Co to był za mecz! Co za starcie żywiołów i co za bitwa przyjaciółek! Właśnie przeżyliśmy jedno z wydarzeń roku w polskim sporcie. W półfinale turnieju WTA 1000 w Wuhan Iga Świątek długo pokazywała, dlaczego w swojej karierze wygrała już sześć turniejów wielkoszlemowych, a Maja Chwalińska pokazała, jak do tego doszło, że stała się największym objawieniem światowego tenisa. Dlaczego górą była mniej utytułowana z Polek?
Dodaj nas do ulubionych źródeł w Google
Po godzinie i 13 minutach walki Iga Świątek padła na kort. I płakała. Z bólu. Wezwana na pomoc fizjoterapeutka masowała lewe udo mistrzyni. Dawid Celt, który jest kapitanem reprezentacji Polski, a mecz komentował w stacji Canal + Sport, zdradził, że Iga od jakiegoś czasu ma problem z mięśniem czworogłowym. Świątek przegrywała w tamtym momencie 5:6. Wróciła do gry i walczyła, jak tylko mogła do końca, czyli do stanu 5:7, 1:6. Walczyła, choć już przy wyniku 5:7 i 15:40 Maciej Ryszczuk, a więc jej specjalista od przygotowania fizycznego, sugerował, że może szkoda zdrowia.
Idze Świątek w polskim hicie zdrowia zabrakło. Ale absolutnie nieuczciwe wobec Mai Chwalińskiej byłoby stwierdzenie, że Świątek przegrała z kontuzją. Z Chwalińską też przegrała. Bo Chwalińska rozegrała kolejny wielki mecz.
Świątek nie była w stanie przestraszyć Chwalińskiej
W piątkowym ćwierćfinale w Wuhan z Ann Li Iga Świątek popełniła 28 niewymuszonych błędów przy tylko 10 uderzeniach kończących. W czwartek, rundę wcześniej, z Ashlyn Krueger miała 27 własnych pomyłek przy dziewięciu winnerach. Całe szczęście, że Amerykanki myliły się bardziej – Li miała 13 winnerów i aż 49 niewymuszonych błędów, a bilans Kruger to było 16:46. W sobotnim półfinale z Chwalińską Świątek na coś takiego nie mogła liczyć.
Zobacz wideo Rewolucja w życiu Mai Chwalińskiej. Tego jeszcze nie przeżyła
Chwalińska w ćwierćfinale z Marią Sakkari miała stosunek winnerów do niewymuszonych błędów 25:23, a wcześniej z Ivą Jović – 17:15. W obu meczach była świetna. A jej trener, Jaroslav Machovsky, mówił po tych spotkaniach w rozmowie ze Sport.pl, że cieszy się na mecz Mai z Igą. Czech widział szanse swojej zawodniczki na kolejne wielkie zwycięstwo. – My po prostu spróbujemy się jak najlepiej przygotować i poszukać swoich szans. Wierzę, że je mamy. Trzeba tylko i aż dalej dobrze grać. Najlepiej tak, jak w pierwszym secie z Sakkari – mówił nam szkoleniowiec.
To brzmiało jak prosty plan i trzeba oddać Chwalińskiej, że kiedy jest w najwyższej formie, to tenis w jej wykonaniu wygląda na prostą grę.
Świątek wyszła na nią nabuzowana. Od pierwszej piłki chciała narzucić swoje warunki, chciała słabszą fizycznie przyjaciółkę zdominować. Różnica wzrostu (176 cm Iga, 164 cm Maja), zasięgu ramion, siły uderzeń – to wszystko, plus oczywiście ogromne doświadczenie, czyniło faworytkę z Igi. Ale Maja doskonale radzi sobie w starciach z faworytkami. W Wuhan w każdej kolejnej rundzie wróżono jej porażkę. Tak samo jak w Rolandzie Garrosie, gdzie na przełomie maja i czerwca doszła z kwalifikacji aż do wielkiego finału.
Chwalińska gra w końcówce sezonu równie znakomicie, jak późną wiosną w Paryżu. Mecz z Igą był kolejnym jej popisem. Świątek miała gorszy moment, gdy przy stanie 2:2 w pierwszej partii przegrała gema przy swoim podaniu. Ale zareagowała kapitalnie – od razu zanotowała przełamanie powrotne, przy remisie 3:3 dorzuciła swojego gema serwisowego na 4:3, a w następnym znów przełamała Chwalińską. Prowadziła 5:3 i serwowała. Grała bardzo agresywnie, ale jednocześnie potrafiła zachowywać margines i przy tej ultraofensywie myliła się rzadko. W tamtym momencie – przy prowadzeniu 5:3 – miała już aż 24 uderzenia kończące przy 12 niewymuszonych błędach. W tamtym momencie Igę można było tylko oklaskiwać. Było widać, że Maja wydobyła ze swojej przyjaciółki wszystko, co najlepsze. Ale Maja w tym wszystkim imponowała spokojem. Była jak zahipnotyzowana. Nie pękła, nie zwiesiła głowy, nawet przez chwilę nie pomyślała, że tego się nie da wygrać. A przynajmniej żadnego zwątpienia nie okazała.
