...
Dom SportLech mistrzem trzeci raz z rzędu? To znakomita wiadomość dla polskiej piłki

Lech mistrzem trzeci raz z rzędu? To znakomita wiadomość dla polskiej piłki

przez admin

Trzecie z rzędu mistrzostwo Polski dla Lecha Poznań? Ani nie byłoby niespodzianką, ani przejawem nudy. Przeciwnie – byłaby to znakomita wiadomość dla polskiej piłki. I powiew normalności w nienormalnej ostatnio lidze.

Jeśli trzeci raz z rzędu mistrzostwo zgarnąłby klub, który ma już wydeptaną ścieżkę do europejskich pucharów, potrafi w nich punktować i łączyć to ze skuteczną grą w lidze, a do tego gra atrakcyjnie, ma najlepszą akademię w Polsce, umie wprowadzać do kadry swoich wychowanków, reinwestuje zarobione pieniądze w coraz lepszych piłkarzy z zagranicy, zakochał się w liczbach i twardych danych, wciąż rozbudowuje swój dział naukowy, działa według szerszego planu i od lat stoi na solidnym fundamencie, to doprawdy trudno byłoby się na to pogniewać i marudzić, że w lidze zaczyna wiać nudą. Jeśli Lech Poznań zacząłby dominować w Ekstraklasie, mógłby popchnąć naprzód całą polską piłkę.

Lech Poznań może odjechać reszcie stawki. Nadchodzi kluczowy moment

Kilka tygodni temu, tuż po tym, jak Lech zdobył drugie z rzędu mistrzostwo, zapytałem Piotra Rutkowskiego, czy możliwa jest „bayernizacja” Ekstraklasy. Chodziło mi o ocenę szans na to, że pojawi się w Polsce klub, który będzie dominował, regularnie zdobywał trofea i finansowo odskoczy reszcie stawki. Prezes Lecha w odpowiedzi skupił się jednak na samym terminie, a nie sednie pytania, domyślając się najpewniej, że Lech jest dziś do tego jedynym kandydatem. Zauważył, że porównanie do Bayernu jest nieadekwatne, bo w ostatnich kilkunastu latach jego klub nie miał największego budżetu w lidze i był w tej kwestii za Legią Warszawa. Zamiast tego zaproponował porównanie Lecha do Club Brugge z Belgii, który nie jest najbogatszym klubem w kraju, nie gra w stolicy, więc do zdobycia przewagi nad rywalami potrzebuje pomysłowości i konsekwencji. Do kwestii samej jednak dominacji nie wróciliśmy.

A pytanie jest zasadne, bo w gablocie przy Bułgarskiej w Poznaniu błyszczą dwa świeżutkie trofea za mistrzostwo Polski, a na horyzoncie pojawia się szansa na trzecie z rzędu mistrzostwo, bo pośród Legii Warszawa, która odebrała rachunek za lata katastrofalnego zarządzania, Rakowa Częstochowa osieroconego przez Marka Papszuna, przebudowującej się Jagiellonii Białystok, szukającego drogi na skróty Widzewa Łódź i Górnika Zabrze, który musiał przemeblować wyjściową jedenastkę, to Lech Poznań wygląda na starcie tego sezonu zdecydowanie najsolidniej. I staje właśnie przed niezwykłą szansą, by odjechać reszcie rywali – bowiem jest faworytem w walce o mistrzostwo, a w eliminacjach Ligi Mistrzów będzie rozstawiony do samego końca.

Już samo to, że pytania, które dekadę temu padały wyłącznie w kontekście Legii, teraz dotyczą Lecha, pokazuje, jak świetną robotę wykonali w ostatnich latach jego prezesi i dyrektorzy.

Zobacz wideo Żelazny szczerze o Lechu Poznań: Dzisiaj ten klub jest wzorem dla Legii

To tak można? Oto największa zmiana w eliminacjach europejskich pucharów

Wreszcie pojawił się polski zespół na tyle rozwinięty i stabilny finansowo, że latem – tuż przed walką o wejście do Ligi Mistrzów – nie musiał przebudowywać kadry. Ile razy już to przerabialiśmy, że zespoły, które odnosiły sukcesy, po chwili sprzedawały swoich najważniejszych zawodników i do walki o puchary przystępowały osłabione i niezgrane? Tymczasem Lech w końcówce lipca jest jeszcze mocniejszy niż w maju, gdy zdobywał mistrzostwo. Zachował wszystkich najważniejszych piłkarzy i dokonał tylko dwóch zmian w galowej jedenastce – za Bartosza Mrozka do bramki wskoczył Mateusz Lis, a za Antonio Milicia na środku obrony gra Terry Yegbe, który kosztował 3 mln euro i w dwóch pierwszych meczach spisał się świetnie.

Lech imponuje od kilku tygodni – najpierw wyłożył 4 mln euro na Luisa Palmę, który w poprzednim sezonie był jedynie wypożyczony, ale pokazał, jak duży ma potencjał, a następnie szybko dokonał kolejnych transferów, by Niels Frederiksen miał czas na wdrożenie nowych zawodników przed eliminacyjnymi meczami. Dzięki temu w ostatnich dniach wygrał z Górnikiem Zabrze w Superpucharze i pokonał na wyjeździe Aarhus aż 4:1, co sprawiło, że jedną nogą jest już w kolejnej rundzie eliminacji Ligi Mistrzów. Jeśli tylko dopełni formalności w meczu u siebie, będzie też pewny występu w Lidze Konferencji Europy.

