...
Dom SportBicie, głodzenie, poniżanie dzieci. Blanik: Mogłem pozwać każdego

Bicie, głodzenie, poniżanie dzieci. Blanik: Mogłem pozwać każdego

przez admin

– Chyba mógłbym pozwać każdego swojego trenera – zaskakuje Leszek Blanik. W szczerej rozmowie ze Sport.pl szef Polskiego Związku Gimnastycznego nie udaje, że wie wszystko o problemach dyscypliny. Mimo że przeżył ogromnie dużo jako zawodnik i już też jako prezes. Na ile polska gimnastyka jest wciąż patogimnastyką, jaką opisywaliśmy w naszym cyklu kilka lat temu?

Dodaj nas do ulubionych źródeł w Google

– Chcieliśmy diametralnie zmienić obraz naszego sportu. I my, i sponsor powiedzieliśmy sobie, że nie chcemy żadnego sukcesu za cenę zdrowia psychicznego zawodniczek i zawodników. Umówiliśmy się, że będziemy eliminować ze środowiska osoby, które nie będą chciały tego podejścia zrozumieć – mówi Leszek Blanik. Mistrz olimpijski, świata i Europy sam wiele wycierpiał przez trenerów. I teraz jako prezes radzi rodzicom, co powinni w takich sytuacjach robić.

Byłeś świadkiem przemocy w sporcie, spotkałeś się z nieprawidłowościami? Napisz do mnie: lukasz.jachimiak@grupagazeta.pl

Na ile zmieniła się polska gimnastyka kilka lat po tym, jak publikowaliśmy na Sport.pl cykl Patogimnastyka?

Łukasz Jachimiak: Z badania „Przemoc wobec dzieci w sporcie” wynika, że w Polsce co drugie trenujące dziecko doświadcza przemocy fizycznej, a co trzecie – seksualnej. Kilka lat temu stworzyliśmy na Sport.pl cykl Patogimnastyka, bo okazało się, że w naszej gimnastyce mnóstwo było skrzywdzonych młodych sportowców. Teraz pana, szefa polskiej gimnastyki, proszę o szczerą odpowiedź na pytanie, co udało się zrobić, żeby wyeliminować, a co najmniej mocno ograniczyć, te wszystkie patologie, jakie opisywaliśmy.

Leszek Blanik: Oczywiście, pamiętam pana artykuły dotyczące Patogimnastyki. Czytałem jeszcze zanim zacząłem działać w opozycji do ówczesnych władz związku. Chociaż minęło już kilka lat mojej prezesury, to jeszcze w pewnych obszarach zarząd pod moim kierownictwem działa, aby móc naprostować wiele sprzecznych regulaminów i trudnych spraw. Wiele problemów wychodzi w życiu codziennym. Pyta pan o krzywdę dziejącą się dzieciom trenującym nasz sport, więc powiem szczerze, że na pewno nie jest tak, że o wszystkim wiem. Ale jestem aktywny, sprawdzam, jak tylko mogę, co się dzieje w środowisku i nie lekceważę żadnego sygnału. Bardzo dużą rolę w tym zakresie odgrywa obecnie Biuro PZG. I najważniejsza jest komunikacja.

Rozumiem, że polska gimnastyka za pana prezesury doczekała się w końcu telefonu zaufania dla poszkodowanych sportowców? U pana poprzedniczki nic takiego nie działało i nagle to ja stałem się takim telefonem – kolejne zawodniczki przekazywały sobie mój numer i opowiadały mi swoje historie.

– Kilka lat temu wprowadziliśmy w Polskim Związku Gimnastycznym standardy ochrony małoletnich i wraz z tymi standardami został powołany Rzecznik do spraw Ochrony Małoletnich. Do pani Kingi Trzebiatowskiej wpływają problemy, skargi, różne zgłoszenia. Numer telefonu do niej i mail jest podany na naszej stronie internetowej. Dodatkowo standardem jest wsparcie biura prawnego dla naszego rzecznika i prowadzonych spraw.

