– Nie płakałem – mówi wzruszony i roześmiany Jaroslav Machovsky. Trener Mai Chwalińskiej zdradza, że jego zawodniczka wcale nie jest wolna od nerwów, gdy przegrywa 2:6, 0:2 w finale wielkiego turnieju. – Maskuje to. I stara się dalej – mówi Machovsky. I zdradza, że przed ich teamem teraz ważna decyzja.
Dodaj nas do ulubionych źródeł w Google
– Chyba nawet nic nie mówiliśmy w tamtej chwili, gdy się razem cieszyliśmy. Wystarczyło, że po prostu możemy się pościskać i razem poczuć, jaki to jest piękny moment – mówi Jaroslav Machovsky. Po finale w Wuhanie Maja Chwalińska i jej trener padli sobie w ramiona. Znów świętowali wspólnie sukces, którego już prawie nikt im nie wróżył.
W niedzielę Chwalińska pokonała Sonay Kartal 2:6, 6:4, 6:2 w meczu o tytuł mistrzowski w turnieju WTA 1000 w Wuhanie. Polka przegrywała 2:6, 0:2, ale się nie poddała. I pięknie spuentowała genialne dni, jakie tam przeżyła.
W poprzednich rundach Chwalińska wygrywała mecze, których nie była faworytką. Wygrała m.in. półfinał z Igą Świątek (7:5, 6:1). Jej trener mówi szczerze, że jeszcze niedawno nie pomyślałby, że to w ogóle możliwe. Chwalińska w Wuhanie zachwyciła może nawet jeszcze bardziej niż na przełomie maja i czerwca, gdy jako zawodniczka z drugiej setki światowego rankingu doszła do finału Rolanda Garrosa. Teraz dzięki tytułowi w Chinach Maja awansuje w światowym rankingu WTA z miejsca 22. na 11.
Łukasz Jachimiak: Panie trenerze, czy ma pan mocne, zdrowe serce?
Jaroslav Machovsky: Chyba tak. Tak myślę po tym finale, ha, ha!
Jak się pan czuje po tym wszystkich szalonych i pięknych dniach zwieńczonych takim powrotem Mai od 2:6, 0:2 w finale?
– Szczęśliwy. Zadowolony. No i jeszcze to wszystko się we mnie nie uspokoiło.
Dlatego pytałem o pańskie serce. Co wrażliwsi kibice mogli ten finał przypłacić zdrowiem.
– Mogli, tak. Ale chyba o to chodzi w sporcie, żeby dawał takie emocje, prawda? Nudno by było bez nich.
Zobacz wideo Rewolucja w życiu Mai Chwalińskiej. Tego jeszcze nie przeżyła
Idziecie na pizzę, jak to robiliście po sukcesach na Rolandzie Garrosie?
– Chciałbym, ale tu nie ma pizzy. Można pójść na chińskie jedzenie. Ale dziś na świętowanie jest już za późno [rozmawialiśmy, gdy w Wuhan była już prawie godzina 23]. Jeszcze mamy trochę rzeczy do zrobienia.
Wśród nich jest podjęcie decyzji czy teraz jedziecie na turniej WTA 500, jak planowaliście, czy jednak odpuścicie, bo po takiej dawce grania w Wuhan Maja musi odpocząć?
– Poczekamy. Nie będziemy się dziś spieszyli z decydowaniem, bo to jest trudna decyzja do podjęcia. Wyśpimy się i dopiero o tym porozmawiamy. Na razie nie było na to czasu. [jeśli Chwalińska zagra w Ningbo, to będziemy mieli kolejny polski mecz, bo w pierwszej rundzie zmierzy się z Katarzyną Kawą – red.]
Ma pan bardzo radosny głos i świetnie się pana słucha. Zastanawiam się, czy wcześniej pozwolił pan sobie na łzy radości i wzruszenia.
– Nie płakałem. Byłem i cały czas jestem bardzo, bardzo szczęśliwy, że Majka to zrobiła, że tak ten turniej dograła. Bo to często łatwo wygląda, a wymaga od niej ogromnej pracy. Jestem szczęśliwy, że po tym wszystkim, co przeżyła, dała radę. Teraz pokazała już bardzo duże doświadczenie i że ma super charakter.
Spokojem niesamowicie imponuje. I kiedy w półfinale przegrywała 3:5, 15:40 z Igą Świątek przy serwisach Igi, i gdy w finale musiała gonić z 2:6, 0:2, nie pokazywała zwątpienia, złych emocji, tylko cierpliwie i konsekwentnie robiła swoje. Ona się naprawdę nie denerwuje, czy tak dobrze maskuje nerwy?
– Ona to maskuje. I stara się dalej. Ma zadania i chce je wypełnić. Sonay Kartal grała bardzo dobrze, ale Maja cały czas próbowała, próbowała i w końcu jej się udało narzucić swoją grę. Męczyła się trochę fizycznie, ale i tak była bardzo dobrze jak na zmęczenie całym turniejem.
W czerwcu swój pierwszy wielki finał Maja przegrała. Ja wiem, że Roland Garros to turniej wielkoszlemowy, więc przewyższa każdą imprezę WTA 1000, ale czy obecny sukces Mai nie jest jednak większy niż finał Rolanda Garrosa?
– Wspaniale jest wygrać finał, ale wielki szlem, to wielki szlem. W Wuhanie obsada była tak samo mocna i droga do sukcesu tak samo trudna. Ale mówię – wielki szlem to coś specjalnego.
Właśnie udowodniliście wszystkim, że was razem stać na tak wyjątkowe rzeczy. Maja ma 25 lat, właśnie rozgościła się w światowej czołówce, więc pewnie macie widoki na parę sezonów świetnego grania i osiągania kolejnych sukcesów?
– Mam taką nadzieję. Ale te wszystkie dobre wyniki, te sukcesy, wymagają jeszcze więcej roboty.
Najważniejsze, że to wiecie. Oboje wyglądacie na ludzi, którzy wiedzą, jak to zrobić. I wierzą, że mogą.
– Dziękuję, no staram się. I myślę, że rzeczywiście wiem, co robić. A Maja ma bardzo duże chęci do pracy. Dobrze nam to wszystkie idzie. Cieszymy się.
Kiedy wyściskaliście się zaraz po finale, to właśnie tego typu rzeczy sobie powiedzieliście?
– Były w nas wielkie emocje. Przeszliśmy razem bardzo długi etap. Ufałem, że Maja da radę i poczułem wielką dumę, bo to, co zrobiła tutaj, jest niesamowite. Jeszcze jakiś czas temu nie pomyślałbym, że ona może pokonać Igę Świątek i że w tym roku wygra taki duży turniej.
Zaraz, zaraz – przecież podczas turnieju w Singapurze mówił mi pan, że na każdy turniej jeździcie z celem wygrania go.
– Ha, ha, tak, ale nie myślałem wtedy, że aż tak szybko rzeczywiście wygramy. My się do takich celów przyzwyczajaliśmy. Teraz Maja ma wielki tytuł i oboje czujemy wielkie szczęście, że to wytrzymaliśmy. Chyba nawet nic nie mówiliśmy w tamtej chwili, gdy się razem cieszyliśmy. Wystarczyło, że po prostu możemy się pościskać i razem poczuć, jaki to jest piękny moment. A teraz wracamy do pracy. Bo trzeba pracować dalej i patrzeć dalej. Zaraz przed nami nowe rozdania, w kolejnych turniejach.