Robert Dobrzycki, Zbigniew Jakubas, Michał Świerczewski, Wojciech Kwiecień i inni właściciele klubów stają się kluczowymi postaciami rozmów o Ekstraklasie, nie mniej ważnymi niż piłkarze czy trenerzy. Po cichu i w bólach struktura własnościowa klubów z polskiej elity przeszła metamorfozę.
Jeśli spojrzeć na skład Ekstraklasy sprzed 10 lat, na pierwszy rzut oka nie widać wielkiej różnicy. Siłą rzeczy w ciągu dekady musiało wymienić się kilka nazw. Zasadniczo jednak tak samo, jak dziś były tam Legia Warszawa, Śląsk Wrocław, Korona Kielce czy Górnik Zabrze. To jednak stabilność tylko pozorna. Pod przykrywką dokonała się prawdziwa rewolucja. Połowę składu najwyższej ligi stanowiły bowiem wówczas kluby, w których dominował kapitał publiczny. Sześć z 16 było w rękach lokalnych samorządów. Zagłębie Lubin i Górnik Łęczna z kolei finansowane były przez potężne spółki z państwowym kapitałem. Prywatni właściciele nie byli więc wówczas przeważającym modelem w polskiej piłce, a w niższych ligach było to widać jeszcze mocniej. Dziś po latach przerwy już niemal ¾ klubów z elity ponownie znajduje się w prywatnych rękach. By do tego doszło, liga musiała przejść jednak długą drogę.
Od momentu transformacji ustrojowej, gdy kluby utraciły resortowe patronaty, teoretycznie wszyscy musieli sobie radzić w ramach gospodarki rynkowej. W polskiej piłce pojawiło się w latach 90. i wczesnym XXI wieku wiele prywatnych fortun od biznesmenów, którzy dorobili się w trakcie przemian i chcieli bawić się w futbol. Od Bogusława Cupiała i Janusza Filipiaka w Krakowie, przez Jacka Rutkowskiego we Wronkach, czy Zbigniewa Drzymałę w Grodzisku Wielkopolskim, jak polska długa i szeroka płynęły pieniądze prywatne. Tak, jak cała gospodarka państwowa, tak i futbol uczył się funkcjonowania w kapitalizmie. W polskiej lidze te procesy uległy jednak zahamowaniu na długie lata.
Zniechęcenie biznesmenów
Historia każdego z tych właścicieli jest inna. Jedni szybko się nudzili, inni odkrywali, że to nie dla nich, albo, ratując biznesy wpadające w tarapaty, porzucali kluby piłkarskie. Dość jednak powiedzieć, że z tamtych czasów nie przetrwał w niezmienionej formie praktycznie nikt. Najdłużej w polską piłkę inwestuje rodzina Rutkowskich, ale i ona musiała całkowicie wywrócić model funkcjonowania, porzucając w 2005 roku Amicę Wronki i dokonując fuzji z Lechem Poznań. Długo przetrwała także rodzina Filipiaków, ale po nagłej śmierci Janusza, właściciela Cracovii, jego żona Elżbieta w 2025 roku sprzedała większościowy pakiet akcji.
Momentem, w którym wielcy biznesmeni masowo odwracali się od polskiej piłki, był wybuch afery korupcyjnej w 2005 roku, gdy wyszło na jaw, że część z nich pośrednio lub bezpośrednio brudziła sobie ręce ustawianiem spotkań. Tak było m.in. w Koronie Kielce, gdzie Krzysztof Klicki właściwie z dnia na dzień porzucił prężnie rozwijany przez siebie klub, kiedy okazało się, że jego kolejne awanse do wyższych lig nie były uczciwe. W wielu miastach nie pomagały także lokalne grupy kibicowskie, które panoszyły się na trybunach tak bardzo, że w efekcie zniechęcały inwestorów do dalszego zaangażowania.
Zobacz wideo Dziś to wyblakły klasyk, ale kiedyś to się działo. „Szukali się po dworcach”
Wieczne związki z miastem
W przypadku większości zawirowań ratunkiem okazywało się miasto. Nikomu z lokalnych władz nie było na rękę, by lokalny klub upadał, często narażając budowany na potrzeby futbolu profesjonalnego stadion na bezużyteczność. Za klubami często szły masy kibiców, a więc także potencjalnych wyborców. A nie jest tajemnicą, że sukcesy lub porażki miejscowej drużyny wpływają na społeczne nastroje w danym miejscu. Dobre mogą przyczyniać się do tworzenia pozytywnego wizerunku miasta. Kiepskie potęgować wrażenie, że dany ośrodek nie jest dobry do życia. Gdy więc klub znajdował się w nagłej potrzebie, a na horyzoncie nie było nikogo, kto byłby w stanie utrzymać go na sensownym poziomie, miasta często były jedynym ratunkiem.
W niektórych miejscach prowadzenie klubu przez lokalne samorządy miało być tylko sytuacją tymczasową, przygotowującą klub do kolejnej sprzedaży. Były jednak i takie, w których samorząd był od początku jedynym powodem funkcjonowania na wysokim poziomie. W Bielsku-Białej nie było żadnych tradycji profesjonalnego futbolu. Jedyna lokalna drużyna, której udało się dotrzeć choćby na jej zaplecze, zrobiła to w głębokich latach 80. Na początku XXI wieku ówczesnemu prezydentowi zamarzył się jednak wielki futbol. Podbeskidzie, doprowadzone do ówczesnej II ligi przez grupę lokalnych biznesmenów, od ćwierć wieku niemal nie zna funkcjonowania z dala od samorządowej kroplówki. Od samego początku, gdy zmieniło się w spółkę akcyjną, większościowy pakiet miała gmina. Ale i wcześniej na froncie koszulek reklamowały się głównie spółki miejskie. Nie byłoby sześciu sezonów w najwyższej lidze, gdyby nie samorząd, który nadal finansuje istnienie pierwszoligowego obecnie klubu.
Zaburzony łańcuch pokarmowy
Jeszcze bardziej jaskrawym przykładem jest Piast Gliwice, który zadomowił się w Ekstraklasie na półtorej dekady i w tym czasie sięgnął nawet po mistrzostwo Polski, ani na moment nie wychodząc z rąk samorządu. W niektórych miejscach plany początkowo były inne, ale prowizorka okazywała się najtrwalsza. Czasem stawało się jasne, że sprzedanie klubu w dobre ręce wcale nie jest takie proste. Nierzadko zaś samorząd odkrywał, że wcale nie chce szukać kupca, bo posiadanie klubu jest wygodne. Pozwala obsadzać stanowiska, wpływać na nastroje lokalnej społeczności, a w niektórych miejscach nawet pomaga wygrywać wybory. Ekstraklasa stała się więc ligą, w której finansowanie z samorządu wyrosło na jeden z głównych modeli funkcjonowania klubów.