Zobacz wideo Daria Abramowicz może zostać z Igą Świątek do końca! „Bardzo jej ufa”

Jak często rzeczniczka zwraca się do pana z informacją, że jest poważny problem do rozwiązania?

– Dwa-trzy razy w roku. Ale w kontakcie jesteśmy częściej. Dzwonimy do siebie, rozmawiamy. Zresztą bezpośredni nadzór nad pracownikami biura ma sekretarz generalny. Z pewnością nie mam wiedzy o wszystkim, jestem prezesem dużego związku, mam dużo pracy w przeróżnych obszarach i z wieloma problemami nasza pani rzecznik radzi sobie samodzielnie. Ale jednocześnie ona wie, że pełnię nad wszystkim nadzór i angażuje mnie w poważniejsze sprawy.

Jakie na przykład?

– Tu nie za bardzo mogę się wypowiadać. Nie mogę mówić o szczegółach, bo skoro angażuję się w różne mediacje, to nie po to, żeby te historie trafiały do mediów. Ale mogę powiedzieć, że jestem wyczulony na rozwiązywanie problemów zgłaszanych przez rodziców w tych najdelikatniejszych kwestiach. Absolutnie nie przesądzamy z góry winy trenerów, ale nie możemy zbagatelizować takich zgłoszeń. Często jest tak, że w naszym sporcie trenerzy muszą tak asekurować dzieci, tak je podtrzymywać przy jakimś ćwiczeniu, żeby zapewnić bezpieczeństwo, a jednocześnie nie spowodować żadnego dyskomfortu. To jest bardzo delikatna materia i szkolimy trenerów, żeby mieli tego pełną świadomość.

Nie jest tak, że z automatu chce pan stawać po stronie trenerów? Tak byłoby łatwiej – uznać, że dziecko źle coś zinterpretowało i mieć problem z głowy.

– Jestem byłym zawodnikiem, który różne rzeczy znosił, jestem prezesem, który ma dużo na głowie, ale jestem też ojcem dwójki dzieci. Mieliśmy sprawy, które kierowaliśmy do komisji dyscyplinarnej, a nawet dochodziło u nas do doradztwa, żeby dana osoba wstąpiła na drogę sądową. Naszym priorytetem jest żeby żadna trudna sprawa nie została bez naszej reakcji jako związku.

Odsunął pan jakichś trenerów od pracy z dziećmi?

– W dwóch sprawach podejmowałem się rozmów, bo myślałem, że może to być konieczne. Ale udało się na tyle wyjaśnić i wyprostować te sytuacje, że obie strony, czyli trenerzy i rodzice z dziećmi, wróciły do rozmów i sobie wszystko powyjaśniały. My jako związek nie jesteśmy stroną, której głównym zadaniem powinno być ingerowanie i wydawanie sądów. Widzimy swoją rolę tak, że mamy pomagać wyjaśniać różne sprawy. Absolutnie nie chcemy bagatelizować żadnego problemu. Jeśli widzimy działania zagrażające zawodnikom, to reagujemy. Ale robimy to moim zdaniem na tyle szybko, że nie musimy odsuwać nikogo z trenerów prowadzących kadry narodowe. Skupiam się na kadrach i na reprezentantach Polski we wszystkich rocznikach, bo w kwestie klubowe, w stowarzyszenia, które mają swoją autonomię, nam nie do końca wolno ingerować. Te podmioty my możemy tylko wzywać do pewnych działań wyjaśniających i ewentualnie w razie ich nieskuteczności możemy działać na płaszczyźnie związkowej, żeby jakiś większy problem rozwiązać.