Być może za kilka tygodni, gdy będzie już wiadomo, w jakich rozgrywkach wystąpi, sprzeda któregoś ze swoich wychowanków – Antoniego Kozubala, Michała Gurgula lub nawet, przy bardzo wysokiej ofercie, Wojciecha Mońkę. Zachowanie Lecha i tak trzeba będzie uznać za bardzo racjonalne – zatrzymał tych piłkarzy jeszcze na kluczowe eliminacyjne mecze, ostatni raz skorzystał z ich jakości, dał im szansę zdobycia kolejnych doświadczeń, a sobie dał szansę, by – w przypadku ich dobrych występów w eliminacjach – cena jeszcze poszła w górę. Gdzie wady?

Lech działa i wygląda jak klub, który doskonale wie, w jak przełomowym momencie swojej historii się znalazł. Chciał być do tego momentu jak najlepiej przygotowany – w końcówce poprzedniego sezonu przedłużył więc kontrakt z Frederiksenem, by zachować ciągłość pracy i pozwolić mu wyciągnąć wnioski z poprzednich eliminacji, które Lech skończył tylko w Lidze Konferencji. I nawet na bardzo małej próbie widać, że trener te wnioski wyciągnął. O ile bowiem w poprzednim sezonie ochoczo rzucał się nawet na lepszych rywali – jak Crvena zvezda czy Genk – i był przez nich boleśnie punktowany, o tyle już w wyjazdowym meczu z Aarhus potrafił przeczekać moment naporu przeciwnika i samemu poczekać na szansę, by wyprowadzić cios. Lech wyglądał, jakby to on był w tym roku Crveną, która przyjeżdża do Poznania i patrzy jak gospodarz płaci frycowe – pozwala mu się wyszaleć i cierpliwie czeka na błąd, a później prowokuje kolejne i konsekwentnie je wykorzystuje.

Ale czy to dziwi? Ostatnie lata w Lechu to przecież jedna wielka nauka na własnych błędach. Piotr Rutkowski mówi o tym otwarcie – plan na to, gdzie dziś jest Lech, wymyślili kilka lat temu, siedząc na samym dnie, nie mając jasnej koncepcji jak prowadzić klub, miotając się między różnymi trenerami i typami zawodników. Skoro więc przy Bułgarskiej szczerze wierzą, że najważniejsze jest uczenie się na swoich porażkach, to chcieli dać tę szansę również Frederiksenowi. A że w międzyczasie odbili się finansowo, to dzisiaj łatwiej im pokazać w oknie transferowym ambicję i sprawnie dokonywać wzmocnień. Co prawda wciąż powtarzają w Poznaniu, że wolą poczekać na zawodnika z bardzo dużym potencjałem niż szybko sprowadzać kogoś, do kogo nie będą w pełni przekonani, ale akurat Yegbe i Allahyar Sayyadmanesh, irański skrzydłowy występujący ostatnio w belgijskim Westerlo, to przykłady zawodników, którzy nie dość, że powinni się w Ekstraklasie wyróżniać, to zostali sprawdzeni bardzo szybko. Palma to trochę inny przypadek – jego już wszyscy znają, był na miejscu, pod ręką, ale i tak trzeba Lecha docenić, że nie targował się z Celtikiem o każdego funta, nie czekał na rozwój sytuacji do sierpnia, licząc na promocyjny transfer „last minute”, tylko wyciągnął go za umówione rok wcześniej podczas dogadywania wypożyczenia 4 mln euro.

Dlaczego trzecie z rzędu mistrzostwo dla Lecha Poznań byłoby dobrą informacją?

Nie ma dziś w Polsce klubu, który byłby lepiej zarządzany. Lech już w poprzednim sezonie odczarował pewne prawdy o Ekstraklasie – wystąpił w europejskich pucharach, a i tak zdobył mistrzostwo, co nie wydarzyło się od 2017 roku. Ponadto był pierwszą drużyną od czasów Legii i sezonów 2019/20–2020/21, która obroniła mistrzostwo. Pokazał, że zmierza we właściwym kierunku i w tym sezonie ma jeszcze większy apetyt, bo dzięki regularnej i dobrej grze w Europie zapracował na rozstawienie do końca eliminacji Ligi Mistrzów. Dał sobie szansę, by pójść po więcej. Jeśli ją wykorzysta, otworzy się przed nim szansa niezwykła – jak przed Legią w 2016 r. – by odskoczyć od reszty stawki i przy wciąż mądrym prowadzeniu klubu występować w Lidze Mistrzów znacznie częściej niż raz na dziesięć lat.

W eliminacjach europejskich pucharów romantyzm wyjątkowo rozjeżdża się z pragmatycznym spojrzeniem na polski interes, bo choć lubimy niespodzianki i historie zaskakujące, to jednak powtarzalność buduje rankingi w Europie. Nie odbierając żadnemu klubowi prawa do szczęścia, widać wyraźnie, że im bardziej doświadczone zespoły wystawia Ekstraklasa do gry w Europie, tym większe ma z tego korzyści. Każdy trener – Adrian Siemieniec, Dawid Szwarga, Marek Papszun, Niels Frederiksen – po wejściu do pucharów i grze co trzy dni stwierdza, że to inna dyscyplina sportu. Nieprzypadkowe jest zresztą dołączenie Szwargi do sztabu GKS Katowice, który wrócił do europejskich pucharów po 23 latach i doświadczenie nie miał żadnego. To Szwarga ma podzielić się wiedzą, którą zdobył trzy lata temu, gdy był trenerem Rakowa.

Zobacz inne