Młodzi ludzie tatuowali sobie kółka olimpijskie na ciele dla idei, nie dla zarobku. Dziś idea gnije w gabinetach, bo liczy się wyłącznie wytrych do sejfów spółek Skarbu Państwa.
Dodaj nas do ulubionych źródeł w Google
Latem 1988 roku Aleksander Kwaśniewski jako nowy szef PKOl utrzymuje Andrzeja Gołotę w kadrze na Seul, choć bokser pobił pięciu ochroniarzy w dyskotece „Park”. Blokuje głupie propozycje Korei Północnej bojkotu igrzysk. Z czystej radości tarza się po macie z zapaśnikiem Andrzejem Wrońskim, gdy ten zdobywa pierwsze olimpijskie złoto dla Polski. Aż wreszcie słyszy od generała Jaruzelskiego: „Aleksandrze, czas założyć cięższą zbroję”. Pół roku później po stronie rządzących negocjuje z opozycją przy Okrągłym Stole zmiany, które przeobraziły Polskę. Prawie cztery dekady później jego następca w PKOl siedzi w trzymiesięcznym areszcie w związku ze sprawą korupcyjnej afery wokół giełdy kryptowalut Zondacrypto. Rozmawiam o tym, co zostało z PKOl, z kimś, kto zna to miejsce i polski sport jak jego chirurg i psycholog: widział, jak sport bywał towarem przetargowym, ale i potrafił być czymś znacznie więcej niż polityką. O tym, dlaczego Polacy nienawidzą Igi Świątek, czy igrzyska przetrwają starcie z pieniędzmi, i czy sport wciąż może być jedynym miejscem, gdzie, w przeciwieństwie do polityki, obowiązują jeszcze twarde reguły.
Radosław Leniarski: Sprawa Radosława Piesiewicza — sama w sobie banał oczywiście, ale co ona mówi o polskim sporcie czy środowisku sportowym?
Aleksander Kwaśniewski, prezydent RP w latach 1995-2005, szef PKOl 1987-1991, uczestnik Okrągłego Stołu po stronie rządowej, kibic sportu: — Że jest mało odporny na politykę. Powiem od razu: jestem tu pesymistą. Ruch olimpijski i związki sportowe zawsze deklarowały, że politykę trzeba oddzielać od sportu, ale nikomu się to nie udało. Były bojkoty igrzysk. Jeśli ktoś dziś twierdzi, że Gianni Infantino [szef FIFA] jest politycznie niezależny, to nawet nie chce mi się tego komentować.
Może w Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim udało się to trochę okiełznać po szoku z Juanem Antonio Samaranchem [odszedł ze stanowiska szefa komitetu w niesławie, w 2001 r., gdy na jaw wyszły skandale korupcyjne w MKOl], ale dziś ta instytucja znów się upolitycznia — i Kirsty Coventry, która nim dziś kieruje, moim zdaniem nie jest tu najlepszym przykładem. Czytałem niedawno o szefie Niemieckiego Komitetu Olimpijskiego sprzed wojny, Żydzie [Theodorze Lewaldzie], który kierował komitetem do 1933 roku i musiał iść na daleko idące ustępstwa polityczne z NSDAP, żeby organizować igrzyska w Berlinie. Zatem pierwsza rzecz, którą trzeba dziś powiedzieć mocniej niż kiedykolwiek: to nie sport uwalnia się od polityki — to polityka coraz mocniej obejmuje sport.
Drugi element to pieniądze i komercja. Amerykanin Avery Brundage [szef MKOl w latach 1952–1972] obsesyjnie bronił zasady amatorstwa i wielu sportowców zapłaciło za to wysoką cenę. Dziś to wygląda niemal absurdalnie odwrotnie — rządzą pieniądze i sponsorzy.
