...
Dom SportPapszun odetchnął z ulgą. Tylko na chwilę. Tak dłużej być nie może

Papszun odetchnął z ulgą. Tylko na chwilę. Tak dłużej być nie może

przez admin

To nie był ładny mecz. W starciu Legii Warszawa z Zagłębiem Lubin od piłkarskiej jakości dużo więcej było szarpanej gry, przerw, pretensji do sędziego i żółtych kartek. Ale dla drużyny Marka Papszuna najważniejszy był wynik, a ten w końcu był dla niej pozytywny. Legia wygrała 1:0 i przez resztę weekendu martwić się muszą jej rywale w walce o utrzymanie w lidze.

Po zakończeniu meczu Marek Papszun oraz piłkarze i kibice Legii mogli odetchnąć z ulgą. Warszawiacy znów nie zachwycili, ale co najważniejsze: wygrali mecz. Drużyna Papszuna nie przegrała 10. spotkania w ekstraklasie z rzędu i złapali bardzo potrzebny oddech w walce o utrzymanie w lidze.

Zobacz wideo Cyrk w Ekstraklasie! Żelazny: Mistrz Polski? To są wyniki żenujące!

Wygrana z Zagłębiem wywindowała Legię – przynajmniej do soboty – na 11. miejsce tabeli. W teorii jest nieźle, w praktyce Warszawiacy wciąż mają tylko trzy punkty przewagi nad strefą spadkową. Walka trwa dalej, ale teraz martwić się muszą inni.

Trudny początek i szybka reakcja Legii

– Nie obawiamy się ich, jedziemy do Warszawy po zwycięstwo. Chciałbym, aby to było otwarte spotkanie. Liczę na to, że zaczniemy bardzo agresywnie i nie pozwolimy Legii pokazać ich mocnych stron – mówił przed meczem zawodnik Zagłębia Lubin, Jakub Kolan.

Takiemu podejściu 21-latka trudno było się dziwić. W końcu przed meczem obie drużyny w tabeli dzieliła przepaść. Zagłębie było wiceliderem i miało 10 punktów przewagi nad walczącą o utrzymanie Legią. Pierwsze minuty meczu na stadionie przy Łazienkowskiej najlepiej obrazowało różnicę między oboma zespołami. 

Legia, wyjątkowo nerwowa w obronie, mogła się cieszyć, że nie straciła szybko gola. Po dwóch złych zagraniach Rafała Augustyniaka dwie niezłe szanse miał Adam Radwański, jednak ani w pierwszej, ani w drugiej nie zachował się najlepiej. To było jednak tyle, co drużyna Leszka Ojrzyńskiego pokazała w pierwszej połowie.

Po trudnym początku legioniści dość szybko się otrząsnęli. Coraz lepiej wyglądał środek pola, coraz częściej Warszawiacy zagrażali Zagłębiu z bocznych sektorów boiska. Po jednym z dośrodkowań Pawła Wszołka groźny strzał głową oddał Mileta Rajović. Chwilę później – po zagraniu Kacpra Urbańskiego – Duńczyk w ostatniej chwili został uprzedzony przez rywala.

Coraz większa przewaga Legii zasłużenie została podsumowana golem. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego głową uderzał Kamil Piątkowski, a z bliska piłkę do bramki wbił Rafał Adamski. Sytuacja była tak niejasna, że początkowo spiker Łukasz „Juras” Jurkowski ogłosił, że gola strzelił Piątkowski, jednak w przerwie sprostował tę informację.

Legia prowadziła 1:0, a na przerwę i tak mogła schodzić niezadowolona. Przewaga Warszawiaków od 5. minuty była ogromna i pod koniec pierwszej połowy legioniści mogli nawet strzelić drugiego gola. Mogli, ale Rajović w polu karnym nie dopadł do piłki zagranej przez Patryka Kuna.

Frustracja Zagłębia

Słaba gra Zagłębia i niekorzystny wynik potęgowały negatywne emocje na ławce rezerwowych gości. Emocje, które tylko rosły przy każdej stykowej decyzji sędziego z Japonii – Kokiego Nagamine. Jeszcze w pierwszej połowie jeden z asystentów Ojrzyńskiego został ukarany żółtą kartką.

W 56. minucie nie wytrzymał inny z trenerów Zagłębia – Patryk Kniat. On w raptem kilka sekund dwukrotnie zobaczył żółtą kartkę i w efekcie został odesłany do szatni. Kniat wściekał się na Nagamine, że w dwóch podobnych sytuacjach najpierw nie odgwizdał faulu na zawodniku Zagłębia, a kilka sekund później uznał, że zawodnik gości faulował legionistę.

Frustracja w Zagłębiu rosła nie tylko na ławce, ale i na boisku. Goście bowiem w żaden sposób nie mogli się dobrać do Legii. W 62. minucie Ojrzyński postanowił zareagować i przeprowadził jednocześnie trzy zmiany. Ale i one nie odmieniły obrazu gry. I kiedy Papszun nakręcał swoją drużynę do jeszcze lepszej postawy, Ojrzyński tylko bezradnie rozkładał ręce.