Na pewno pan pamięta, że przez lata w polskich klubach, a nie tylko w kadrach narodowych, przemoc była codziennością. Było bicie, poniżanie, głodzenie, a nawet molestowanie. Czy jako prezes polskiej gimnastyki słyszy pan o takich sytuacjach jak na przykład karanie dziecka za źle wykonywane ćwiczenie niewpuszczeniem tego dziecka na obiad. Albo zmuszanie dziecka do wykonywania danego ćwiczenia, mimo że w trakcie doszło do urazu i w efekcie kontynuowania treningu nastąpiło takie pogłębienie kontuzji, że koniecznością stała się operacja kręgosłupa. Wymienię jeszcze przywiązywanie dziecka skakanką do drabinki, rzucenie w dziecko pękiem kluczy czy nazywanie dziewczynek tłustymi świniami, które za wygląd na zawodach dostaną mniej punktów i klub na tym straci.

– Na pewno problemem pozostaje kwestia wagi. Jesteśmy w trudnej sytuacji, bo sam pan się na pewno orientuje, że w naszym sporcie każdy zbędny kilogram jest zagrożeniem. I nie chodzi o estetykę, na którą ktoś przesadnie i w nieakceptowalny sposób zwraca uwagę. Mówię o obciążeniu stawów i mięśni, o tym, że przy trudnych ewolucjach powtarzanych dziesiątki jak nie setki razy zbyt ciężki zawodnik jest bardziej narażony na kontuzje. My ćwiczymy na wysokościach, mamy dużo skoków i ewolucji. Sportowcy i rodzice często nie potrafią tego zrozumieć, oceniają, że przesadzamy, że przecież te dzieci są normalne. I to prawda – normalne, nie otyłe, ale do pewnych gimnastycznych ćwiczeń jednak powinny być szczuplejsze. My tłumaczymy, że aspekt wagi ciała w połączeniu z intensywnością, z liczbą powtórzeń powoduje, że może się wydarzyć coś złego dla zdrowia dziecka, jeśli jednak trochę nie zeszczupleje. Oczywiście ciągle pracujemy też z trenerami i uczulamy ich zarówno na względy bezpieczeństwa zawodniczek i zawodników, jak i na to, żeby się sportowcy komfortowo czuli.

Na pewno czym innym jest powiedzenie komuś, że musi zrzucić kilogram czy dwa dla własnego dobra, a czym innym nazwanie kogoś w sposób, którego nawet nie chcę tu przytaczać. Takie rzeczy są niedopuszczalne. I wierzę, że minęły już czasy, gdy powszechne było takie stawianie sprawy przez trenerów, że mówili do dziewczynek, jak źle wyglądają w strojach startowych i że przez to sędziowie dadzą mniej punktów.

Widzę, że świadomość ludzi pracujących z dzieciakami jest coraz większa. My mamy sport wczesnej specjalizacji, u nas duże sukcesy osiągają zawodnicy mający po kilkanaście lat i widzę, że nowe pokolenie trenerów lepiej potrafi współpracować z młodzieżą. Obserwuję to z zadowoleniem w naszych kadrach. Jestem dumny, że razem z naszym sponsorem strategicznym za cel postawiliśmy sobie, żeby tak samo jak sportowy wynik istotne było zadowolenie sportowców z uprawiania naszej dyscypliny. Kilka lat temu usiedliśmy z ludźmi z firmy naszego sponsora strategicznego i powiedzieliśmy sobie, że sukcesy są ważne, ale tak samo ważne musi być, żeby nasz sport nie kojarzył się z nieprzyjemnymi rzeczami. Z tym wszystkim, o czym była Patogimnastyka.

Proszę powiedzieć szczerze: czy firma Vectra, czyli sponsor z rynku prywatnego, a nie jakiś na siłę wam przyporządkowany sponsor państwowy, postawiła warunek, że pomoże, ale nie chce być kojarzona z niczym „pato”?

