– Niech sobie zabierają ten mundial, cały ten stadion, to wszystko i niech spadają! – denerwuje się Graciela spotkana w Inglewood, gdzie dzień wcześniej odbyła się ociekająca blichtrem inauguracja amerykańskiej części mistrzostw świata. To miejsce jest soczewką całego mundialu – wielki futbol i wspaniałe stadiony zderzają się tutaj z przykrymi historiami imigrantów i ekonomicznymi wykluczeniami. Korespondencja Dawida Szymczaka, wysłannika Sport.pl na mundial.
Mieszkańcy Inglewood mają blisko do stadionu, ale daleko do mistrzostw świata. Niebo nad ich domami przecinają samoloty nadlatujące do Los Angeles, a ulicami jeździ sporo dostawczaków z logo FIFA. W sobotę, dzień po zwycięstwie Stanów Zjednoczonych nad Paragwajem 4:1, a przed spotkaniem Iranu z Nową Zelandią, który ze względu na pozasportowe okoliczności urósł do rangi jednego z najciekawszych spotkań w fazie grupowej, jest tutaj w miarę spokojnie. W latach 90. Tupac i Dr. Dre w „California Love” rapowali o Inglewood, że „zawsze knuje coś niedobrego”, a jeśli spędziliście dzieciństwo w GTA San Andreas, to byliście w tym mieście wielokrotnie. Kiedyś było areną rywalizujących ze sobą gangów, dzisiaj jest mekką sportu i rozrywki. Zła sława niby już przeminęła, choć recepcjonistka w moim hotelu radzi, by lepiej jechać tam w ciągu dnia.
„Wiesz, ile dzisiaj płacę za trzypokojowe mieszkanie?”
To miejsce znacznie mniej filmowe niż Hollywood i niewiele ma wspólnego z Beverly Hills. Pachnie marihuaną i brzmi silnikami nadlatujących samolotów. Do stadionu jest stąd półtora kilometra. Przy ulicach stoją jednorodzinne domy – głównie w piaskowych odcieniach. Pod OK Marketem grupa nastolatków pije drinki. Spacerując w kierunku stadionu mijam też dzieciaków leniwie kopiących piłkę na pustym parkingu za niewielką restauracją. Przy stacji benzynowej koczują bezdomni. Snując się chodnikami przyciągam ich uwagę, robi się nieprzyjemnie, więc ruszam w kierunku stadionu. Kontrast rośnie z każdym krokiem. Im bliżej do SoFi Stadium, tym więcej nowoczesnych apartamentowców.
– Była pani wczoraj na meczu? – zagaduję kobietę koło sześćdziesiątki wychodzącą na spacer z psem.
– Zwariowałeś? Wiesz, po ile były bilety? Skąd jesteś? – odpowiada serią pytań i zaczyna tłumaczyć, że to nie jest wydarzenie dla takich ludzi jak ona – Latynosów mieszkających w tej okolicy, którzy żyją po prostu normalnie.
– Tu mieszkają zwykli ludzie. Tacy jak ja. Ale jest coraz ciężej. Mistrzostwa świata nie są dla nas – mówi. – Igrzyska też będą dla nich – wskazuje palcem w kierunku Los Angeles. – Mieszkam tutaj niemal od urodzenia. Rodzice przeprowadzili się, gdy byłam mała. To były lata 70. Ciężki czas, dużo się tutaj działo. Ale kto chciał uczciwie pracować, mógł to robić i wystarczało. A teraz? Wiesz, ile razy w ostatnich dostawaliśmy podwyżki czynszu? Wiesz, ile dzisiaj płacimy za trzypokojowe mieszkanie? Ponad 3,5 tys. dolarów. Wiesz, ile płaciliśmy parę lat temu? Niecałe dwa. A jestem przecież coraz starsza! – mówi bardziej ekspresyjnie. – Niech sobie zabierają ten mundial, cały ten stadion, to wszystko i niech spadają! Dajcie nam wszyscy święty spokój – rzuca i dodaje, że zaraz znów zrobi się tutaj gęsto od samochodów, bo wieczorem swój koncert w hali obok stadionu ma Shakira.
W Kalifornii wypiłem najdroższą wodę w życiu
To jest mundial wykluczeń, co stanowi największy paradoks, bo przecież sedno pomysłu Gianniego Infantino przy rozszerzaniu mistrzostw świata do 48 drużyn było takie, by włączać do gry kolejne kraje i zaprosić na turniej również ich kibiców. Nie wyszło, bo żeby pojawić się na tym mundialu, trzeba było nie tylko urodzić się pod odpowiednią szerokością geograficzną, nie tylko mieć w portfelu odpowiedni paszport, nie tylko posiadać wizę albo dokument ESTA, ale też mieć wystarczająco gruby portfel. Zawrócony z lotniska w Miami somalijski sędzia Omar Artan to tylko wierzchołek problemu.
