Tadej Pogacar, drapieżny, ujmujący, twardy, przyjacielski, bezwzględny i romantyczny. Wszystko naraz. Czy jest już najlepszy w historii, lepszy od Eddy’ego Merckxa? Liczby mówią jedno, a oczy co innego.
W kolarstwie grupa zdeterminowanych kibiców notuje każdy znaczący wjazd na znane góry, jak Mont Ventoux, l’Alpe d’Huez, Galibier, Tourmalet. Strony takie jak ChronosWatts lub Climbing-Records archiwizują dokonania skrupulatnie, mierzą waty mocy wykręcone przez kolarzy, porównują i robią to od dekad. Istnieją długie listy z najlepszymi wynikami na najbardziej znanych przełęczach, liczące po 100 nazwisk.
Kiedy w Tour de France w 2004 roku Lance Armstrong przyjechał na metę w l’Alpe d’Huez z wynikiem niemal minutę gorszym od Marco Pantaniego z 1995 r., fachowcy powszechnie uznali, że wynik „Pirata” jest po prostu nie do pobicia, nigdy, skoro Armstrong nie pojechał szybciej.
Później, gdy stało się oczywiste i udowodnione, że Armstrong korzystał z systematycznego dopingu na ogromną skalę, kiedy okazało się, że i Pantani był dopingowiczem, pojawiły się głosy, żeby w ogóle wymazać te wyniki, no bo zawsze ten nieszczęsny Pantani i diaboliczny Armstrong będą na szczycie list. A to takie frustrujące dla czystych kolarzy teraźniejszości. Aż w ostatni piątek, 31 lat po Pantanim, rekord na l’Alpe d’Huez pobił Tadej Pogacar. Zrobił to z łatwością, po prostu roztrzaskał rekord-legendę. Przyjechał na samą górę szybciej o minutę i 15 sekund.
Tylko że to historia o tym, czy wielkość da się zmierzyć stoperem, lub liczbą zwycięstw.
Kto jeździ blisko Słońca?
Z taką odwagą jak on nie jeździł wcześniej nikt – nie tylko chodzi o l’Alpe d’Huez. Jego kolarstwo to sport intuicyjny, nieskalkulowany, o ile można użyć tych słów w kontekście nowoczesnego sportu. Nie wiadomo, czego się po nim spodziewać, i to też jest metoda. Ściganie się ze Słoweńcem przypomina jazdę obok tykającej bomby. Australijczyk Ben O’Connor powiedział, że boi się jechać w jego tempie, bo to zabójcze: „Jak zbliżysz się zbyt blisko słońca, spłoniesz” (jednak rok temu O’Connor nie spłonął – wygrał ultrawymagający, królewski etap TdF z metą na Col de la Loze, 5600 m przewyższenia).
Zobacz wideo Tak wygląda Tour de France od kuchni
Tadej zaczął trenować kolarstwo w wieku dziewięciu lat, kiedy do domu jego rodziców przyjechał trener młodzieżowców Miha Koncilija. Trener chciał zaciągnąć do klubu kolarskiego KD Rog Tilena Pogacara, o dwa lata starszego brata Tadeja. Tadej grał wtedy z sukcesami w piłkę, ale gdy zobaczył rower, a na nim starszego brata, też postanowił zostać kolarzem, nawet jeśli był za młody na testy, jakie przeprowadzali na dzieciach trenerzy z Lublany. Był wychowywany na mistrza od pierwszych kilometrów przez Konciliję – krótko, bo przez rok, może dwa – i kolarza, potem trenera Andreja Hauptmana.
Pomagała im kultura (fizyczna) Słowenii, państewka malusieńkiego, grającego w sportowych ligach znacznie powyżej potencjału demograficznego. Kiedy rozmawiałem z ekspertem kultury fizycznej prof. Michałem Lenartowiczem z warszawskiej AWF, wspominał, że w przedszkolu, w szkole, na zajęciach WF słoweńskim dzieciom daje się możliwości bezpiecznego testowania odwagi, zachęca się do podjęcia kontrolowanego ryzyka – jest to coś nie do pomyślenia w Polsce, w której króluje słowo „Uważaj!”. Stąd się biorą Luka Dončić, Prevcowie, Pogacar, Primož Roglič, Tina Maze, Anže Kopitar, Jan Oblak i mnóstwo innych sportowców z dwumilionowego kraju, znanych kibicom na całym świecie. Ostatnia dekada w siatkówce – 11:10 dla Słowenii w meczach z globalną potęgą, Polską.