Było już 5:3 i 40:15, Świątek miała dwa setbole. Ale Chwalińska je obroniła. Na swoich warunkach, piękną, kombinacyjną grą. Finezją. Słowem – wszystkim, co w jej grze kochają kibice nie tylko z Polski, ale z całego świata.
Świątek nagle stała się bezradna. Ale nie odpuściła
„Postaraj się!” – krzyknęła do samej siebie Świątek, gdy z 5:3, 40:15 zrobiło się 5:5 i 0:15. W kolejnym punkcie Iga była staranna i cierpliwa, chyba nie zepsułaby piłki w tamtej długiej wymianie, nawet gdyby ta wymiana miała trwać godzinę. Ale nagle Chwalińska zagrała tak kapitalną kontrę, że po jej soczystym forhendzie wzdłuż linii chińscy kibice wstali ze swoich miejsc na trybunach i oklaskiwali Maję na stojąco.
Poziom meczu był zachwycający i wielka szkoda, że w pewnym momencie bardziej zaczęliśmy się martwić o Świątek niż dalej rozkoszować się widowiskiem. Po godzinie i 13 minutach walki przełamana na 5:6 Świątek padła na kort, a za moment na pomoc przybyła jej fizjoterapeutka. Widząc, jak Iga płacze z bólu, baliśmy się, że przez uraz uda już nie wróci do gry. Wróciła z dużym opatrunkiem. Ku zaskoczeniu wszystkich Świątek zawalczyła tak, że wyszła na 40:15 i miała dwie szanse na doprowadzenie do tie-breaka. Ale wtedy znów Chwalińska włączyła swoje czary. I sprytny serwis, i misternie tkane akcje w wymianach, i to znakomite czucie, co i jak zrobi rywalka – Maja znów prezentowała cały wachlarz swoich umiejętności. Straty odrobiła koncertowo, wypracowała sobie pierwszego setbola i wykorzystała go, zamykając pierwszą partię po aż godzinie i 25 minutach.
Po tej bitce przyjaciółek Świątek z grymasem bólu zeszła na przerwę do szatni. Osiem minut później mecz został wznowiony. Na szczęście Iga oceniła, że da radę grać dalej. Ale już za moment znowu płakała. – Jak chcesz to spróbuj ze trzy razy, pograj kickiem [wyższy serwis] i z pierwszej piłki uderzaj wtedy, a jak nie, to kończ: nie ma sensu, szkoda zdrowia, mamy czas, żebyś się zregenerowała – mówił do Igi Maciej Ryszczuk, gdy zawodniczka podeszła do niego na krótką konsultację przy stanie 5:7, 15:40.
Świątek najwyraźniej uznała, że nie skreczuje. Trudno zgadywać, na ile wierzyła, że odwróci ten mecz, mimo kłopotów zdrowotnych i świetnej gry Chwalińskiej, a na ile nie chciała nie dograć takiego wyjątkowego meczu. Można tylko podejrzewać, że Idze nie zależało jedynie na szukaniu do końca punktów w walce o awans w rankingu tego sezonu – Polka do końca stara się wejść do top 8 i zapewnić sobie występ w kończących sezon WTA Finals. Granie do końca Igi w meczu z Chwalińską wyglądało też na sposób okazania szacunku Mai i polskim kibicom.
Świątek i Chwalińską łączy coś niezwykłego. To było widać
Świątek i Chwalińską łączą lata znajomości, która na pewno jest dobrym koleżeństwem, a chyba nawet przyjaźnią. Dziewczyny razem rosły tenisowo. Dziesięć lat temu jako filary reprezentacji Polski do lat 16 wygrały drużynowe mistrzostwa świata. A później, gdy kariera Igi w dorosłym tenisie wystrzeliła w kosmos, a Maja zmagała się z licznymi problemami (m.in. kontuzje i depresja), to jedna potrafiła dawać drugiej wsparcie.
Teraz pierwszy raz zagrały ze sobą jako dwie tenisistki ścisłej czołówki cyklu WTA. Patrząc, jak pięknie w tym gronie rozgościła się Maja, możemy liczyć, że takich meczów będzie więcej. Za ten w Wuhan brawa dla Igi – za bardzo dobre granie do pewnego momentu, a później za walkę do końca. A dla Mai brawa jeszcze większe. I ściskajmy kciuki, żeby w niedzielę wygrała w finale z Sonay Kartal. Możemy być pewni, że Świątek będzie kciuki ściskała. Wymowne były obrazki na koniec, gdy nasze tenisistki serdecznie się wyściskały i dłuższą chwilę porozmawiały ze sobą przy siatce.
Na koniec w dowód poziomu, jaki miał ten mecz, zaznaczmy, że i Świątek, i Chwalińska więcej miały uderzeń kończących niż niewymuszonych błędów. Bilans Igi zamknął się w liczbach 37 i 33, a bilans Mai to znakomite 19:7!
