Z Polski wyjechał cztery lata temu niemal niezauważony i słuch po nim zaginął. Tymczasem w tym sezonie wychowanek Zagłębia Lubin jest najczęściej grającym Polakiem w czołowych ligach Europy. A na kogoś takiego selekcjoner musi patrzeć z uwagą.
Dodaj nas do ulubionych źródeł w Google
Potencjalnych nowych twarzy dla polskiej reprezentacji zwykle poszukuje się wśród graczy bardzo młodych albo takich, którzy wyróżniają się w Ekstraklasie, sugerując, że mogliby się sprawdzić także na poziomie międzynarodowym. W polskich warunkach same regularne występy w którejś z czołowych lig Europy zwykle wystarczą, by zasłużyć na przynajmniej epizodyczną szansę w kadrze. Nawet Adam Dźwigała, który niespodziewanie uzbierał w ostatnich latach przeszło 30 występów w Bundeslidze, otarł się swego czasu o reprezentację, dostając powołanie od Jerzego Brzęczka.
Z Łukaszem Porębą jest inaczej. Ostatnią styczność z reprezentacyjną piłką miał cztery lata temu, gdy bywał nawet kapitanem młodzieżówki Macieja Stolarczyka. Krótko potem za grosze – 300 tysięcy euro – niespodziewanie kupiło go z Zagłębia Lubin RC Lens i na długo całkowicie zniknął z medialnych i kibicowskich radarów. Częściowo wpływa na to jego boiskowa rola. Mowa o defensywnym pomocniku, zawodniku od czarnej roboty, trafiającym do siatki średnio raz na sezon. Dodatkowo wychowanku Zagłębia Lubin, który nigdy nie grał w żadnym innym polskim klubie. A akurat Miedziowi zwykle znajdują się z dala od medialnego zainteresowania. Poręba i tak na dobrą sprawę rozegrał tam tylko jeden pełny sezon jako podstawowy zawodnik, w dwóch wcześniejszych będąc głównie zmiennikiem. Statystyki z jego ostatnich rozgrywek przed wyjazdem wiele mówią o jego charakterystyce. Jeden gol, trzy asysty, dziesięć żółtych kartek. Nawet zatwardziałym fanom Ekstraklasy ktoś w jego stylu mógł nie utkwić w pamięci.
Rekordowy transfer
Silny francuski klub, słynący z uważnego penetrowania polskiego rynku – kiedyś w Lens grali m.in. Jacek Bąk, Adam Buksa czy Przemysław Frankowski, dziś są tam Michał Skóraś i Maik Nawrocki – zgodnie z przewidywaniami okazał się dla niego za silny. Lens zostało wówczas wicemistrzem Francji, przegrywając jedynie z Paris Saint-Germain. Trzy występy w podstawowym składzie to było maksimum, na co mógł liczyć polski środkowy pomocnik. W poszukiwaniu częstszej gry wylądował w Hamburgerze SV, ale i wielka niemiecka firma nie pozwoliła mu na bardziej regularną grę. W ciągu dwóch sezonów w 2. Bundeslidze nigdy nie wyszedł ponad status solidnego zmiennika, czasem łatającego dziury nawet na środku obrony. Kiedy w końcu na północy Niemiec świętowano powrót do Bundesligi, uznano, że do elity potrzeba kogoś lepszego. Poręba wylądował na totalnej prowincji, do której nie da się nawet dojechać pociągiem, bo w 14-tysięcznym Spiesen-Elversberg nie ma dworca kolejowego. Ale właśnie w klubie, który chwilę wcześniej grał jeszcze w IV lidze, niespodziewanie odnalazł swoje miejsce na ziemi.
Trener Vincent Wagner, który trafił do drużyny równolegle z Polakiem, uczynił z niego centralną postać zespołu. Poręba w poprzednim sezonie rozegrał 34 mecze, czyli wszystkie możliwe. Spośród graczy z pola nikt nie pojawiał się w jego drużynie na boisku częściej. Nic więc dziwnego, że gdy jego ekipie sensacyjnie udało się awansować do Bundesligi po raz pierwszy w historii, jej pierwszym ruchem transferowym było wykupienie wypożyczonego wcześniej Polaka. 1,6 miliona euro, które na niego wydano, było wówczas transferowym rekordem klubu. Dopiero w późniejszej części letniego okna przebili go dwaj kolejni piłkarze. Nie zmienia to faktu, że wydanie tak znaczących w skali klubu pieniędzy na 26-letniego defensywnego pomocnika musi być dowodem uznania jego klasy. Trudno to bowiem traktować jako inwestycję w jego potencjał sprzedażowy. Jako jeden z nielicznych Polaków wyjeżdżających z Ekstraklasy, Poręba zdołał za granicą wielokrotnie podnieść swoją wartość. Elversberg zapłacił za niego Hamburgowi pięć razy więcej niż Lens cztery lata wcześniej Zagłębiu.