PKOl przyjął zasadę — nie lubię jej, ale rozumiem logikę — że szefem komitetu powinna być osoba gwarantująca skuteczny dostęp do spółek Skarbu Państwa, czyli pieniędzy państwowych, nie budżetowych — te są w gestii ministerstwa. Problem w tym, że taka zasada ma konsekwencje, gdy zmienia się układ rządowy. Piesiewicz gwarantował te pieniądze do 2023 roku [do wyborów parlamentarnych i odsunięcia PiS od władzy]. Potem przyszedłby ktoś inny i gwarantowałby je przy nowym układzie. Krótko mówiąc: wartością nie jest stabilność organizacji, tylko dostęp do zasobów. Konflikt narodził się w momencie, gdy ta zasada przestała działać — spółki państwowe pod nowym zarządem nie chcą już pomagać Piesiewiczowi, a on trwa na stanowisku, mając taki charakter, jaki ma. Za słabo go znam, żeby oceniać osobiście, ale jesteśmy tam, gdzie jesteśmy.
Gdzie stąd uciec? Ja bym proponował ucieczkę w stronę wartości — oddanie PKOl ludziom sportu. Może z mniejszą skutecznością w kontaktach ze spółkami i pieniędzmi, ale za to z czymś, co ich naprawdę wyróżnia: byli medalistami olimpijskimi, trenerami, wieloletnimi działaczami ruchu olimpijskiego. Są „z rodziny”, a nie wskazani przez jakiegoś ministra. To był absurd od początku — dziwię się, że w ogóle stało się to publiczne. Ktoś z odrobiną rozsądku schowałby taki pomysł głęboko do szuflady.
Ale nie schował. Dlaczego? Bo to współczesny świat – świat deali.
— Tak. Jeśli amerykański główny negocjator Steve Witkoff, który ma doprowadzić do pokoju między Ukrainą a Rosją, jedzie do Moskwy i publicznie mówi, że będzie na emeryturze wspominał, jakie miał szczęście, że spotkał Putina — że ma do niego „pełne zaufanie” — do człowieka, który morduje ludzi, bombarduje miasta, uprowadził tysiące ukraińskich dzieci, żeby je rusyfikować — to mam na to bardzo dosadne słowo, proszę je wyrzucić z rozmowy.
Gdzie zniknęło „świetliste miasto na wzgórzu”? Kultura deali to za mało, żeby poruszyć wyobraźnię. Podobnie z ruchem olimpijskim — młodzi ludzie tatuowali sobie na ciele kółka olimpijskie nie dla zarobku, tylko dla idei. Dziś nie ma co ich pociągnąć.
— To może być śmiertelny problem dla takich organizacji. W pewnym momencie zderzenie z polityką i komercją, z pieniędzmi stojącymi za organizacją mega-igrzysk, może okazać się nie do wytrzymania. A młody człowiek, który chce po prostu uczciwie wygrać albo przegrać, przestanie się liczyć.
Idea rzeczywiście była piękna. Powiedziałem kiedyś — dziś już nie byłbym tak odważny — że ruch olimpijski niósł takie wartości, że gdyby ich nie wymyślił Coubertin, warto byłoby je wymyślić teraz: transparentność, równość, dostępność, uniwersalizm. Żyjemy w innym świecie i obawiam się, że te wartości mogą się po prostu rozmyć. Sygnałów ostrzegawczych o erozji wartości jest mnóstwo, łącznie z cichym przyzwoleniem na doping, czyli ryzykiem utraty zdrowia lub życia w imię sukcesu, jak w pseudo-igrzyskach w Las Vegas.
Był pan szefem PKOl-u w czasie przełomu ustrojowego. Czy sport jest nadal tym samym narzędziem propagandy, mimo zmiany z 1989 roku?
— Absolutnie tak. Dopóki trzymamy się podstawowego kryterium — wygrywa szybszy, ten, kto skoczył dalej czy wyżej, i nie podlega to manipulacji — sport jest czytelny, popularny i dobrą promocją; dla wielu ludzi przepustką do lepszego świata w sensie pieniędzy i popularności. To się nie zmienia. Zmienia się za to bardzo szybko otoczenie — i niekoniecznie w dobrą stronę.
