Zawartość
- 1 Piotr Wesołowicz: Czy był moment w trakcie finałów z Zastalem Zielona Góra, w których pomyślał pan: cholera, byliśmy faworytem, miało być gładkie 4-0, ale my to chyba jednak utopimy.
- 2 Nawet po szóstym meczu? Zastal wygrał po ikonicznym rzucie Conleya Garrisona, wyrównał serię na 3-3 i doprowadził do siódmego, decydującego meczu. To rywale w tamtym momencie byli na fali.
- 3 Czyli porażka pana nie ruszyła?
- 4 A co do tych emocji, to jak było z koszykarzami? Wiadomo, to profesjonaliści. Ale zewsząd ludzie wręczali legionistom trofeum jeszcze przed pierwszym meczem. Tymczasem o tytule rozstrzygać miał jeden mecz…
- 5 Co to dokładnie znaczy?
- 6 No właśnie – który tytuł smakuje lepiej? Sprzed roku, po zwycięstwie ze Startem, czy z tego roku?
- 7 A ten drugi?
- 8 Przypominam sobie naszą rozmowę sprzed ponad dekady, gdy wchodził pan do koszykarskiej Legii. Powiedział pan, że na koszykówce się nie zna, że dopiero stawia pierwsze kroki w tym środowisku. Dziś to pan jest punktem odniesienia. A wtedy – skąd pan czerpał wzór, jak budować klub?
- 9 Z drugiej strony piłkarska Legia kojarzy się dziś z chaosem organizacyjnym, a koszykarska przeciwnie.
- 10 Przejdźmy do spraw sportowych. Spytam wprost: nie było szansy, żeby zatrzymać Andrzeja Plutę? Pamiętam rozmowy przed meczem numer siedem wśród kibiców: a gdyby tak Pluta został, zdobył trzeci z rzędu tytuł dla Legii, byłby jej legendą na zawsze – marzyli.
- 11 Andrzej był najlepszym koszykarzem ligi, MVP sezonu i finałów. Na Plutę kibice przychodzili do hali. Jeśli rozejrzeć się po Bemowie, to większość kibiców, która nosiła jersey’e Legii, miała na plecach numer „3” – właśnie Andrzeja Pluty.
- 12 Co najbardziej ceni pan w warsztacie Heiko Rannuli?
- 13 Sam Heiko Rannula przyznał, że zbudował znakomitą relację z Andrzejem Plutą. To dla mnie o tyle zaskakujące, że estoński trener ma zbudowany wizerunek zamkniętego w sobie introwertyka. Ale to może tylko powierzchowność.
- 14 Aaron Cel opowiadał mi kiedyś, że Heiko uwielbia grać w padla – także z zawodnikami, czy działaczami. Że to jego sposób na to, aby zjednoczyć zespół i klub. To kto dzisiaj w klubie jest najlepszy?
- 15 Dziś – już po sukcesie – łatwo nam mówić o cierpliwości, o trzymaniu nerwów na wodzy. Ale na pewno w trakcie sezonu był moment, w którym drużyna zadrżała w posadach. Mam na myśli sześć porażek na przełomie roku i bardzo bolesne odpadnięcie z Ligi Mistrzów po meczu z Heidelbergiem.
- 16 No to weźmy na tapet mecz z Heidelbergiem, bo on wymyka się wszelkim analizom. Sprawa była prosta: jeśli Legia wygra u siebie, wyjdzie z grupy. Jeśli nie – odpada z rozgrywek. I do przerwy układa się to znakomicie. A potem…
- 17 Czy dzień po porażce to była jedna z tych chwil, gdy jednak porozmawiał pan o sporcie z trenerem…
- 18 Wracając jeszcze do finałów: kto był ich nieoczywistym bohaterem? Rok temu wskazał pan Maksymiliana Wilczka, czyli – nomen omen – młodego wilka Legii, który wchodził z ławki i gryzł parkiet. A teraz?