Zobacz wideo CO SIĘ DZIEJE Z POLSKIMI SĘDZIAMI?! TO JEST JUŻ SKANDAL. FERSZTER I KOSECKI NIE WYTRZYMALI
Pracuś w środku pola
Wbrew obawom, elita nie okazuje się na razie za wysokimi progami ani dla absolutnego beniaminka, ani dla jego polskiego lidera środka pola. Elversberg zaczął od sensacyjnego ogrania Bayeru Leverkusen, a po dwóch kolejkach miał komplet punktów. Pierwszej porażki doznał dopiero, gdy do Kraju Saary przyjechał Bayern Monachium, ale i wówczas pozostawił pozytywne wrażenie, przegrywając tylko 1:2. Drużyna prezentuje ciekawą, ofensywną piłkę, a Poręba daje jej w środku pola równowagę. Jego statystyki opisują grę typowego defensywnego pomocnika. Sporo kontaktów z piłką, przechwytów, blokowanych strzałów, pokonywanego dystansu, wybić i fauli, za to niewiele akcentów ofensywnych. – Mógłbym się znacznie częściej włączać do przodu i coś kombinować, ale gdybyśmy stracili piłkę i cały środek pola pozostałby otwarty, to lepiej, żebym nie pojawiał się na pomeczowej odprawie. I tak gramy bardzo odważnie do przodu, więc ktoś musi trzymać środek w ryzach i nie pozwolić, żeby powstawały zbyt duże luki. Z tego jestem rozliczany w pierwszej kolejności – mówił w wywiadzie dla Weszło. To więc typ zawodnika, którego bardziej kochają trenerzy niż kibice. Ale i tacy są przecież potrzebni. Na razie Polak nie opuścił w tym sezonie boiska nawet na minutę, jako jedyny w zespole obok bramkarza.
Już podczas poprzedniej przerwy na kadrę pomocnik z Legnicy mówił w tym samym wywiadzie dla Weszło, że był obserwowany przez sztab szkoleniowy reprezentacji Polski i liczył na powołanie. Nie doczekał się go, ale widać, że jest w kręgu zainteresowań. Elversberga nie można traktować jako potentata, według Opta Power Ranking to klub na poziomie czołówki Ekstraklasy, słabszy od Lecha Poznań, a zbliżony siłą do Legii Warszawa. Ale siła rywali, z którymi mierzy się co tydzień, może stanowić atut Polaka w oczach selekcjonera Jana Urbana. Nie ma sensu robić z Poręby kandydata na zbawiciela polskiej kadry. Uzupełnienie na newralgicznej pozycji w środku pola – jak najbardziej tak.
Najczęściej grający Polak
To właśnie równowagi często brakuje w grze drużyny Urbana. Kiedy selekcjoner decydował się wystawiać w środku pola duet Piotr Zieliński – Sebastian Szymański, przechył na ofensywę stawał się często zbyt wyraźny. Typowego defensywnego pomocnika na poziomie reprezentacyjnym kolejni selekcjonerzy widzieli raczej w Bartoszu Sliszu. Zielińskiego próbowano w środku pola uzupełniać Jakubem Piotrowskim albo Jakubem Moderem, a ostatnio Wiktorem Nowakiem, co wyglądało całkiem obiecująco. Poręba to jednak inny typ. Rzadziej wbiegający w pole karne z drugiej linii, bardziej regulujący tempo gry. W tym sensie bliższy Sliszowi jako typowy rygiel przed obroną, a nie zawodnik pokrywający przestrzeń od pola karnego do pola karnego. Kogoś takiego warto mieć choćby jako opcję z ławki. Slisza trudno przecież uznawać za tak dobrego, że jego pozycja powinna być niepodważalna. Zawodnik o podobnych atutach i w zbliżonym wieku, ale grający w silniejszym klubie z mocniejszej ligi powinien zostać potraktowany poważnie. Zwłaszcza że Slisz i Poręba spotkali się lata temu w szatni Zagłębia.