...
Dom SportLegia przez lata drwiła z Lecha. Dzisiaj sama jest pośmiewiskiem

Legia przez lata drwiła z Lecha. Dzisiaj sama jest pośmiewiskiem

przez admin

Równo dekadę temu Legia Warszawa grała w Lidze Mistrzów, a na ligowym podwórku prężyła muskuły i na dobre miała odjechać reszcie stawki. Ale czas brutalnie ją zweryfikował. Dariusz Mioduski, który wzory do naśladowania widział w wielkich, zachodnich klubach, dziś z zazdrością może patrzeć na Lecha Poznań. Oto „Ekstraważne w Ekstraklasie” po 12. kolejce rozgrywek.

Dodaj nas do ulubionych źródeł w Google

Dziś w podsumowaniu kolejki Ekstraklasy:

  • Nie kluby zagraniczne, a Lech stał się dla Legii wzorem
  • czy Wieczysta wie, jak i gdzie chce dotrzeć?
  • stop boiskowym bandytom

Lech Poznań znów lepszy od Legii Warszawa – w niedzielę przy Łazienkowskiej wygrał 2:1. Coś, co jeszcze kilka lat temu było rzadkością, dzisiaj jest zupełnie normalne. Dość powiedzieć, że z ostatnich 12 meczów ligowych Legia wygrała z Lechem tylko raz. Za chwilę minie już sześć lat, odkąd Warszawiacy ostatni raz ograli tego rywala na własnym stadionie! Nie ma dziś w Polsce drugiej drużyny, przeciwko której legionistom idzie tak źle.

Równo dekadę temu Legia grała w Lidze Mistrzów, remisowała z Realem Madryt, wygrywała ze Sportingiem, awansując do fazy pucharowej Ligi Europy. Jej dominacja w Ekstraklasie była niepodważalna, a pieniądze z europejskich pucharów miały sprawić, że Warszawiacy jeszcze bardziej odjadą ligowym rywalom. Zamiast dominacji była jednak kompromitacja, a sytuacja w polskiej piłce zmieniła się o 180 stopni.

Lech, którego Legia notorycznie ogrywała i upokarzała, dziś sam jest hegemonem i śmieje się Legii w twarz. To on zdobył dwa ostatnie mistrzostwa Polski i jest zdecydowanym faworytem w wyścigu po kolejne. To on gra ekscytujące mecze w Europie, zarabia tam duże pieniądze i uczy się gry na wyższym poziomie, nawet jeśli wyniki bywają dla niego brutalne. To też on bezsprzecznie dominuje w bezpośredniej rywalizacji z Legią, co tylko potwierdził w niedzielny wieczór. Mimo że Lech grał w czwartek w Lidze Europy i na przygotowania miał dużo mniej czasu, to znów z Warszawy wywiózł trzy punkty.

Lech wygrywa z Legią nie tylko na boisku i w gabinetach, ale też w mediach, co przecież również było domeną Warszawiaków. Szpilki, jakie Karolowi Klimczakowi i Piotrowi Rutkowskiemu wbijał Bogusław Leśnodorski, przeszły do historii. Teksty o „przegrywach”, „uczeniu się Legii”, „ciągłym wyciąganiu wniosków z tych samych błędów” i podkreślanie sportowych sukcesów na tle porażek Lecha, były ligowym klasykiem. Ale dzisiaj i tutaj Warszawiakom brakuje argumentów.

Przed niedzielnym spotkaniem Marek Papszun zdecydował się odpowiedzieć Nielsowi Frederiksenowi i zaczepić Poznaniaków. To nic złego, w końcu na całym świecie największe krajowe rywalizacje mają charakterystyczną atmosferę. Problem w tym, że takie zaczepki to broń obosieczna i po kolejnej porażce Papszun i Legia muszą wziąć na klatę tego konsekwencje.

Lech najpierw wygrał na boisku, a potem brylował w mediach. Zaczął Frederiksen: – Zaraz po meczu zadałem sobie pytanie: czy to był wielki mecz, czy jednak nie? Niektórzy chyba nie wierzą, że potrafimy wygrywać wielkie mecze. Szczerze mówiąc, nie był to największy mecz, jaki rozegraliśmy w tym tygodniu. Przeciwnik miał cały tydzień na przygotowania, my byliśmy zmęczeni po czwartku. A mimo to znów ich pokonaliśmy – mówił Duńczyk na konferencji prasowej.

W serwisach społecznościowych swoje dołożyli piłkarze Lecha. „Gadać potrafi każdy” – napisał Mikael Ishak. „Jeszcze chwila i pomyślę, że stolicą Polski jest Poznań” – dodał Pablo Rodriguez. Dla Legii, która według Mioduskiego, miała być największym klubem w tej części Europy, to wyjątkowo upokarzające. Ale fakty są takie, że to Lech, a nie kluby czeskie czy austriackie jest dziś dla Legii wzorem.