- 19 Myślałem, że wskaże pan DJ-a Brewtona…
- 20 W niedawnym wywiadzie w hiszpańskiej prasie Tomas Satoransky przyznał, że po powrocie do Barcelony z NBA zdziwiło go to, że tak wielki klub nie ma żadnej wizji. Że żyje od przypadku do przypadku. Trafi się dobry trener? Będą wyniki. Będą dobrzy zawodnicy? Może uda się coś wygrać. Wracając na nasze podwórko: kiedy zrozumiał pan, że Legia potrzebuje wizji, systemu, żeby wyróżnić się na rynku?
- 21 I rzeczywiście: zachowaliście tę cierpliwość?
- 22 Jesteśmy świeżo po losowaniu grup w nowym sezonie Ligi Mistrzów. Legia trafiła na turecki Galatasaray Stambuł, francuskie SIG Strasbourg i chorwacką Cibonę Zagrzeb. Jak pan ocenia to losowanie?
- 23 To trzecie podejście Legii do Ligi Mistrzów. Czyli do trzech razy sztuka jeśli chodzi o awans z grupy?
- 24 Liga Mistrzów to rozgrywki należące do FIBA, czyli federacji, która dyskutuje z NBA o budowie NBA Europe. To już więc takie delikatne przymiarki pod powstanie tej ligi?
- 25 To gdzie w takim razie rozgrywać te ewentualne mecze NBA Europe?
- 26 A jak dzisiaj patrzy pan na wszystko, co musiał pan przejść, lobbując za budową hali na Skrze?
- 27 Aktywiści wylewali na pana i na klub wiadro pomyj, choć wiele w przestrzeni publicznej było fake newsów. Choćby o tym, że „Legia zabudowuje Pole Mokotowskie”. Kto by się wtedy nie sprzeciwił…
- 28 Rozmawialiśmy o finale z Zastalem, a półfinał z Dzikami? Nie bał się pan, że w Warszawie rośnie konkurencja?
- 29 Dziki to dla pana rywal – w strefie miejskich wpływów, w walce o sponsorów etc. – czy raczej taki towarzysz, obok którego się biegnie i który napędza do jeszcze większego wysiłku?
- 30 To na koniec: Legia dość szybko ogłaszała nowe nazwiska przed nowym sezonem. Są Szymon Tomczak, Jakub Andrzejewski, estoński skrzydłowy Markus Ilver, łotewski rozgrywający Kristers Zoriks…
– Jeśli chcemy, jako polska liga, funkcjonować w europejskiej elicie, musimy – nie tylko jako Legia – myśleć o grze w NBA Europe. Klub z Polski, jeśli chcemy się liczyć na salonach, musi grać w tych rozgrywkach – mówi Sport.pl Jarosław Jankowski z koszykarskiej Legii, która zdobyła właśnie drugie z rzędu mistrzostwo Polski.
Przez siedem sezonów polska liga co roku miała nowego mistrza. Po latach dopiero Legii udało się zdobyć go dwa razy z rzędu. Nie przez przypadek. Warszawski klub zaczyna wyrastać poza konkurencję. I tak jak piłkarska Legia kojarzy się dziś z chaosem, tak koszykarska jest w środowisku wzorem do naśladowania.
A chce być jeszcze większa: zagra w Lidze Mistrzów, niedługo przeniesie się do nowej hali na Skrze, już myśli o powstających rozgrywkach NBA Europe. O tym wszystkim opowiada Sport.pl Jarosław Jankowski, przewodniczący rady nadzorczej i współwłaściciel koszykarskiej Legii, od niedawna wiceprzewodniczący rady nadzorczej PLK.
Piotr Wesołowicz: Czy był moment w trakcie finałów z Zastalem Zielona Góra, w których pomyślał pan: cholera, byliśmy faworytem, miało być gładkie 4-0, ale my to chyba jednak utopimy.
Jarosław Jankowski: Nie bałem się o to ani razu. Ale oczywiście to jest sport i liczyłem się z tym, że różnie może być.
Nawet po szóstym meczu? Zastal wygrał po ikonicznym rzucie Conleya Garrisona, wyrównał serię na 3-3 i doprowadził do siódmego, decydującego meczu. To rywale w tamtym momencie byli na fali.
– Jeśli przyjrzysz się powtórkom rzutu Garrisona, to kamera uchwyciła mnie stojącego obok ławki Legii. Już w momencie, gdy trener Zastalu Arkadiusz Miłoszewski wziął czas, czułem, że Zastal to trafi – bez względu na to, kto będzie rzucał.
