...
Dom SportOdmówił reprezentacji Polski. „Dominator” mówi nam, przez co przeszedł

Odmówił reprezentacji Polski. „Dominator” mówi nam, przez co przeszedł

przez admin

– Kiedy żona mi powiedziała, że będę ojcem, to moja głowa zaczęła działać tak, że koszykówka przestała być najważniejsza. Przestałem nakładać na siebie presję i nie myśląc wyłącznie o koszykówce, zacząłem lepiej grać – mówi Dominik Olejniczak, środkowy reprezentacji Polski.

Dominik Olejniczak, mierzący 213 cm wzrostu środkowy, to jeden z najlepszych obecnie polskich koszykarzy. Reprezentuje barwy włoskiej Derthona Basket Tortona, jest solidnym graczem Serie A i podporą kadry narodowej, od której jednak musiał odpocząć. Na boisku wojownik, a poza nim – cichy człowiek, który rzadko udziela wywiadów. Zapytaliśmy go m.in. o najtrudniejszy moment w karierze. – Robiłem dobrą minę do złej gry, ale w środku kumulowały się we mnie te złe emocje – wspomina Olejniczak, o którym niektórzy mówią nieraz „Dominator”.

Łukasz Cegliński: Powiedziałeś kiedyś: „Nigdy nie ciągnęło mnie do koszykówki, choć chodziłem z mamą na każdy trening”. Zdecydowana większość synów koszykarzy lub koszykarek miała pewnie zupełnie odwrotnie.

Dominik Olejniczak: No, tak było, dokładnie. Chodziłem na mecze mamy [Joanna Chełczyńska przez wiele lat grała w ekstraklasie – red.], kibicowałem jej, ale nie wiem, dlaczego długo nie ciągnęło mnie do gry w kosza. Głównym sportem, o którym myślałem, była piłka nożna, a potem miałem falę zainteresowania KSW. Mariusz Pudzianowski, nieznany jeszcze Mamed Chalidow… Wtedy moim dziecięcym celem było zostanie zawodnikiem MMA, ale rodzice szybko wybili mi te zapędy z głowy. No, a potem w końcu nakłonili, może nawet zmusili mnie do grania w koszykówkę. Pierwsze dwa lata to trochę mnie ganiali z kijem, żebym chodził na treningi, ale potem się rozkręciłem. Tak w wieku 12-13 lat.

Zaskoczyłeś mnie tym MMA, ale w sumie – patrząc na twoje gabaryty, siłę i styl gry – pasowałbyś do oktagonu. Widzę cię w jakiejś pokazowej walce.

– Może po zakończeniu koszykarskiej kariery mi się uda (śmiech).

Skoro nie ciągnęło cię do koszykówki w wieku dziecięcym, to do czego cię ciągnęło?

– Byłem maniakiem komputerowym. To było całe moje życie, grałem we wszystko. Ulubionej chyba nie miałem, ale do teraz pamiętam, jak grałem w Heroes of Might and Magic III. Mama grała wtedy w Brzegu, miałem wtedy osiem lat, przychodzili do mnie koledzy i graliśmy we trzech, we czterech. Chociaż tej kultowej gry od tamtego czasu chyba nie ruszyłem.

Skoro komputer zostawiłeś, a MMA to luźny plan na po zakończeniu kariery, to przejdźmy do basketu. Czy Arkadiusz Miłoszewski to najważniejszy trener w twojej karierze?

– Myślę, że można go umieścić na górze listy, wśród najważniejszych. Jeśli chodzi o pierwsze kroki w koszykówce, to zdecydowanie tak.

Zobacz wideo Gortat o ciężkich meczach w NBA: Wracałeś do domu, wypijałeś maluszka i szedłeś spać

Pytam, bo szykując się do rozmowy z tobą, rozmawiałem z nim o tym, jak prowadził cię w Szkole Mistrzostwa Sportowego we Władysławowie. I trener wspominał, że na początku obecności w SMS miałeś potężny kryzys, chciałeś wracać do Torunia.

– Pamiętam, dokładnie tak było. Nie potrafiłem dorównać rówieśnikom, mój ówczesny poziom nie przystawał do ich umiejętności. Ubolewałem nad tym, męczyło mnie to. Na dodatek SMS, który ma fajny ośrodek, to trochę złota klatka. Jak przychodzi jesień, zima, to może nadejść też depresja. Miasto, Władysławowo, umiera, jest pozabijane dechami, nikogo tam nie ma. Nie było mi łatwo się tam odnaleźć. Koszykówka, szkoła, koszykówka, spanie i nic więcej, a mi w tej koszykówce nie za dobrze wtedy szło.

Pamiętam, że wysyłałem rodzicom sygnały, że chcę wracać i w końcu przyjechał do mnie tata. Poszliśmy razem z trenerem Miłoszewskim do jednej z otwartych pizzerii, rozmawialiśmy o mojej sytuacji. I trener nawet mówił, że trochę mu głupio, że nie zauważył, w jakim jestem stanie. A ja po prostu starałem się trenować jak najlepiej, pewnie tego nie pokazywałem na zewnątrz. Robiłem dobrą minę do złej gry, ale w środku kumulowały się we mnie te złe emocje.

Trener Miłoszewski wspomniał o tym spotkaniu, gdy go dopytywałem o ciebie. I wspomniał też swoje słowa, które wypowiedział przed tobą i twoim tatą. To było coś w stylu: „Nastaw się mentalnie, że będziesz dominatorem. Uwierz w to. Wyglądasz jak ogórek, ale będziesz dominatorem. Tylko musisz w to uwierzyć. Głowa do góry, nawet po nieudanym zagraniu”.

– Nie pamiętam dokładnie, jak trener Miłoszewski mnie zmotywował, nie pamiętam szczegółów tego spotkania. Ale trener ma dobrą pamięć, więc pewnie tak było.

Kiedy tak naprawdę poświęciłeś się koszykówce?

– Wtedy, jak zaczęło mi coś wychodzić na boisku. To dodało mi skrzydeł i chęci do pracy. Zalążki tego były w SMS, a jak wyjechałem do USA, to już naprawdę zacząłem pracować w każdej wolnej chwili. Bywało tak, że jak dzień przed meczem mieliśmy trening, który uznałem za zbyt lekki, to potrafiłem iść na bieżnię i biegać sprinty. Miałem poczucie, że jak się nie zmęczę, to dobrze nie zagram. Jak patrzę na to z dzisiejszej perspektywy, to było to nawet trochę chore.

W NCAA spędziłeś pięć lat, grałeś w drużynach trzech uczelni – Drake, Ole Miss i Florida State. Który sezon był najważniejszy?

– Koszykarsko – zdecydowanie ten ostatni na Florydzie. Mieliśmy świetny program rozwoju dla wysokich zawodników, mieliśmy bardzo dobry sztab trenerski, mentalnie bardzo się rozwinąłem. Znów było trochę tak, że w porównaniu do rówieśników byłem trochę słabszy, znów musiałem im dorównywać. I to są fajne warunki dla rozwoju, to byłaby moja rada dla młodszych zawodników – stawiaj siebie w niekomfortowej sytuacji i rób wszystko, żeby to zmienić.

A życiowo najważniejszy był na pewno pierwszy rok. Wszystko było dla mnie nowe, musiałem się przestawić. Nie znałem języka, a musiałem chodzić na zajęcia, uczyć się, zaliczać przedmioty. To coś zupełnie innego niż zwykła rozmowa na treningu, ze znajomymi.

Zobacz inne