Podejrzenia o doping są w kolarstwie czymś oczywistym
To dygresja, choć być może znacząca. Być może znaczącą dygresją jest też dopingowa przyszłość Słowenii i ważnej osobistości z najbliższego grona. Sam Pogacar nie ma na koncie żadnej wpadki. Ale środowisko, które go otacza, ma przeszłość, którą warto pamiętać.
Odkrywca Pogacara, Hauptman, ma za sobą przypadki z podwyższonym hematokrytem, co sugeruje doping EPO lub przetaczanie krwi. Wieloletni główny menedżer drużyny UAE Emirates, czyli jeden z najważniejszych ludzi w kolarstwie, Szwajcar Mauro Gianetti, zapisał się w dopingowej historii jako menedżer zespołów, w których kolarze wpadali częściej niż w innych, a sam miał groteskową przygodę w 1998 r. Zasłabł po etapie Tour de Romandie, w stanie krytycznym przewieziono go do szpitala, gdzie podejrzewano groźną infekcję. Ale po badaniach lekarze doszli do wniosku, że Gianetti miał transfuzję krwi z fluorokarbonem (PFC), eksperymentalną emulsją będącą syntetycznym nośnikiem tlenu. Lekarze zgłosili sprawę na policję, wszczęto śledztwo, ale ponieważ nie było wówczas testów na PFC, sprawa ucichła (Gianetti prawnie zablokował ujawnienie informacji ze śledztwa).
Kilku Słoweńców miało podejrzane związki z niemieckim lekarzem Markiem Schmidtem, niesławnym bohaterem afery dopingowej Aderlass, dwóch zostało zdyskwalifikowanych. Słowem nieciekawie.
Ale czasy się zmieniły. Choć czy na lepsze?
Tacy ludzie jak były dyrektor sportowy grupy Festina, Antoine Vayer, twórca strony ChronosWatts, podejrzewają najgorsze. Czyli królowanie mikrodawek, żeby móc brać różne zakazane środki, ale i uniknąć wpadki dzięki szybkiemu zmetabolizowaniu dopingu; królowanie szemranych metod, takich jak stymulacja czadem, żeby zmusić organizm do produkcji czerwonych krwinek, odpowiedzialnych za transport tlenu.
Pogacar czysty jak łza, tylko że o nieludzkich możliwościach
W przypadku Pogacara – oprócz nieśmiałych podejrzeń o stymulowanie czadem w zeszłym roku (od stycznia 2026 r. zakazanej metody) – nie ma śladów nieprzepisowych działań. Naukowcy i kibice uznają jego niezapomniane, imponujące zwycięstwa w górach, w klasykach, na mistrzostwach świata za efekt fenomenalnych możliwości organizmu, nadzwyczajnej krzyżówki wydolności psa husky, inteligencji taktycznej, odwagi i techniki.
Naukowcy zachwycają się jego nieprawdopodobną mocą, jaką krzesze ze swojego organizmu, na pozór drobnego. Waży 66 kg przy wzroście 176 cm, a podłączony do dynama i kręcąc pod górę, oświetliłby wieżowiec. FTP, miara utrzymywanej przez określony okres maksymalnej mocy (przez godzinę), wynosi u niego dobrze ponad 400 W, to znaczy między 6 a 7 watów na kilogram wagi ciała. Jak jakaś mrówka wyczynowa albo pchła skacząca zawodowo. To są wartości, które jeszcze nie tak dawno uznano by za mocno podejrzane.
Jest to najwyższej próby fizjologia, biochemia, cykle przemian energetycznych, szlifowane do maksymalnych wartości metodami treningowymi, dietą, metodami regeneracji, odzyskiwania energii po wyczerpujących etapach i wyścigach. Nigdy nie żałowano na to pieniędzy, nie w UAE Emirates-XRG. Nie żałowano nie tylko na przygotowania, ale również na utrzymanie nadkolarza w swoim zespole. Jest najlepiej opłacanym zawodnikiem ze wszystkich w peletonie, zarabia około 8 mln euro w ramach umowy, nie licząc reklam i marketingu. W związku z tym jest daleko przed rywalami również w konkurencji zarobków, a jego najgroźniejszy przeciwnik Jonas Vingegaard, dwukrotny triumfator Tour de France – a więc nie wypadł sroce spod ogona – otrzymuje od swojego zespołu Visma-Lease a Bike około 5 mln euro.
Kto z nich jest kolarzem wszech czasów?