Nie wiem skąd ta pewność. Może uznałem, że takie nasze szczęście i w tej serii musi być siódmy mecz?
No i rzeczywiście widać w telewizyjnych kamerach, że kiedy piłka wpadała do kosza, ja stoję niewzruszony i nie widać po mnie emocji. Zresztą akcję wcześniej, kiedy to my trafiliśmy i wyszliśmy na prowadzenie po rzucie DJ-a Brewtona, też nie byłem w euforii, że zaraz zdobędziemy mistrzostwo.
Czyli porażka pana nie ruszyła?
– Wiadomo, że wewnątrz byłem wściekły, bo mieliśmy tytuł na wyciągnięcie ręki, od trofeum dzielił nas dosłownie ułamek sekundy. Ale szybko zacząłem myśleć racjonalnie: przecież to my byliśmy faworytem, to my byliśmy najlepszą drużyną sezonu zasadniczego, to u nas miał się odbyć decydujący mecz, to my mieliśmy mieć za sobą wsparcie publiczności. Nasza hala, nasi kibice, nasze obręcze…
Przed siódmym meczem byłem bardzo spokojny, nawet moi współpracownicy się dziwili, bo zwykle jestem emocjonalny. Ale uważam, że zarządzanie własnymi emocjami jest równie ważne. I ma też wielki wpływ na ludzi wokół.
Chociaż pół żartem przyznam, że bałem się siódmego meczu z innego powodu – wiedziałem, że będę miał zasypaną skrzynkę na WhatsApp z prośbami o bilety. I – niestety – wiedziałem, że większości będę musiał odmówić. Gdyby się dało, zapełnilibyśmy trzy takie obiekty, jakim dysponujemy na Bemowie.
A co do tych emocji, to jak było z koszykarzami? Wiadomo, to profesjonaliści. Ale zewsząd ludzie wręczali legionistom trofeum jeszcze przed pierwszym meczem. Tymczasem o tytule rozstrzygać miał jeden mecz…
– Przez chwilę miałem takie obawy, czy drużyna podniesie się mentalnie. Ale zaraz po szóstym meczu w Zielonej Górze porozmawiałem z Heiko Rannulą, Aaronem Celem, z koszykarzami. I już byłem spokojny o ich podejście, wiedziałem, że w decydującym starciu pójdą po swoje.
Czytaj także: SUBSKRYPCJA Czekaliśmy na to latami. Giganci stają do ostatecznej bitwy
Co to dokładnie znaczy?
– Podróż z Zielonej Góry do Warszawy była trudna dla każdego. Wszyscy musieliśmy tę porażkę odchorować, każdy na swój sposób. Czasu, żeby się pozbierać, było bardzo mało. Wiedziałem, że gracze muszą dostać impuls, by się podnieść.
Ale nazajutrz widziałem już gości gotowych do walki. Impuls wyszedł od trenera i sztabu. To mnie uspokoiło.
A w samym meczu numer siedem? Zaczęliśmy chyba 0:8, ale byłem spokojny, że to dowieziemy. Chociaż tak samo myślałem rok wcześniej, przed siódmym meczem ze Startem Lublin, a tam minutę przed końcem nic jeszcze nie było jasne…
Teraz, oprócz słabego początku, kontrolowaliśmy mecz praktycznie od początku do końca. Widać było, że obie drużyny są już zmęczone, że koszykarze jadą na oparach. Ale więcej jakości było po naszej stronie, i to zaważyło.
No właśnie – który tytuł smakuje lepiej? Sprzed roku, po zwycięstwie ze Startem, czy z tego roku?
– Pod względem emocji – zdecydowanie ten pierwszy, zdobyty po 56 latach, pierwszy w mojej karierze.
A ten drugi?
– Drugi był… bardziej dojrzały. Tytuł sprzed roku porównałbym do pierwszej miłości. Ona jest szalona, spontaniczna, dająca zastrzyk adrenaliny. A drugi tytuł przyrównałbym do małżeństwa, które jest równie piękne, ale dojrzalsze i świadome.
