Niels Frederiksen zmierza z Lechem po drugie mistrzostwo z rzędu. Może zostać pierwszym od przeszło 40 lat trenerem tego klubu, który obroni tytuł. Jego kontrakt wciąż nie został jednak przedłużony i właściwie nie wiadomo, czy to źle.
Już wiadomo, że kończący się sezon przejdzie do historii jako wyjątkowo szalony nawet jak na Ekstraklasę. Porównywalnego spłaszczenia tabeli nie było w niej nigdy. Oprócz emocji dla kibiców i nerwów dla pracowników klubów oznacza to utrudnienie dla działaczy. Podejmując decyzje, muszą zawsze ważyć zarówno efekty, jak i sposób ich osiągnięcia. Ale specyfika sezonu rodzi problem w ocenianiu nawet teoretycznie wymiernych owoców pracy. Bo nie wiadomo, czy patrzeć na miejsce w tabeli, czy punkty. Najlepiej widać to po Lechu Poznań, prowadzącym w lidze i będącym faworytem do tytułu.
Zobacz wideo Dramat Polski. Wilkowicz: Reprezentacja nie nacisnęła na gaz
W klubach działających długofalowo, a za taki trzeba uznać Lech, raczej pilnuje się, by trener nie wchodził w ostatni rok kontraktu nie wiedząc, co będzie dalej. Oczywiście, czasem nawet najlepiej pomyślane kluby muszą korygować kurs na bieżąco, ale zwykle mają orientację, co zrobią, jeśli wszystko pójdzie dobrze. Pozwala to minimalizować spekulacje i nerwowość w kluczowych fazach sezonu. I planować przyszłość. Łatwiej rozmawiać o kontraktach z obecnymi zawodnikami i myśleć o rekrutowaniu nowych, wiedząc, kto będzie trenerem w kolejnym sezonie.
Wiosenny zwrot akcji
Lech minionego lata tego nie zrobił. Być może słusznie. W Poznaniu mieli długą historię bolesnych doświadczeń tuż po sukcesach. W erze współczesnej mistrzostwa kończyły w stolicy Wielkopolski cykle, zamiast rozpoczynać epoki. Po tytułach z 2010 i 2015 roku Lech wypadał nawet poza podium. Żaden trener Lecha w XXI wieku nie przepracował pełnego sezonu po zdobytym mistrzostwie. Za sukces Johna Van Den Broma uznawano, że z mistrzem zajął trzecie miejsce, unikając tradycyjnej zapaści i zapewniając ciągłość występów w europejskich pucharach. Były więc powody, by w euforii po pierwszym sezonie Nielsa Frederiksena nie podsuwać mu od razu do podpisu nowej umowy. Zwłaszcza że nie było wiadomo, jak poradzi sobie na trzech frontach. Mistrzostwo zdobył jednak w sezonie, w którym Lech nie miał europejskich obciążeń, a z Pucharu Polski odpadł wstydliwie wcześnie.
Przez większość jesieni sukcesem Kolejorza było, że niczego ważnego nie przegrał. Panowała raczej zgodność, że z Frederiksenem należy bez panicznych ruchów dojechać do końca sezonu i rozstać się w zgodzie. Gra i wyniki Lecha nie były aż tak złe, by wystawiać Duńczyka za drzwi, ale siódme miejsce po jesieni nie dawało nadziei na spektakularne sukcesy. Wiosną sytuacja wymknęła się jednak spod kontroli. I postawiła poznańskich działaczy przed arcyciekawym dylematem, w którym każda podjęta decyzja będzie nieoczywista i ryzykowna.