Kiedy wziąć to wszystko pod uwagę, okaże się, że – gdyby nie Eddy Merckx – nie byłoby wątpliwości, że jest najlepszym kolarzem w historii. Pogacar jest jednym z pięciu, którzy pięciokrotnie triumfowali w Tour de France – pozostali to Jacques Anquetil, oczywiście Merckx, Bernard Hinault i Miguel Indurain. Tadej wygrywa masowo również inne wyścigi i tu pozostaje już tylko Merckx: Belg wygrał wszystkie wielkie toury, Pogacarowi brakuje Vuelta Espana; zwyciężył we wszystkich Monumentach, Słoweńcowi brakuje Paryż–Roubaix; według fachowej strony Procyclingstats.com zwyciężył w 278 wyścigach, Pogacar w 127.
Będąc mniej więcej w tym samym wieku, obaj rozkręcili się najbardziej. Gdy Merckx miał tyle lat co dziś Pogacar, czyli 27, wygrał Tour de France, Giro d’Italia, Mediolan–San Remo, Liège–Bastogne–Liège i kilka innych, mniej ważnych. Pogacar w tym roku – Giro, TdF, Mediolan–San Remo, Liège–Bastogne–Liège, Ronde van Vlaanderen i Strade Bianche na dodatek. Słoweniec wygrał wszystkie tegoroczne wyścigi, w których startował – z wyjątkiem debiutanckiego (w seniorskiej rywalizacji) Paryż–Roubaix, w którym był drugi.
Są fani, którzy wciąż pamiętają Merckxa, choć w Polsce za komuny nie dało się obejrzeć jego zabójczej jazdy. Za jednym znaczącym wyjątkiem: transmisji z wyścigu Paryż – Nicea w 1974 r. Ryszard Szurkowski na 1. etapie „ciął się na żyletki” z Merckxem, przegrał o pół koła grupowy finisz, zajmując drugie miejsce. Gdyby ktoś to oglądał, to pewnie zapamiętałby, dlaczego Merckxa nazywano Kanibalem – na 5. etapie do Bandol wrzucił mordercze tempo, wygrał, a w limicie czasu zmieściło się zaledwie 29 kolarzy. Aż 58 nie zostało sklasyfikowanych, wśród nich Szurkowski, Tadeusz Mytnik, Jan Brzeźny, Janusz Kowalski, Zbigniew Krzeszowiec, czyli wszyscy, których mieliśmy na koszulkach naszych ulubionych kapsli.
Który jest lepszy, Merckx czy Pogacar? Statystyki mówią, że Merckx.
A jednak w latach 60. i 70. kolarstwo zawodowe było sportem niszowym, ograniczonym do kilku krajów Europy Zachodniej (Belgia, Francja, Włochy, Hiszpania). Baza? Najwyżej kilkadziesiąt milionów ludzi. Ułamek z nich miał dostęp do rowerów szosowych. Rekrutacja była przypadkowa.
Dziś kolarstwo jest sportem globalnym, w którym ścigają się kolarze z Ameryki Południowej, Europy Wschodniej, a nawet Afryki. Ostatnie mistrzostwa świata odbyły się w Rwandzie. Bazą jest miliardowa populacja. Systemy skautingowe i platformy do jazdy stacjonarnej, takie jak Zwift, monitorują parametry wydolnościowe milionów nastolatków na całym świecie i są w stanie wyłapać genetyczne anomalie, takie jak Pogacar. Co z tego wynika? Może to, że w przypadku Merckxa kolarscy kibice ulegli złudzeniu nadludzkiej dominacji, bo kilkunastominutowe przewagi Belga nie wynikały z jego boskiej natury, lecz ze słabości przeciwników, którzy – często się zdarzało – na trasie palili papierosy, a między etapami pili alkohol.
Dziś wygląda na to, że kolarze doszli do ściany możliwości biologicznych organizmu. Nie da się zrobić wiele więcej. Choć…
Może jest jeszcze margines. Może da się wydobyć z organizmu więcej, gdyby przekonać go, żeby się nie bał szczytu, który majaczy gdzieś wysoko, wydawałoby się niedostępny, nieosiągalny. Ten obraz jest obezwładniający, wie to każdy, kto stanął u podnóża góry – Mont Ventoux, l’Alpe d’Huez i innych – i spojrzał, dokąd prowadzi droga. Szkoda, że zapewne nikt nigdy nie będzie wiedział, ile było w zwycięstwie odwagi, a ile czegoś innego, mniej pięknego.