Przypominam sobie naszą rozmowę sprzed ponad dekady, gdy wchodził pan do koszykarskiej Legii. Powiedział pan, że na koszykówce się nie zna, że dopiero stawia pierwsze kroki w tym środowisku. Dziś to pan jest punktem odniesienia. A wtedy – skąd pan czerpał wzór, jak budować klub?
– Paradoksalnie budowałem wtedy klub na negatywnych wnioskach: jak nie chciałbym, aby wyglądał mój klub. Obserwowałem konkurencję, jej bolączki i zastanawiałem się, co mogę zmienić od razu – np. mentalność wewnątrz organizacji – a co wymaga zmiany długookresowej.
Nie ukrywam, że dużo pomógł mi fakt, że przez ponad cztery lata pracowałem w zarządzie „dużej”, piłkarskiej Legii. Ona wyznaczała trendy w środowisku futbolowym i to był taki wzorzec, do którego dążyłem.
Z drugiej strony piłkarska Legia kojarzy się dziś z chaosem organizacyjnym, a koszykarska przeciwnie.
– Powiedziałbym inaczej: piłkarska Legia wciąż wyznacza trendy, jeśli chodzi o organizację, zarządzanie dniem meczowym etc. Pod tym kątem jest to światowy top. Natomiast ma problemy sportowe, choć jako jej kibic liczę, że z Markiem Papszunem szybko wróci na dobre tory.
Przejdźmy do spraw sportowych. Spytam wprost: nie było szansy, żeby zatrzymać Andrzeja Plutę? Pamiętam rozmowy przed meczem numer siedem wśród kibiców: a gdyby tak Pluta został, zdobył trzeci z rzędu tytuł dla Legii, byłby jej legendą na zawsze – marzyli.
– Finansowo tej sytuacji nie przegraliśmy. Bylibyśmy w stanie ofertę z hiszpańskiej Girony wyrównać, a nawet przebić. Przegraliśmy z marzeniami Andrzeja. Zresztą słowo „przegraliśmy” trzeba wziąć cudzysłów, bo trudno z nimi rywalizować. Marzenia trzeba spełniać.
Andrzej, który wychował się w Hiszpanii, dostał ofertę gry w swojej drugiej ojczyźnie, w najlepszej lidze Europy i w fajnym klubie. To jest marzenie każdego koszykarza. I ja nawet nie chciałem z tym walczyć.
Pewnie – mógłbym wyłożyć na stół więcej pieniędzy, sprawić, żeby miał nieco większy ból głowy. Ale po co? Mało mamy takich postaci w polskiej koszykówce. Musimy o nie dbać, szanować i pozwolić im się rozwijać. Trzymam za niego bardzo mocno kciuki.
Andrzej był najlepszym koszykarzem ligi, MVP sezonu i finałów. Na Plutę kibice przychodzili do hali. Jeśli rozejrzeć się po Bemowie, to większość kibiców, która nosiła jersey’e Legii, miała na plecach numer „3” – właśnie Andrzeja Pluty.
– Albo „55” i Łukasza Koszarka sprzed kilku sezonów (śmiech). A całkiem na poważnie: Andrzeja nie da się zastąpić. Nie ma w lidze polskich graczy, którzy są młodzi, mają status gwiazdy i robią takie show na boisku.
Od strony sportowej tej absencji się nie boję. Zauważ, że rok temu zastanawialiśmy się, jak Legia poradzi sobie bez Kamerona McGusty’ego. No i jakoś sobie poradziła, o McGustym nikt dziś nie rozmawia, zachwycamy się dziś innymi zawodnikami.
Bardziej boję się, że Legia traci symbol, z którą fani się identyfikowali. Andrzej był ważną postacią dla naszej społeczności – kibicowskiej, biznesowej, każdej. Ale życie toczy się dalej. Być może ktoś z graczy zagranicznych, których już podpisaliśmy, skradnie serca kibiców? I nie zapominajmy ze drugim symbolem aktualnej Legii jest jej kapitan Michał Kolenda.
Co najbardziej ceni pan w warsztacie Heiko Rannuli?