Ceny biletów na mecze windowane bez opamiętania przez system „dynamicznego ustalania cen” doprowadziły do tego, że bilety na mundial w Stanach Zjednoczonych są w każdej kategorii przynajmniej dwukrotnie droższe niż na mistrzostwach w Katarze. A to tylko początek wydatków, bo amerykańskie miasta, którym zysk z mundialu w większości zabierze FIFA, zrekompensowały sobie straty np. poprzez podniesienie cen biletów na komunikację miejską. Nie pojeździmy za darmo jak w Rosji czy w Katarze. Za bilet na pociąg zmierzający z Nowego Jorku na stadion MetLife w New Jersey trzeba zapłacić 98 dolarów, a bilet na autobus z Bostonu do Foxboro kosztuje 95 dolarów. Hotele? Ceny zależą od miasta, fazy turnieju, lokalizacji i panujących w nich standardów, ale trudno znaleźć rozsądną opcję za mniej niż 300-400 dolarów za dobę. Cała reszta – parkingi, przejazdy, jedzenie – też są tu drogie. Na stadionie w Los Angeles kupiłem najdroższą wodę w swoim życiu. Za półlitrową butelkę zapłaciłem 7 dolarów, czyli po przewalutowaniu – 26 zł. Suche powietrze w Kalifornii, które wzmaga pragnienie, też okazało się kosztowne.
W Inglewood zamyka się to wszystko: wielki futbol, drogi stadion, wysokie ceny i problemy imigrantów. To miasteczko, kiedyś nazywane „jedną z ostatnich czarnych enklaw Kalifornii”, dzisiaj jest zdominowane przez Latynosów, którzy stanowią połowę z 102 tys. mieszkańców. Wiele rodzin żyje tu od wypłaty do wypłaty, bo średni miesięczny dochód na gospodarstwo domowe wynosi 6 tys. dolarów. Nawet najtańsze bilety – za około 1000 dolarów – były więc poza ich zasięgiem. Mieszkańcy Inglewood doskonale znają więc problemy, które kryje tegoroczny mundial. Wykluczenia i rosnące koszty to ich codzienność.
Zobacz wideo
– Nie znam nikogo, kto był w piątek na tym meczu. Znam za to wiele osób, które musiały się stąd wyprowadzić, bo wykończyły ich te ciągłe podwyżki. Wyobraź to sobie: spędzasz całe życie w danym miejscu, masz tutaj dom albo mieszkanie, masz pracę, wychowujesz dzieci, kochasz to miejsce i musisz się z niego wynieść, zostawić to wszystko – tłumaczy Graciela.
Wzrastające czynsze i brutalne eksmisje, które wiązały się z wybudowaniem tego przepięknego stadionu, wypędziły stąd sporo wieloletnich mieszkańców. To, co wydarzyło się w Inglewood, ma nawet swoją fachową nazwę – to gentryfikacja, czyli proces zmiany charakteru danego obszaru miasta, który wiąże się ze wzrostem cen nieruchomości oraz poprawą jakości życia mieszkańców. Tyle że gentryfikacja zawsze niesie też ofiary – ludzi, którzy o zmiany nie prosili i którzy za tempem tych zmian nie nadążają. Najczęściej w dwa miesiące, bo tyle wynosi okres wypowiedzenia, tracą dach nad głową. Fundacje, które działają na miejscu alarmują, że umówione z władzami miasta ograniczenia w podwyżkach czynszów nie zawsze były przestrzegane. Mówimy o wielkiej skali, bo w Inglewood 64 proc. lokali mieszkalnych jest wynajmowanych.
Inglewood soczewką mundialu
Inglewood od dawna jest sercem sportu w południowej Kalifornii. Ze wszystkimi tego zaletami i wadami. Gdy w 1999 r. wyprowadzili się stąd koszykarze Los Angeles Lakers i hokeiści Los Angeles Kings, miasto podupadło. Kolejnym ciosem było zamknięcie toru Hollywood Park Racetrack. Dopiero wraz z wybudowaniem SoFi Stadium – najdroższego stadionu na świecie – miasto zaczęło się podnosić. SoFi kosztował 5,5 miliarda dolarów i został otwarty w 2020 r. Większość mieszkańców Inglewood przeklina jednak ten dzień, mimo że wcześniej ulegali obietnicom władz miasta o możliwościach, które się przed nimi otworzą. – Te obietnice okazały się puste, bo Inglewood w ogóle na tym nie skorzystało. Zyski zostały po drugiej stronie – mówił „El Pais” aktywista Quetzal Ceja.
Dla wielu mieszkańców Inglewood trwający mundial, zbliżające się igrzyska olimpijskie czy odbywające się regularnie koncerty największych gwiazd, sprowadzają się do korków na ulicach, hałasu do późna i kolejnych podwyżek czynszu. Z okna widzą coś, co jest kompletnie poza ich zasięgiem. I ten mundial, i Inglewood zrobiły się zbyt ekskluzywne dla zwykłych ludzi.