– Firma Vectra podała nam rękę, gdy po latach fatalnego zarządzania byliśmy na dnie. I wizerunkowym, i finansowym. Ale to naprawdę nie było tak, że sponsor coś na nas wymógł. To nasza wspólna inicjatywa. My jako związek chcieliśmy diametralnie zmienić obraz naszego sportu, a dla sponsora kwestie wizerunkowe też były tak samo ważne, jak wynikowe. Wiadomo, że sukces jest najlepszą reklamą, jest zwrotem inwestycji. Ale i my, i sponsor powiedzieliśmy sobie, że nie chcemy żadnego sukcesu za cenę normalności, za cenę zdrowia psychicznego zawodniczek i zawodników. Normalni ludzie widzą, że świat się zmienia i stare metody, często siłowe, dziś nie mają racji bytu. Mówiąc wprost: umówiliśmy się z naszym sponsorem, że będziemy eliminować ze środowiska osoby, które nie będą chciały tego podejścia zrozumieć.

Ale mówi pan, że nie jest wam, jako związkowi, łatwo ingerować w to, co się dzieje w klubach. Rozumiem, że tam interweniować możecie dopiero wtedy, gdy już wydarzy się coś bardzo złego. A więc bywa za późno.

– Powiem panu coś szczerze. Niedawno w światowej w gimnastyce było trochę procesów. Byłe zawodniczki poszły do sądu przeciw swoim dawnym trenerom. Jak ja sobie przypomnę swoje czasy zawodnicze, to chyba mógłbym pozwać każdego swojego trenera. Ale wygrałem wszystko – doszedłem do mistrzostwa olimpijskiego, świata i Europy. A więc chyba jednak ci trenerzy wiedzieli, co robią, wybierając dla mnie bardzo trudną drogę. Obserwując to wszystko mam dysonans. Bo z drugiej strony wiem, że nie każdy jest twardy, zahartowany. Sam mimo mocnego charakteru i surowego wychowania miałem momenty załamań. Przetrwałem, ale nie każdy przetrwa. Na pewno byli i są ludzie, których trenerzy złamali. Na szczęście widzę, że w polskiej gimnastyce to jest coraz mniejszy problem. Pan się martwi o kluby, to ja pana uspokoję. Trenerów wyznających starą szkołę jest coraz mniej. A młodsi poza dbałością o wynik sportowy dbają także o wpływy finansowe. Nie czarujmy się, właśnie tak to wygląda. I oczywiście jeśli udaje się połączyć jedno i drugie to jest dobrze.

Większość klubów, nie tylko gimnastycznych, bo to dotyczy całego sportu, działa po to, aby móc funkcjonować również dzięki komercji i rekreacji, co jest też dobre, ponieważ działa na polu upowszechniania, a zarazem wymaga innego podejścia do dzieci i młodzieży. Przeróżne zajęcia dla dzieci stały się modne. A żeby moda nie przemijała, musi być przyjemnie. Kluby mają zarabiać, a więc trenerzy muszą być mili, cierpliwi, niewykluczający. Frontem do klienta – to jest istotne. A jeśli gdzieś priorytetem pozostaje wyczyn, wynik, a nie komercja, to tam trenerzy i prezesi mają świadomość, że dziś są media, a przede wszystkim, że dziś praktycznie każdy rodzic ma dostęp do prawnika. Proszę uwierzyć, że kilka razy interweniowałem na w sumie wczesnych etapach, a już rodzice nie chcieli rozmawiać z trenerami czy prezesami, tylko rodziców reprezentowali prawnicy. Niestety, bywa, że rodzice też są bardzo trudni. To również jest duży problem naszego sportu. I w ogóle naszego społeczeństwa. Przecież ataki nastoletnich nożowników w szkołach to także nasza wina, rodziców. Jak widzę w przestrzeni internetowej, medialnej, te wszystkie patogale, to aż się we mnie gotuje, że pozwalamy to oglądać dzieciom. Państwo powinno tego zabronić.