– To, że zdobył dwa mistrzostwa Polski! A na serio: spokój i konsekwencję. Jeśli chodzi o to pierwsze, to nie chodzi mi nawet o jego sposób bycia, tylko ten spokój wewnętrzny. Przekonanie, że wie, co robi.
Jesteśmy pod tym względem podobni – kiedy mamy jakąś wizję, jesteśmy do niej przekonani, to nawet jeśli otoczenie ma inne zdanie, my będziemy forsować nasz pomysł. Niepowodzenia, czy głosy krytyki Heiko nie zrażają – i to jest fajne.
Czytaj także: SUBSKRYPCJA Lewandowski tuszował problem polskiej piłki. Teraz już się nie da
Druga rzecz: mimo wszystko słucha. Ma świetny kontakt z Aaronem Celem, czyli naszym dyrektorem sportowym. A ta relacja mnie najbardziej cieszy. Prawdopodobieństwo, że dwóch gości, którzy znają się na koszykówce, popełni jakiś błąd jest mniejsze, kiedy działają w tandemie, niż kiedy mieliby podejmować decyzje w pojedynkę. A ja w sprawy sportowe się nie angażuję. Zrobiłem w tym sezonie jeden wyjątek – gdy podejmowaliśmy decyzję co do Carla Ponsara. To był nasz siódmy obcokrajowiec w składzie, musieliśmy zdecydować się, czy podejmujemy wysiłek finansowy i organizacyjny. Stąd moja dyskusja z Heiko i Aaronem, czy podejmujemy ten krok. Całą resztę spraw sportowych zostawiłem im.
Sam Heiko Rannula przyznał, że zbudował znakomitą relację z Andrzejem Plutą. To dla mnie o tyle zaskakujące, że estoński trener ma zbudowany wizerunek zamkniętego w sobie introwertyka. Ale to może tylko powierzchowność.
– Heiko ma taki wizerunek na zewnątrz, ale uwierz, że to naprawdę fajny, normalny gość, który ma świetne relacje z zawodnikami. Znam z kolei trenerów, którzy w mediach wypadają świetnie, pokazują się jako otwarci ludzie, a faktycznie nie potrafią i nie lubią rozmawiać z zawodnikami.
A relacja Heiko z Andrzejem Plutą była i jest naprawdę wartościowa i procentuje dla obu panów.
Aaron Cel opowiadał mi kiedyś, że Heiko uwielbia grać w padla – także z zawodnikami, czy działaczami. Że to jego sposób na to, aby zjednoczyć zespół i klub. To kto dzisiaj w klubie jest najlepszy?
– Ani Aaron, ani ja. Myślę, że Heiko i Krystian Pazdyka, który w klubie zajmuje się mediami społecznościowymi. Był nawet turniej, w którym Krystian ograł trenera i śmieję się, że Heiko przyjął to nie najlepiej. Dlatego, na wszelki wypadek, podczas play-off poprosiłem Krystiana o ograniczenie gry w padla!
Dziś – już po sukcesie – łatwo nam mówić o cierpliwości, o trzymaniu nerwów na wodzy. Ale na pewno w trakcie sezonu był moment, w którym drużyna zadrżała w posadach. Mam na myśli sześć porażek na przełomie roku i bardzo bolesne odpadnięcie z Ligi Mistrzów po meczu z Heidelbergiem.
– To tylko sport, zawsze można przegrać. Wszystko jest kwestią analizy. Jeśli przyczyną są błędy trenera, trzeba je przedyskutować. Jeśli powodem są kontuzje, wtedy moja wyrozumiałość jest większa.
No to weźmy na tapet mecz z Heidelbergiem, bo on wymyka się wszelkim analizom. Sprawa była prosta: jeśli Legia wygra u siebie, wyjdzie z grupy. Jeśli nie – odpada z rozgrywek. I do przerwy układa się to znakomicie. A potem…
– … potem nastąpiła jakaś niespotykana zapaść. Cały ten mecz układał się przedziwnie. Do przerwy prowadziliśmy 20 punktami. Wydawało się, że nie ma szans tego przegrać. A potem wszystko straciliśmy, mając dwa rzuty na zwycięstwo, dwie dogrywki…
To zdecydowanie najboleśniejszy moment sezonu, bo bardzo chcieliśmy zapisać się w historii, wychodząc z grupy w rozgrywkach Ligi Mistrzów. To nas zabolało do szpiku. Ale nie mieliśmy wyjścia: trzeba było wyciągnąć wnioski. I paradoksalnie pomogło nam to w najważniejszym momencie sezonu.
