Tymoteusz Puchacz i jego Sabah Baku pojechali na słynne Old Trafford, by spełnić marzenie. Trafili do piłkarskiego nieba, ale przeżyli tam spodziewane piekło. Manchester United rozbił mistrzów Azerbejdżanu 4:0, pokazując bardzo wyraźnie, że to jeszcze za wysoka półka. Polak w tym meczu Ligi Mistrzów zagrał solidnie. Dodaj nas do ulubionych źródeł w Google
Historia futbolu dała nam mnóstwo przykładów, jak wiele może zmienić się przez rok w piłce nożnej. Jednak mało kto wie o tym obecnie tak dobrze, jak Tymoteusz Puchacz. 9 września 2025 roku 15-krotny reprezentant Polski niespodziewanie został piłkarzem azerskiego Sabah Baku. Był wówczas na zakręcie kariery. Skreślony w niemieckim Holstein Kiel, po słabiutkim półrocznym wypożyczeniu do angielskiego Plymouth Argyle, z którym z hukiem spadł do League One. Mimo to wybór akurat Azerbejdżanu wywołał wiele dyskusji. Liga kiepska, zdominowana przez Karabach Agdam.
Zobacz wideo Liga Mistrzów? Mistrzostwo Anglii? Nie! „Jestem dumny z….”
Most do Katowic spalony. Za to ten do Ligi Mistrzów aż lśnił
W dodatku Puchacz wówczas dość brzydko potraktował GKS Katowice, z którym był już dogadany, ale w ostatniej chwili wybrał Baku. Cóż, możliwe, że reprezentant Polski już zawsze będzie mógł w Katowicach liczyć na porcję spojrzeń spode łba, a jeśli zagra kiedyś na wyjeździe z GKS, zadudni mu w uszach od gwizdów. Wątpliwe jednak, by się przejął, bo w pamięci już zawsze będzie miał inne kibicowskie dźwięki. Dźwięki dopingu na Old Trafford.
Oto bowiem jesteśmy dokładnie rok i jeden dzień po jego przenosinach do Sabah, a Puchacz znalazł się z manchesterskim „Teatrze Marzeń”, by wystąpić w sztuce zwanej Liga Mistrzów. Polak do pierwszego w dziejach klubu biletu do LM znacząco się dorzucił. W eliminacjach zanotował aż pięć asyst, w tym kluczową w rewanżu w IV rundzie z Hapoelem Beer Szewa. To jego dośrodkowanie w 94. minucie na gola zamienił Tellur Mutallimov i doprowadził do dogrywki, po której Sabah ostatecznie wygrało 5:2, wywalczając awans.
Polak w (nie)swoim stylu. To był prawdziwy test
Puchacz zaczął w pierwszym składzie na lewej obronie. Czekało go zatem bezpośrednie starcie z Bryanem Mbuemo. Prawoskrzydłowy United strzelił już w tym sezonie dwa gole w trzech meczach Premier League. Szybko okazało się, że Polaka czeka długi wieczór, bo przez pierwszy kwadrans Manchester prawie nie tykał swojego lewego skrzydła. Niemal wszystko szło stroną Mbuemo i wspierającego go prawego obrońcy Noussaira Mazraouiego. Dopiero z czasem gospodarze zaczęli testować także formę innego byłego zawodnika Ekstraklasy, jako że Sabah na drugim boku obrony miało Akima Zedadkę, piłkarza Piasta Gliwice wiosną 2025 roku.
Zgodnie z przewidywaniami to nie był mecz, w którym Puchacz mógł często pokazywać, dlaczego w barwach Sabahu zanotował już 17 asyst. To był test bronienia i podejmowania nagłych decyzji. Jak w 22. minucie, gdy Polak nie do końca wiedział, czy ma zostać przy Mbuemo, czy zbliżyć się do środkowego obrońcy. W powstałą w ten sposób dziurę w defensywie wbiegł Bruno Fernandes, ale na szczęście dla gości posłał zaskakująco słabe jak na siebie podanie w świetnej okazji.
Sabahowi szło dobrze. Do czasu…
Koledzy Puchacza z prawej flanki już tyle szczęścia nie mieli, bo Patrick Dorgu dograł w 27. minucie o wiele celniej niż Fernandes, z czego skorzystał Matheus Cunha. Przy czym Portugalczyk swoją drugą szansę też dostał i ją wykorzystał, gdy w 43. minucie wraz z Yourim Tielemansem rozklepali defensywę Sabah. Tuż przed przerwą było już 3:0, gdy Benjamin Sesko nie zmarnował sytuacji sam na sam z bramkarzem.
Mogli goście żyć nadzieją po pierwszych kilkunastu minutach, gdy bronili całkiem szczelnie. Potem jednak było jak z domkiem z kart. Jedna wyrwa spowodowała zawalenie się całości. Puchacz? Nie ponosił winy przy żadnym ze straconych goli, bardziej można było pytać, co wyprawiają stoperzy Sabah. Polak w pierwszej połowie zazwyczaj nawet nie próbował podłączać się do akcji ofensywnych, chyba że akurat bił rzut rożny. Wynik 3:0 do przerwy nie pozostawiał jednak wątpliwości, że Manchester United nie dołączy do Liverpoolu na liście angielskich gigantów, których pokonał Puchacz (1:0 w Pucharze Anglii w sezonie 2024/25 w barwach Plymouth).
Do tej półki po prostu nie sięgają. Inne mecze szansą dla Puchacza i spółki
Druga połowa była już nieco po prostu „do dogrania”. Manchester nic nie musiał, Sabah niewiele potrafiło. Puchacz miał swoją okazję w 64. minucie. Może nie jakąś bardzo dobrą, bo to był rzut wolny z ok. 30. metra, ale uderzył nawet nieźle. Nie tak znacznie nad poprzeczką. Przynajmniej nie miał w tym meczu problemów z orientowaniem się, gdzie jest piłka. Bo np. bramkarz gości Stas Pokatiłow w 69. minucie tak się zakręcił w polu karnym, że Lisandro Martinez strzelił na 4:0 praktycznie z linii bramkowej.
Po tym trafieniu atmosfera już zupełnie się rozluźniła. Sabah dostało poniekąd szansę, by zagrać nieco odważniej i może nawet strzelić gola tak wielkiemu rywalowi na jego terenie. W samej końcówce na 1:4 mógł strzelić Orphe Mbina, ale spudłował z bliska główką. Skończyło się więc na 0:4. Futbol różne sensacje widział, ale tu różnica klas była po prostu zbyt duża. Jeśli Azerowie mają szukać punktów, to nie z drużynami z Premier League, a zwłaszcza na wyjeździe.
Co się tyczy Puchacza, Polak z takim rywalem nie miał możliwości pokazania ofensywnego pazura, choć w drugiej połowie nieco częściej się podłączał do ataku. Z obowiązkami defensywnymi radził sobie dobrze, nawet zaglądając w statystyki można zauważyć, że wygrał wszystkie pojedynki i zanotował pięć odbiorów. Przy żadnym z goli też bezpośrednio nie zawinił. Co miał zrobić, zrobił solidnie, a że dużo więcej się nie dało, to już inna sprawa. Marzenie spełnił, a okazji by dodać „coś ekstra” będzie miał jeszcze siedem. Po przerwie reprezentacyjnej Sabah zagra u siebie ze Slavią Praga i to już powinna być dla drużyny z Baku dużo lepsza okazja na pokazanie się z jakościowej strony.