Jedna uwaga na okoliczność dzisiejszej sytuacji w PKOl: w PRL osoba odpowiedzialna za sport w strukturach państwowych — dysponent budżetu — była jednocześnie szefem PKOl. Brałem istotny udział w zmianie ustroju i uznałem, że ta dwoistość funkcji nie powinna się dłużej utrzymać. Zrezygnowałem ze stanowiska szefa PKOl-u i zaczął się ponadtrzydziestoletni okres, w którym na czele komitetu stali ludzie związani ze sportem: Andrzej Szalewicz, ówczesny szef polskiego badmintona, człowiek bardzo sensowny, potem Stefan Paszczyk, moim zdaniem najwybitniejszy w Europie fachowiec od przygotowań olimpijskich, potem Andrzej Kraśnicki, wcześniej dyrektor Wydziału Sportu w Poznaniu, z którym razem budowaliśmy Maltę pod mistrzostwa świata w kajakarstwie.
To był karnawał, który trwał ponad trzy dekady. Polityka trzymała się od PKOl z daleka. Nawet jeśli każdemu prezesowi dałoby się przypisać jakąś partyjną metkę, PKOl jako instytucja nie miał poglądów, w każdym razie rzadko było je widać. I nagle wchodzi Piesiewicz.
— Stało się tak, bo PiS miał w swojej historii moment, w którym uznał, że wszystko należy do niego: spółki Skarbu Państwa, sądy, media, więc i PKOl musiał być „ich”. Komitet został całkowicie zinstrumentalizowany. Warto teraz od tego odejść ku większej autonomii, ku większemu związkowi ze sportem i ku większemu rozsądkowi.
To jest też sprawa szersza. Ruch olimpijski jest w bardzo trudnym momencie. Organizacja igrzysk zaczyna wykraczać poza możliwości państw, które nie są mocarstwami. Nie bez powodu w Afryce nigdy nie odbyły się igrzyska. Zimowe są w podwójnym kłopocie — dochodzi jeszcze kwestia klimatu.
Za moich czasów siła igrzysk polegała na tym, że nie było wielkiej batalii o to, czy „olimpijska” piłka nożna ma być na najwyższym poziomie — bo ona i tak zawsze się przebije. Dla wioślarzy, kajakarzy, zapaśników, judoków, szermierzy, igrzyska są wydarzeniem numer jeden, z ogromną przewagą nad resztą kalendarza — zdobycie nazwiska w tych dyscyplinach jest możliwe wyłącznie przez igrzyska. Dziś to się rozmywa z powodów czysto komercyjnych.
Gdyby był pan dziś szefem MKOl, jak przeciwstawiłby się pan tsunami komercjalizacji i kulturze deali?
— Postawiłbym na ochronę dyscyplin mniej popularnych, o rodowodzie akademickim, i — mówiąc językiem korporacyjnym — „podniósł ich rangę”. Nie płakałbym, gdyby z igrzysk wypadły piłka nożna, tenis czy golf. Dadzą sobie radę. Powstałoby wtedy pytanie, kto to będzie oglądał i sponsorował — trudne, ale wierzę, że znaleźliby się ludzie potrafiący to dobrze „sprzedać”.
Igrzyska bronią się jedną rzeczą: uniwersalnością. Jak lekkoatletyka, w której każdy znajdzie coś dla siebie i może zdobywać medale. To mocna strona ruchu olimpijskiego. Ale w starciu z pieniędzmi i mediami jestem raczej pesymistą.
Wygląda na to, że wydarzenia idą dokładnie w stronę, o której pan mówi: PKOl może niedługo pozbyć się Piesiewicza, a jego następcą zostanie była gwiazda sportu. Co powiedziałby pan przyszłemu prezesowi lub prezesce? Czy powinni odciąć się od polityki, i czy to w ogóle możliwe?