Czy dzień po porażce to była jedna z tych chwil, gdy jednak porozmawiał pan o sporcie z trenerem…
– Nie. I nie chodzi o to, że nie miałem mu nic do powiedzenia, po prostu potrzebowałem trochę czasu dla siebie, by to odchorować. Czułem gigantyczną bezradność. Chciałoby się powiedzieć, że podobną jak po porażce z Zastalem w meczu numer sześć, która była równie bolesna, ale wówczas wiedziałem, że mamy jeszcze szansę w meczu numer siedem, że ten rzut Garrisona nie był decydujący. Po odpadnięciu z Ligi Mistrzów wiedziałem, że drugiej szansy nie będzie – i to chyba bolało najbardziej.
Wracając jeszcze do finałów: kto był ich nieoczywistym bohaterem? Rok temu wskazał pan Maksymiliana Wilczka, czyli – nomen omen – młodego wilka Legii, który wchodził z ławki i gryzł parkiet. A teraz?
– Myślę, że tym razem był nim Carl Ponsar – ale nie tylko finałów, a całego sezonu. To koszykarz, który przyszedł do nas na chwilę, w zastępstwie, z którym podpisaliśmy krótkoterminowy kontrakt, a potem dwa razy go przedłużyliśmy. A on w każdym meczu walczył, jakby miał kontrakt na trzy lata. Wywalczył sobie umowę, potem miejsce w pierwszej piątce, a na końcu mistrzostwo. Piękna historia.
I tu znów – podobnie jak z Andrzejem Plutą – „przegraliśmy” z marzeniami. Carl od zawsze mówił, że jego nadrzędnym celem jest gra we francuskiej ekstraklasie. I to mu się udało, podpisał kontrakt z Chalon, a ja się cieszę, że wspólnie sobie pomogliśmy.
Myślałem, że wskaże pan DJ-a Brewtona…
– Jego ściągnęliśmy po to, aby on był bohaterem, ale tym oczywistym. Miał nam dać jakość od początku i… spełnił nasze oczekiwania. Więc trudno nazwać go X-factorem, bo był dokładnie tym, kim miał być.
A co do Maksa Wilczka – uwielbiam tego chłopaka i trzymam za niego kciuki w zespole z Torunia. Maks miał trochę pecha, bo na jego pozycji w Legii gra Michał Kolenda, filar zespołu i kapitan, siłą rzeczy rola Maksa była więc mniejsza. Ale jestem pewien, że poradzi sobie w dużej roli w nowym klubie i wróci do Legii za jakiś czas.
W niedawnym wywiadzie w hiszpańskiej prasie Tomas Satoransky przyznał, że po powrocie do Barcelony z NBA zdziwiło go to, że tak wielki klub nie ma żadnej wizji. Że żyje od przypadku do przypadku. Trafi się dobry trener? Będą wyniki. Będą dobrzy zawodnicy? Może uda się coś wygrać. Wracając na nasze podwórko: kiedy zrozumiał pan, że Legia potrzebuje wizji, systemu, żeby wyróżnić się na rynku?
– Nie wiem, czy system to dobre słowo. Może bardziej: struktura.
Kilka lat temu w polskiej lidze było tak, że trener był jednocześnie i menedżerem, i dyrektorem, i skautem. I gdy popełniał po drodze błędy, to zostawała spalona ziemia. Błędy są czymś normalnym, częścią procesu. Ale jeśli wszystkie obowiązki spoczywają na jednych barkach, to jest to prosta droga do kryzysu. Na szczęście od kilku sezonów kluby patrzą na to już inaczej, dywersyfikują obowiązki.
Ja chciałem zbudować organizację na kilku filarach, i to mi się udało. Heiko Rannula jest świetnym trenerem, ale oprócz niego są inni odpowiedzialni za rozwój klubu – ja, Aaron Cel, Łukasz Sekuła i Marcin Gacoń. Wszyscy pracujemy po to, aby Heiko miał jak największy komfort pracy.
