Pierwszy mecz półfinału Ligi Mistrzów PSG – Bayern Monachium (5:4) był jak spacer po luksusowej 8. dzielnicy Paryża: pełen jakości z najwyższej półki i błysku na każdym kroku. Największe gwiazdy dały nam spektakl, który bez wstydu można by wystawić na scenie Moulin Rouge.
To był fenomenalny mecz. Najlepszy w tym sezonie Ligi Mistrzów i jeden z najlepszych ostatnich lat. Miał absolutnie wszystko: szalone tempo, niewyobrażalną intensywność, indywidualną jakość z najwyższej półki, piękne gole i zwroty akcji. Jeśli oczekiwaliście, że półfinał PSG z Bayernem Monachium będzie godny miana przedwczesnego finału, nie macie prawa czuć się rozczarowani. Ten mecz mógł się nie kończyć.
Zobacz wideo Żelazny mocno o trenerze Arsenalu: Arteta to trener z Instagrama
To, co we wtorek wieczorem działo się na Parc des Princes, dobrze obrazuje dosłownie kilkadziesiąt sekund między 32. i 33. minutą pierwszej połowy. Najpierw przecieraliśmy oczy ze zdumienia po indywidualnej akcji Michaela Olise. Francuz z łatwością minął po kolei Nuno Mendesa, Marquinhosa i Joao Nevesa, a Paryżan szczęśliwie uratował słupek. Nie było nawet czasu na powtórkę tej akcji, bo zanim złapaliśmy oddech, w polu karnym Bayernu czarował Desire Doue. Jego strzał został zablokowany, a po dośrodkowaniu z rzutu rożnego gola na 2:1 strzelił Neves. I taki to właśnie był mecz. Cios za cios, starcie talentu czystej wody i najwyższej jakości.
Pierwsze mecze w fazie pucharowej bywają trudne do oglądania: pełne uwagi i kunktatorstwa. Szczególnie w wykonaniu gości tych spotkań, którzy zazwyczaj nie szarżują i zwykli zadowalać się remisami. Czasem nawet minimalną porażką. W końcu za kilka dni u siebie będą mogli pokazać pełnię ofensywnych możliwości. We wtorek ani Bayern, ani PSG nie kalkulowały. Już na pierwsze starcie giganci wytoczyli najcięższe działa.
Bayern zaczął na najwyższych obrotach. Piłkarze Vincenta Kompany’ego nie przestraszyli się paryskich gwiazd, chcieli dominować na ich terenie. Błyszczał nie tylko Olise. Wszędobylski był Jamal Musiala, na skrzydłach szaleli Alphonso Davies i Luis Diaz, w kluczowym momencie nie zawiódł Harry Kane, który jak zwykle harował na całej długości boiska.
Kosmiczny mecz w Paryżu
Po bramce na 1:0 dla Bayernu PSG wydawało się zamroczone. Zwłaszcza że niedługo po bramce Kane’a na 2:0 powinien podwyższyć Olise. Powinien, ale wyjątkową interwencją popisał się Matwiej Safonow. Rosjanin dał kolegom drugie życie i impuls do pobudki. A jak PSG ruszyło, to już na całego.
Doue i Chwicza Kwaracchelia, którzy w pierwszych minutach byli kompletnie niewidoczni, wspólnie wypracowali bramkę na 1:1. Ousmane Dembele, który jeszcze przy stanie 0:1 zmarnował stuprocentową okazję, pierwszą połowę kończył z asystą przy golu Nevesa i bramką z rzutu karnego na 3:2. Między golami PSG znów moment geniuszu dał nam Olise, który zdobył kolejną cudowną bramkę w tym sezonie.
Nikt, kto oglądał ten mecz, nie chciał przerwy. Działo się w nim za dużo. Za dużo było w nim jakości. Kwadrans mógł sporo zmienić, przynieść opamiętanie szalejącym gwiazdom, ostudzić emocje. Na szczęście tak się nie stało.
Pierwsze minuty drugiej połowy dały nam PSG w najlepszym wydaniu. Najpierw świetna akcja i gol Kwaracchelii na 4:2. Dwie minuty później kolejny błysk Dembele i było 5:2. Luis Enrique szalał przy ławce rezerwowych tak, jak na boisku szaleli jego piłkarze. PSG dodatkowo napędzali fanatyczni kibice. Tego szturmu nakręconej maszyny nikt by nie przetrwał. Nikt poza Bayernem.
Ostatnie tygodnie drużyny Kompany’ego naznaczone były powrotami. Bayern odwrócił wynik rewanżu z Realem Madryt (4:3) oraz ligowych meczów z VfB Stuttgart (4:2) i ostatnio z FSV Mainz (4:3). Mistrzowie Niemiec podnieśli się i we wtorek, sprawiając, że kwestia awansu do finału wciąż jest otwarta. Trochę szczęśliwie, jak przy golu Dayota Upamecano, ale przede wszystkim kosmiczną jakością.
Bo kosmiczne było podanie Kane’a do Diaza w 68. minucie. Kolumbijczyk, który strzelił gola na 4:5, w polu karnym zabawił się z Marquinhosem jak z juniorem.
Piątej bramki Bayern już nie zdobył, choć w końcówce miał wyraźnie więcej sił od gospodarzy. Jednobramkowa różnica o niczym nie świadczy. Zwłaszcza po spotkaniu, które zapisało się na kartach historii Ligi Mistrzów.
Ten mecz był jak spacer po luksusowej 8. dzielnicy Paryża: pełen jakości z najwyższej półki i błysku na każdym kroku. Największe gwiazdy dały nam spektakl, który bez wstydu można by wystawić na scenie Moulin Rouge. Dajcie nam już rewanż.