— Odciąć od polityki się nie da, mówiliśmy o tym na początku. Trzeba zachować sensowny dystans i utrzymywać kontakty. Ruch olimpijski ma wielką „moc grzewczą” — wielu polityków chce się przy nim ogrzać, pokazać na meczu. I dobrze — dopóki nie przeszkadzają, jak Silvio Berlusconi w szatni Milanu. To atut w dialogu z politykami: scena w zamian za zrozumienie, wsparcie finansowe (zawsze konieczne) i szacunek.
PKOl powinna dziś poprowadzić osoba związana ze sportem, w okresie przejściowym odbudować do niego zaufanie. A na kolejnym walnym zjeździe powinien wygrać ktoś ze środowiska sportowego, z doświadczeniem menedżerskim i umiejętnością komunikacji. Niech wracają do wartości — ruch olimpijski pozbawiony wartości fundamentalnych jest wydmuszką.
Wspomniał pan o szatni Berlusconiego. Bez szatni nie ma sportu — pamiętam pana wspomnienia z Seulu…
— …z Andrzejem Wrońskim. Pierwszy złoty medal w Seulu, jedna z najpiękniejszych chwil mojego życia. Byłem wtedy w trudnym momencie jako szef PKOl, bo nie pojechaliśmy na wcześniejsze igrzyska w Los Angeles z powodów politycznych. Przed Seulem były też silne naciski ze strony Korei Północnej, żeby zbojkotować i te igrzyska. Powiedziałem: mowy nie ma, jeśli jakiś kraj wypada z igrzysk nie na 8, a na 12 lat, to katastrofa nie do odbudowania. Pojechaliśmy.
Zdobyliśmy 16 medali — na dzisiejsze warunki wielki sukces, choć w porównaniu z wcześniejszymi igrzyskami, niewyjątkowy. Brakowało na początku złota. W końcu zdobył je Wroński w zapasach. Jako szef PKOl-u miałem przepustkę wszędzie, więc pobiegłem do sali rozgrzewkowej. Zapach po zawodnikach można sobie wyobrazić. Ja — niewielki człowiek, Wroński — kawał chłopa: chwyciłem go z radości w uścisk, a on mnie, z tej samej radości, powalił na matę. Ściskaliśmy się na niej zupełnie szczerze. To jedno z najfajniejszych doświadczeń mojego życia — chciałem tam zostać jak najdłużej.
W trakcie igrzysk zmienił się rząd. Po premierze Zbigniewie Messnerze przyszedł Mieczysław Rakowski. Zadzwonił: „Słuchaj, masz natychmiast wracać, potrzebuję cię tutaj”. Byliśmy w zażyłych relacjach, ale odpowiedziałem, że powrót nie wchodzi w grę — zostaję do końca, to mój obowiązek. „Co ty się jakimiś duperelami zajmujesz, jakimś sportem, tu Polska czeka” — usłyszałem. Udało mi się dotrwać do końca igrzysk. Po powrocie Rakowski zaproponował, żebym porzucił sport i wszedł do prezydium rządu jako przewodniczący Komitetu Społeczno-Politycznego. Bardzo oponowałem, uznałem, że ostatnią nadzieją jest generał Jaruzelski, wtedy decydent numer jeden.
Na spotkaniu z seulskimi medalistami w Pałacu Namiestnikowskim — dziś Prezydenckim — jeszcze w stroju olimpijskim (biała marynarka, orzeł na piersi, granatowe spodnie) odprowadzałem generała schodami i mówiłem: „Towarzyszu generale, tyle jeszcze można zrobić w sporcie, mam plan, tylko zostawcie mnie przy tym”. Zatrzymał się w połowie schodów — był bardzo sienkiewiczowski w stylu — i powiedział: „Aleksandrze, pora nałożyć cięższą zbroję”. Moja kariera sportowa skończyła się w tym momencie.