Co ciekawe, na spotkaniu po sezonie Heiko podziękował nam za cierpliwość i zaufanie, że nie doszło do żadnych rewolucji – właśnie wtedy, na przełomie roku. W nim te sześć porażek siedzi do dzisiaj, mimo że właśnie obronił mistrzostwo Polski.
I rzeczywiście: zachowaliście tę cierpliwość?
– Z ręką na sercu mogę powiedzieć, ani ja, ani Aaron nawet przez moment nie pomyśleliśmy o zwolnieniu trenera. Cały „focus” był na to, jak wyjść z kryzysu, a nie o tym, czy szukać nowego trenera. Czuliśmy, że Heiko może wyciągnąć Legię z tego kryzysu i mieliśmy rację.
Jesteśmy świeżo po losowaniu grup w nowym sezonie Ligi Mistrzów. Legia trafiła na turecki Galatasaray Stambuł, francuskie SIG Strasbourg i chorwacką Cibonę Zagrzeb. Jak pan ocenia to losowanie?
– To bardzo wymagająca grupa. Na pewno nie jest to sportowo łatwa, ale to Liga Mistrzów i tutaj nie ma łatwych przeciwników. Marketingowo bardzo ciekawi przeciwnicy, szczególnie mecz ze słynnym Galatasaray będzie dużym wydarzeniem sportowym w Polsce.
To trzecie podejście Legii do Ligi Mistrzów. Czyli do trzech razy sztuka jeśli chodzi o awans z grupy?
– Mam taką nadzieję. Traktujemy nasz udział w tych prestiżowych rozgrywkach bardzo poważnie i awans z grupy jest naszym celem.
Liga Mistrzów to rozgrywki należące do FIBA, czyli federacji, która dyskutuje z NBA o budowie NBA Europe. To już więc takie delikatne przymiarki pod powstanie tej ligi?
– Zdecydowanie za grą w BCL przemawia powstanie NBA Europe. Jeśli chcemy, jako polska liga, funkcjonować w europejskiej elicie, musimy – nie tylko jako Legia – myśleć o tej perspektywie. Klub z Polski, jeśli chcemy się liczyć na salonach, docelowo musi grać w tych rozgrywkach.
A jeśli chodzi o rozgrywki Eurocup, organizowane przez Euroligę, tam też byliśmy blisko gry. To też niezwykle prestiżowe rozgrywki, więc także negocjowaliśmy, nie wiedząc, czy Liga Mistrzów wypali.
To gdzie w takim razie rozgrywać te ewentualne mecze NBA Europe?
– Skra, mimo że będzie jednym z najnowocześniejszych obiektów w Europie, na ten format będzie za mała. Ale coraz głośniej się mówi, że ministerstwo sportu rozpoczęło już prace koncepcyjne nad budową hali na błoniach Stadionu Narodowego.
Hala na 15-20 tys. widzów musi w Warszawie powstać. Tego wymagają plany organizacji igrzysk, wielkich koncertów, czy właśnie rozgrywek NBA Europe. I jest to tak samo oczywiste, że powstać musiała Skra, czyli obiekt na 5-6 tys. osób.
Czytaj także: SUBSKRYPCJA Zajrzeli w poufne umowy i zrezygnowali z mundialu. „Nie będziemy bankomatem”
A jak dzisiaj patrzy pan na wszystko, co musiał pan przejść, lobbując za budową hali na Skrze?
– To była taka Polska w pigułce. Dużo bezsensownej politycznej gry, kompletnie nieracjonalna dyskusja, absurdalne argumenty… Ja jestem zwolennikiem rozmowy, ale w tym przypadku starano się racjonalną rozmowę zagłuszyć.
Cieszę się, że władze miasta obiecały mieszkańcom, że w nowej hali nie będą organizowane koncerty muzyczne. Obawiali się oni hałasów i zaburzenia komfortu. Choć z drugiej strony – to i tak jest jedna z najgłośniejszych arterii Warszawy.
