przy okazji potrójnej zmiany – Polak opuścił boisko. Pietuszewskiego zmienił Pepe, a Farioli niespodziewanie pozostawił na boisku Williama Gomesa. Decyzja trenera wyraźnie wkurzyła Pietuszewskiego, który niepocieszony opuszczał boisko, a chwilę później kamery pokazały też jego emocje na ławce rezerwowych.
Zmiany przeprowadzone przez Farioliego nie rozruszały FC Porto. Wręcz przeciwnie, Ci, którzy weszli na boisko, dali mniej niż podstawowi zawodnicy. Gra gospodarzom nie kleiła się do tego stopnia, że w 84. minucie do gry w ataku podłączył się Jakub Kiwior. Polak, który w środę grał na lewej obronie, dobrze dośrodkował w pole karne Sportingu, ale nikt tej akcji nie zamknął.
Do gry w ofensywie podłączał się też Bednarek. W pierwszej połowie stoper kilka razy dobrze rozpoczął atak FC Porto, a po przerwie próbował odbiorów daleko od własnej bramki. Wszystko po to, by zaskoczyć Sporting nie tylko odbiorem, ale też natychmiastowym podaniem do przodu. Po jednym z takich zagrań w 57. minucie Bednarek sfaulował Suareza, za co został ukarany żółtą kartką.
Mimo to nie tylko Polacy, ale wszyscy zawodnicy gospodarzy mieli skwaszone miny. W klubie marzyli o potrójnej koronie, ale ostatecznie została już tylko – i aż – szansa na pierwsze od czterech lat mistrzostwo Portugalii. Dużo, ale apetyty – zwłaszcza po bezbłędnym początku sezonu – były jeszcze większe. Kolejny krok w drodze po tytuł FC Porto postawi w niedzielę na wyjeździe przeciwko Estreli Amadora.