Jak udało się panu utrzymać w sporcie tak długo — aż do Seulu, mimo zmiany rządu i majaczącego już na horyzoncie Okrągłego Stołu?
— Sport był moją miłością. W jakimś sensie jest do dziś. W wielu trudnych momentach mi pomagał — kibicowsko, żeby oderwać myśli od stresujących spraw, i czynnie, przez tenis czy narty. Prowadzę wykłady o przywództwie i często mówię, że sport kształtuje charakter, bo odbywa się według reguł. Główny problem polityki to brak reguł — a w sporcie one są. Jesteś szybszy — wygrałeś. Jeśli nie — przegrałeś, ale szanujesz przeciwnika.
Oddaliśmy PKOl w 1991 roku — zdążyliśmy jeszcze przygotować się do Barcelony ’92. W rządzie Tadeusza Mazowieckiego byłem przewodniczącym Komitetu ds. Młodzieży i Sportu, ale w lutym 1990 zostałem szefem Socjaldemokracji RP. Mazowiecki słusznie uznał wtedy, że ma za dużo koalicjantów — Kiszczaka, Siwickiego, mnie z SDRP — to było dla niego za dużo. Miał rację.
Jeśli chodzi o brak reguł w polityce… Rozmawiałem kiedyś z Witalijem Kliczką, merem Kijowa [wcześniej pięściarzem, zawodowym mistrzem świata w wadze ciężkiej – red] — mówił, że w boksie są zasady, kary za ciosy poniżej pasa. W polityce – dodawał – w ogóle nie potrafi funkcjonować, taka wolna amerykanka panuje. Ach te ciosy poniżej pasa! Pamięta pan przypadek Andrzeja Gołoty?
— Oczywiście.
Przed Seulem pobił kilku ochroniarzy w klubie „Park” w Warszawie — pięciu zostało odwiezionych karetką do szpitala, sam też oberwał. Wyciągnął go z kłopotów Jacek Wasilewski, znakomity adwokat i ówczesny szef Polskiego Związku Bokserskiego. Jak udało mu się przekonać pana, żeby Gołota mimo wszystko pojechał na igrzyska? Pytam, bo przed Mediolanem-Cortiną też było kilka podobnych sporów o zawodników, tyle że głośniejszych.
— Do sportowców, a zwłaszcza do bokserów, miałem w wielu kwestiach dość pobłażliwy stosunek. Jak opanować kogoś, kto jest bokserem, żeby w sytuacji towarzyskiej nikomu nie „przyłożył”? Gdyby to był szachista, dziwiłbym się bardziej. Mieliśmy zresztą świetne, historyczne precedensy: Mariana Kasprzyka przed Tokio z aresztu wyciągnął trener Feliks Stamm, a Kasprzyk przywiózł mu za to złoty medal; podobnie potem Jerzy Kulej. Środowisko bokserskie z definicji nie należy do najgrzeczniejszych, a Wasilewski jako adwokat zawsze znajdował jakiś przepis, żeby to wytłumaczyć. Gołota też przywiózł medal [brązowy], lepiej być nie mogło. Z Koreańczykiem w półfinale wygrać po prostu nie mógł. Gospodarze mieli tam wszystko „ustawione” [pojedynek Gołoty z Koreańczykiem został przerwany przez sędziego z powodu rozcięcia łuku brwiowego Polaka – red.].
Powtórzę anegdotę gołotowską, uwielbiam ją, a może nie wszyscy ją słyszeli. Spotkałem się z Gołotą w konsulacie w Nowym Jorku, tuż po jego pierwszej walce z Riddickiem Bowe w 1996 r. — pierwszej z dwóch, ze słynną dyskwalifikacją Andrzeja za ciosy poniżej pasa. Zapytałem: „Dlaczego pan to zrobił, panie Andrzeju? Wszystko szło dobrze, miał go pan na deskach…”. Odpowiedział: „Szczerze, panie prezydencie? Bo mnie wkurwił”.