Podsumowując: cieszę się, że wygraliśmy tę bitwę, bo niewiele brakowało, a pomysł zostałby utrącony. I wtedy miałbym – jako Warszawiak – bardzo duże poczucie porażki. Ale chcę też powiedzieć, że gdyby nie determinacja pani wiceprezydent Renaty Kaznowskiej ta hala nigdy by nie zaczęła się budować.
Aktywiści wylewali na pana i na klub wiadro pomyj, choć wiele w przestrzeni publicznej było fake newsów. Choćby o tym, że „Legia zabudowuje Pole Mokotowskie”. Kto by się wtedy nie sprzeciwił…
– Też słyszałem taką narrację. Słyszałem wiele innych rzeczy, także na swój temat. Na przykład o tym, że wypowiadałem się na jakichś spotkaniach, że mieszkańcy się ze mną nie zgadzali, podczas gdy ja w ogóle się nie wypowiadałem. Musiałem zagryźć zęby i przemilczeć niektóre zachowania.
Rozmawialiśmy o finale z Zastalem, a półfinał z Dzikami? Nie bał się pan, że w Warszawie rośnie konkurencja?
– Nie bałem się, bo poza jednym meczem wygraliśmy tę serię gładko 3-0 i widać było różnicę obu zespołów: my byliśmy mistrzem broniącym trofeum, a Dziki do tego poziomu dopiero aspirują. To była oczywiście fajna i zacięta rywalizacja, ale to my graliśmy w finale.
Dziki to dla pana rywal – w strefie miejskich wpływów, w walce o sponsorów etc. – czy raczej taki towarzysz, obok którego się biegnie i który napędza do jeszcze większego wysiłku?
– Na pewno nie to pierwsze, ale także jeszcze nie to drugie. My z Dzikami fajnie teraz rywalizujemy. To trochę jak z tym przepisem o obowiązkowej grze Polaków. Kiedy zniknął, koszykarze musieli zacząć się mocniej starać o na treningach i w meczach. I to pomaga im w rozwoju.
Jakbyśmy my nie mieli takiego rywala jak Dziki, być może pewne rzeczy przychodziłyby nam za łatwo, może byśmy byli trochę bardziej „leniwi”. My się więc ścigamy – na polu marketingowym, wizerunkowym. I jest to bardzo fajny wyścig.
Ja to odbieram pozytywnie. Między mną a Michałem Szolcem nie ma żadnej złej krwi. Cieszyłem się zresztą, że te derby w półfinale przebiegły w świetnej atmosferze. Z jednej strony sport ma w sobie pewną dozę szowinizmu, i ona była po obu stronach trybun, co jest moim zdaniem dobre i fajne dla widowiska. Ale nie było wrogości, na trybunach mieszali się fani Dzików i Legii. Zresztą jest wiele osób, które chodzą i na Dziki, i na Legię. I to jest bardzo fajne.
To na koniec: Legia dość szybko ogłaszała nowe nazwiska przed nowym sezonem. Są Szymon Tomczak, Jakub Andrzejewski, estoński skrzydłowy Markus Ilver, łotewski rozgrywający Kristers Zoriks…
– Cieszę się przede wszystkim z budowy polskiej rotacji, bo polskich graczy na rynku jest coraz mniej. Część wyjeżdża do Europy, jak Andrzej Pluta, część do Stanów Zjednoczonych, jak Jakub Szumert. Wybór jest ograniczony.
Szymon Tomczak zapewnia nam świetną rotację pod koszem, historia Kuby Andrzejewskiego jest też niesamowita, bo to syn Tomasza Andrzejewskiego, który wywalczył z Legią awans do ekstraklasy w 2017 r., był kapitanem Legii. Syn podobnie jak ojciec ma świetny charakter do sportu, niczego się nie boi, jest zadziorny.
Oni – oraz Michał Kolenda, Wojciech Tomaszewski i Błażej Czapla – gwarantują jakość. A kto może zastąpić Andrzeja Plutę w roli gwiazdy? Być może nie musi być to gracz z polskim paszportem? Polecam przyglądać się Zoriksowi, z którym podpisaliśmy kontrakt na dwa lata. Będziemy mieć z niego pożytek.


