Piłkarze reprezentacji Polski nie wygrali na wyjeździe ze Szwecją od 96 lat, a w meczu o stawkę nigdy. To pokazuje skalę wyzwania, przed którym stają we wtorek w Sztokholmie w bezpośrednim starciu o mundial. Wydaje się, że wyjście jest tylko jedno.
Trzeba żyć nadzieją, że stoperzy FC Porto wyczerpali w czwartek w Warszawie limit nieporozumień i błędów. W meczu z Albańczykami Jan Bednarek i Jakub Kiwior zachowywali się na boisku tak nieporadnie, jakby rywalem był zespół złożony z samych artystów światowej piłki. Szczęściem w nieszczęściu napastnicy Sylvinho nie potrafili podwyższyć wyniku na 2:0. Wtedy szansa na pomyślne zakończenie kluczowego meczu ostatnich czterech lat spadłaby do minimum.
Zobacz wideo Żelazny: Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której Lewandowski sam zrezygnuje. Jest pazerny
Polska pod napięciem
W czwartek Jan Urban poprowadził drużynę narodową po raz siódmy. Bilans otwarcia jest świetny: pięć zwycięstw i dwa remisy, obydwa uzyskane w rywalizacji z bardzo mocną Holandią. We wrześniowym debiucie selekcjonera w Rotterdamie środkowi obrońcy FC Porto spisali się bez porównania lepiej. Spychani pod swoją bramkę Polacy byli blisko siebie, wtedy zdecydowanie łatwiej naprawiać pomyłki własne i kolegów.
Nie tylko o defensywę chodzi, ale błędy obrońców miewają najgorsze skutki. W czwartek wszyscy piłkarze Urbana zawodzili przez ponad godzinę gry. Presja na nich w starciu z Albanią była wyjątkowa. Porażka i strata szans mundialowych przed 55 tysiącami kibiców na Stadionie Narodowym w Warszawie ocierałaby się o sportową katastrofę. Każde dotknięcie piłki nosiło więc w sobie ciężar odpowiedzialności i zarodek nieszczęścia.