Na igrzyskach w Seulu nie miał szans z Koreańczykiem — i wiem dlaczego. W 1987 roku Polska nie zgodziła się, żeby na Memoriał Stamma przyjechali południowokoreańscy bokserzy. Zabiegałem, żeby jednak przyjechali. W archiwach zachowała się moja notatka w tej sprawie, z odręczną adnotacją Jaruzelskiego: „Nie możemy się zgodzić. Nie mogę tego zrobić towarzyszowi Kim Ir Senowi”. Uważam to za jedną z jego mniej sensownych decyzji. Próbowaliśmy potem naprawić relacje — pojechałem ze Stefanem Paszczykiem do Korei na spotkanie z prezesem tamtejszej federacji bokserskiej. Wydał przyjęcie poza Seulem — muzyka, wyszukane dania, gejsze, istny teatr. W ogóle się nie odzywał. Miałem wrażenie, że to niebezpieczny człowiek. Potwierdziło się to w trakcie igrzysk: skorumpował sędziów i osobiście przewodził akcji rzucania krzesłami w stronę ringu, gdy koreański bokser nie chciał zejść z niego po przegranej walce.
Był pan jednym z bohaterów Okrągłego Stołu i Magdalenki, uczestnikiem negocjacji po stronie rządowej. Czy sport w czymś pomógł, działał tonizująco?
— Tak, ale głównie w rozmowach na boku. Problem w tym, że pierwsza linia opozycji — Geremek, Mazowiecki, Michnik, Kuroń — nie była specjalnie zainteresowana sportem. Był tam też pewien dysonans poznawczy: z jednej strony cieszyli się, gdy Polak wygrywał, z drugiej — wiedzieli, że reżim wykorzystuje to politycznie i propagandowo.
Ujęła mnie za to Ludka Wujec, mówiąc: „Zmieniłam o panu zdanie”. Myślałem, że to dzięki pracy przy Okrągłym Stole, a ona na to: „Nie, wcześniej. Nasz syn, który interesuje się sportem, powiedział, że ten Kwaśniewski to w ogóle fajny facet, bo zna się na tym, o czym mówi”. Zapamiętałem to jako coś bardzo sympatycznego.
W czasach już demokratycznych, gdy sport przestał być tak bardzo nadużywany propagandowo, temat sportowy pozostał ważnym elementem politycznych small talków — i nie tylko w skali small. Jechałem kiedyś, jako prezydent, podczas obrad Trójkąta Weimarskiego, busem, którym podróżowali też kanclerz Niemiec Gerhard Schröder i prezydent Francji Jacques Chirac. Wywiązała się między nimi regularna kłótnia — trwały wtedy wybory szefa UEFA, Chirac mocno promował Michela Platiniego, Schröder bronił Lennarta Johanssona. Okazało się, że to nie żarty, tylko walka na noże.
Nie chciał pan ich pogodzić Zbigniewem Bońkiem?
— To jeszcze były czasy post-Dziurowiczowe, więc nie — nie miałem kandydata [Marian Dziurowicz był prezesem PZPN, kiedy kwitła korupcja w polskim futbolu, a za kadencji jego następcy Michała Listkiewicza afera wybuchła pełną siłą po wywiadzie w „Wyborczej” z Piotrem Dziurowiczem, synem Mariana – red.].
Wracając do Magdalenki — wiedział pan, że Adam Michnik trenował lekkoatletykę na Skrze, a trenerem był wtedy Stefan Paszczyk?
— Niech pan zapyta Adama, kto go przekonał, żeby w „Wyborczej” [powstała w wyniku ustaleń Okrągłego Stołu] był porządny dział sportowy. Mówiłem: dobra gazeta musi mieć dobry dział sportowy. Przecież jeśli czytano „Trybunę Ludu”, to nie dla polityki, ale dla sportu. Kiedyś zapytano prymasa Stefana Wyszyńskiego, jaka gazeta jest pierwszą, po którą sięga rano. „Tygodnik Powszechny”? „Gość Niedzielny”? „Przegląd Sportowy”, tam są zawsze prawdziwe informacje — powiedział.