Tak jak w 67. minucie, kiedy Legia mogła zdobyć kolejną bramkę. Najpierw z dystansu potężnie uderzył Damian Szymański, a piłka odbiła się od poprzeczki. W kolejnej akcji – po dośrodkowaniu – piłkę zgrał Rajović, a w kluczowym momencie nie trafił w nią Kacper Urbański. Legia dominowała, ale wciąż nie mogła strzelić drugiego gola, przez co rosły obawy o powtórkę z ostatniego meczu z Górnikiem, kiedy Warszawiacy stracili bramkę w ostatniej akcji spotkania.

Tym razem to się nie stało, ale znów za końcówkę spotkania trzeba Legię zganić. Warszawiacy nie tylko nie zdobyli drugiej bramki, ale też kolejny raz niepotrzebnie pozwolili na nerwową końcówkę. Otto Hindrich znów przedwcześnie grał na czas, a jego koledzy popełniali proste błędy i faulowali blisko własnego pola karnego, dając Zagłębiu kolejne stałe fragmenty gry. 

Nerwówka i nieporadność Legii w obronie momentami były porażające, ale tym razem – szczęśliwie – nic się legionistom nie stało. I po zakończeniu meczu wszyscy mogli odetchnąć z ulgą.

Legia pamięta o Magierze

Ostatni, sobotni mecz Legii z Górnikiem Zabrze (1:1) upłynął w bardzo smutnej atmosferze po nagłej śmierci legendy warszawskiego klubu – Jacka Magiery. W czwartek w Katedrze Polowej Wojska Polskiego w Warszawie odbył się pogrzeb byłego piłkarza i trenera Legii, a w piątek klub kolejny raz oddał mu cześć.

Na meczu z Zagłębiem na zaproszenie Legii na trybunach Legii pojawili się jego najbliżsi: żona, syn, córka, brat oraz szwagier. Przed meczem do kibiców warszawskiego klubu zwrócił się brat Jacka Magiery, Marek. On – tak samo jak reszta rodziny – wszedł na murawę i z niej dziękował warszawskim kibicom za oprawę, jaką przygotowali sześć dni temu, tuż po śmierci Jacka Magiery.

– Najpotężniejszej trybunie na tym stadionie, „Żylecie”, chcieliśmy się pokłonić najpiękniej jak potrafimy za tę przecudowną oprawę, którą przygotowała grupa ultras „Nieznani Sprawcy”. To co zrobili tydzień temu, to było coś, co absolutnie wykroczyło poza granice naszej wyobraźni. Dziękujemy wam bardzo! – mówił Marek Magiera. Na jego słowa kibice Legii zareagowali brawami i przez kilka minut skandowali nazwisko Jacka Magiery. Nie był to jednak ostatni taki moment w trakcie piątkowego spotkania. W 18. minucie – tak samo jak w trakcie meczu z Górnikiem – na ekranach stadionu pojawiło się zdjęcie Jacka Magiery, a kibice ponownie przez kilka minut śpiewali i skandowali jego nazwisko.

Wygląda na to, że przy Łazienkowskiej powstał już nowy zwyczaj. I dobrze, bo Jacek Magiera zasłużył na wyjątkowe upamiętnienie. Przy okazji przypomnę się z apelem o nadanie ośrodkowi treningowego klubu nazwiska Jacka Magiery. Legio, czekamy na Twój ruch.

Mecz opóźniony

Chwilę po tym, jak przemówienie przed meczem skończył Marek Magiera, na boisku pojawili się piłkarze Legii i Zagłębia. W trakcie przywitania obu drużyn, kibice z „Żylety” zaprezentowali kolejną oprawę. Tym razem złożyło się na nią mnóstwo flag na kiju w klubowych barwach oraz pirotechnika.

Pirotechnika, przez którą mecz Legia – Zagłębie rozpoczął się z kilkuminutowym opóźnieniem. Fani z Warszawy odpalili tak dużo rac, że przez dłuższą chwilę przy Łazienkowskiej widać było tylko gęstą, białą chmurę, która wydobyła się z pirotechniki.

Nagamine, który sędziował mecz w ramach polsko-japońskiej wymiany arbitrów, od razu pokazał, że spotkanie nie rozpocznie się o czasie. Zamiast grać, piłkarze obu drużyn tylko wymieniali między sobą podania na własnych połowach, by nie tracić odpowiedniej, meczowej temperatury.

Dopiero po kilku chwilach Japończyk pokazał, że mecz może się rozpocząć. Chociaż widoczność na stadionie wyraźnie się poprawiła, to wciąż nie była idealna. Przerzedzona chmura w niczym jednak nie przeszkadzała i mecz rozpoczął się równo o 20:34.

Mecz, który jak prawie każdy w wykonaniu Legii, nie był przyjemny do oglądania. Dla drużyny Papszuna to jednak nieważne, ona przede wszystkim potrzebuje punktów. I w piątek może się cieszyć, bo swoje zrobiła. Przez resztę weekendu muszą się martwić jej rywale w walce o utrzymanie w lidze.

Zobacz inne