Dokąd zmierza Wieczysta?

Wzoru na opanowanie sytuacji szuka za to Wieczysta Kraków. W niedzielę drużyna Zeljko Kopicia znowu rozczarowała, przegrywając we Wrocławiu ze Śląskiem 0:2. W starciu beniaminków dużo lepsi byli gospodarze, a Wojciech Kwiecień i Sławomir Peszko mogą się zastanawiać, z kim ich drużyna ma wygrywać w Ekstraklasie, jeśli nie z bezpośrednimi rywalami w walce o utrzymanie.

Wieczysta na najwyższym poziomie to na razie całkowity niewypał. Mimo że przed sezonem drużynę wzmocnili doświadczeni i uznani nie tylko w Ekstraklasie piłkarze, tacy jak Mateusz Kochalski, Mateusz Wieteska, Antonio Milić, Ben Lederman, Bartosz Białek czy Efthymios Koulouris, to ekipa z Krakowa na razie bardziej przypomina przypadkową zbieraninę przepłaconych zawodników, a nie ekipę gotową do walki o spokojny ligowy byt.

Pytanie, czy niezłych – choć będących w słabej formie – piłkarzy w małym klubie cokolwiek będzie w stanie zmotywować do lepszej gry. Nie udało się to Kazimierzowi Moskalowi, nie udało się też Kopiciowi, który pewnie za chwilę straci pracę. Chorwat, odkąd przejął drużynę, wygrał tylko jeden z siedmiu ligowych meczów, a na dodatek odpadł z Pucharu Polski z drugoligową Avią Świdnik. Dla Kwietnia, który nie słynie przecież z cierpliwości do szkoleniowców, to z pewnością zbyt wiele.

Pytanie, jaki w ogóle pomysł na siebie ma Wieczysta. Czy cała idea na Ekstraklasę ograniczyła się do losowego sprowadzania piłkarzy ze znanymi nazwiskami i liczeniu na to, że „jakoś to będzie”. Wieczysta, podobnie jak Widzew, doświadcza, że nazwiska nie grają, a do osiągania satysfakcjonujących wyników w lidze trzeba czegoś więcej. 

Na dziś wygląda to tak, że piłkarze Wieczystej korzystają z hojności Kwietnia, który tylko pieniędzmi mógł ich przekonać do przenosin do jego klubu. „Gwiazdy” Wieczystej biorą, ale niewiele dają od siebie. I w ogóle się nie zdziwię, jeśli ten stan nie zmieni się do końca sezonu. Sezonu, który Wieczysta skończy w I lidze, a piłkarze w innych klubach.

Robota dla Komisji Ligi

Na koniec krótko, o paskudnej końcówce meczu Pogoni Szczecin z Radomiakiem. Krótko, bo o takich sytuacjach trzeba mówić, ale z prostej przyczyny nie powinno się nad nimi rozwlekać: to niegodne sportu na jakimkolwiek poziomie.

To, co wydarzyło się w trakcie analizy VAR po golu Fernanda Goure, było skandalem, który nie mieści się w głowie. Trudno też pojąć, co w głowie miał Ibrahima Camara, który najpierw kopnął Alessandra Riccio, a po czerwonej kartce wrócił z szatni i po prostu uderzył Darko Czurlinowa. Większego chamstwa i skandalicznego zachowania w Ekstraklasie sobie nie przypominam.

Piłkarz Radomiaka wyraził już skruchę i przeprosił za swoje zachowanie, ale te słowa nie powinny nikogo obchodzić. Zachowania takie jak te należy piętnować z najwyższą surowością. Komisja Ligi powinna zrobić wszystko, by innym zawodnikom w przyszłości podobne pomysły w ogóle nie przyszły do głowy. Nawet w najbardziej napiętych sytuacjach.

Dlatego mam nadzieję, że Camara zostanie ukarany kilkumiesięcznym zawieszeniem. A może nawet i do końca sezonu, bo dlaczego nie? Jeśli Gwinejczyk lubi kopać i bić rywali, niech zamieni piłkę nożną na MMA. Może w tym odniesie sukces, zwłaszcza że w futbolu nie idzie mu wybitnie i nie jest piłkarzem, który w Radomiaku robi jakąkolwiek różnicę.

Stop boiskowym bandytom. Komisjo Ligi, przed tobą wybór: albo akceptujesz zachowania takie jak te, albo stanowczo je odrzucasz i piętnujesz. Tu nie ma miejsca na półśrodki. 

Zobacz inne