Gdyby ktoś z nowych prezesów zaproponował panu dziś kandydowanie na członka MKOl — wyśmiałby pan to, czy rozważył?
— Podziękowałbym i odmówił. Na wszystko jest czas, a potem czasu już nie ma. Gdyby ktoś zaproponował mi to 20 lat temu, rozważałbym bardzo poważnie. Poza tym trzeba być w środku, żeby mieć odpowiedzi na trudne pytania, dziś musiałbym się bardzo dużo uczyć.
Ale cały czas pan obserwuje, co się w sporcie dzieje. Dlaczego?
— Powiem tak: sport uczy czegoś, co przez długi czas było obecne w polskiej polityce — wzajemnego szacunku. Nawet jeśli przegrywam, ale odbywa się to według uznanych reguł, przyjmuję to i jestem gotów do dalszej współpracy. Widać to było przy Okrągłym Stole — w tamtym duchu osiągnęliśmy w Polsce wielkie rzeczy: konstytucję, NATO, Unię Europejską. Możliwe było to dzięki wzajemnemu szacunkowi.
Już tak nie jest. Mam wątpliwości, czy to jest w ogóle do odwrócenia, gdy np. czytam, co ludzie piszą o Idze Świątek. To znaczące i pouczające, nie tylko w świecie sportu, ale ogólnoludzko. Potrafi pan wytłumaczyć hejt wobec niej?
— Potrafię. Są nawet badania pokazujące, że pod względem hejtu Polska jest w światowej czołówce. To ma swoją tradycję — Wańkowicz, jeszcze przed wojną, a więc przed komunizmem (podkreślam to, bo zwykle mówimy, że to komunizm wiele w nas zepsuł), pisał o „bezinteresownej polskiej zawiści”. W warunkach serwisów społecznościowych przeszliśmy, moim zdaniem, do „bezinteresownej polskiej nienawiści”. Jest gorzej niż wtedy.
Iga jest traktowana wyjątkowo niesprawiedliwie. Sześć wielkich szlemów, najbardziej znany polski sportowiec w świecie, a u nas zamiast być jej wdzięczni na zawsze, wyzłośliwiamy się, brutalnie hejtujemy. Wstyd!
Zapamiętałem odpowiedź na takie ataki niemieckiej skoczkini wzwyż Ulrike Meyfarth — zdobyła złoty medal olimpijski w Monachium w 1972 r. jako szesnastolatka, a kilka lat później, gdy jako młoda, atrakcyjna dziewczyna zaczęła żyć bardziej beztrosko, Niemcy — wtedy naród traktujący obowiązki bardzo poważnie — miały jej to za złe: jak to, taki talent, złoty medal, a ona „poszła w tango”. Odpowiedziała genialnie: że proponuje, żeby każdy niemiecki szesnastolatek zdobył jeden złoty medal olimpijski, a wtedy ona chętnie przyjmie ich uwagi [Meyfarth po 12 latach od zdobycia pierwszego złotego medalu wywalczyła drugi, w Los Angeles w 1984 r.].
Świat i Polska poszły w stronę polaryzacji — jesteśmy „my”, reszta to wrogowie, a wrogów się nie szanuje, tylko wykańcza. To fatalne. Przywrócenie ducha rywalizacji sportowej, tej filozofii i kultury sportu, mogłoby nas uratować: przegrywam, wyciągam rękę do przeciwnika, wyciągam wnioski — być może był lepszy, a być może to ja popełniłem błąd. Gdyby politycy XXI wieku potrafili wrócić do reguł uczciwej rywalizacji i wzajemnego szacunku, byłoby dobrze. To namowa dla świata polityki, ale i przestroga dla świata sportu: nie idźcie drogą polityczną, bo jeśli zrezygnujecie z reguł i wzajemnego szacunku, ten świat się źle skończy.