Mojemu 14-letniemu synowi, który lubi sport i trenuje piłkę nożną, tłumaczę że nie do przyjęcia jest, że jedna osoba leży na deskach w klatce, a druga tę leżącą kopie. To nie jest honorowa walka, to jest porzucenie wszelkich reguł i wartości. A te wszystkie konferencje, ta agresja na nich, ten cały rynsztok – przecież to się wylewa na dzieciaki cały czas, same bójki w klatkach są tylko dodatkiem do tej okropnej rzeczywistości patosportu. Dla mnie to wszystko powinno być zdelegalizowane. Przecież to w ogóle nie są sportowcy, to są jakieś typy spod ciemnej gwiazdy, które nagle urastają do rangi bohaterów. A ja bym chciał, żeby dla dzieciaków w szkołach bohaterem mógł się stać ktoś z gimnastyki. Bo umie robić piękne ćwiczenia, bo jest silny, wysportowany i daje dobry przykład. Niestety, nie jest nam łatwo wejść z gimnastyką do szkół. Moglibyśmy przeszkolić nauczycieli, żeby zaczęli wprowadzać konkretne ćwiczenia, ale szkoły i nauczyciele się tego boją.

Boją się oskarżeń o zły dotyk?

– Tak. Ale wierzę, że z czasem jednak do szkół wejdziemy. Jesteśmy właśnie w trakcie przygotowywania strategii rozwoju PZG, w której będziemy chcieli ująć programy do wdrożenia z ministerstwem sportu. Chcielibyśmy być w szkołach, na lekcjach WF-u, na podobnej zasadzie, na jakiej odbywają się zajęcia na basenach. Już wdrożyliśmy coś takiego jak aplikacja Strefa Gimnastyczna. Z taką aplikacją jesteśmy w polskim sporcie drudzy, po siatkówce. Na bazie aplikacji chcemy wśród uczniów robić konkursy, challenge i wysyłać dla nich do szkół nagrody.

Ta aplikacja działa tak, że pobierają ją nauczyciele WF-u i na podstawie jasnego instruktażu pomagają dzieciom robić konkretne ćwiczenia?

– Na razie ona działa praktycznie tylko w naszym środowisku. Korzystają z niej zawodnicy i jest to początek drogi. Zakładają swoje profile, mogą robić sobie zdjęcia i przekierowana na swoje media społecznościowe, jak ktoś potrzebuje, to może tą drogą szukać klubu w różnych regionach Polski. W drugim etapie dodamy instruktażowe filmy z podstawowymi ćwiczeniami. Aplikację można pobrać w sklepie Play lub z naszej strony. Można sobie zainstalować, zapoznać się z nią. I czekać na więcej. Mamy ludzi, którzy już pracują dla nas nad tym, żeby tam była Grywalizacja, czyli żeby dzieci w szkołach za wykonywane ćwiczenia zbierały punkty i przez takie granie żeby rywalizowały o nagrody. Tworzymy to od kilku miesięcy, jesteśmy w fazie testów i mamy fajne widoki. Bo można mówić, że dzieci powinny odłożyć smartfony, ale trzeba coś spróbować im dać. Nam się wydaje, że jak damy coś, co można zrobić częściowo w smartfonach, a częściowo w świecie rzeczywistym, to będzie większa szansa, że to się spotka z dobrym odbiorem. Wiem, że w tym momencie aplikacja w testach działa tak, że ćwiczenie będzie zaliczone, jeśli się je wykona z telefonem w ręku. Ale specjaliści pracują nad tym, żeby odłożony czy odpowiednio ustawiony telefon rejestrował ćwiczenie. A może nawet uda nam się pójść w kierunku opasek, które by to rejestrowały. To nie są proste sprawy, ja się na tym nie znam, ale działamy, bo chcemy coś od siebie dać.

Byłeś świadkiem przemocy w sporcie, spotkałeś się z nieprawidłowościami? Napisz do mnie: lukasz.jachimiak@grupagazeta.pl

Zobacz inne