Do ostatnich sekund wydawało się, że Legia Warszawa na inaugurację sezonu bezbramkowo zremisuje z Pogonią Szczecin po koszmarnym występie Milety Rajovicia. Duńczyka w ostatniej chwili wyręczył i uratował Zoran Arsenić, a drużyna Marka Papszuna w swoim stylu wyszarpała wygraną 1:0.
Ta akcja była chaotyczna jak całe spotkanie. Piłka trafiła w pole karne Pogoni, gdzieś się odbiła, gdzieś spadła i ostatecznie nie do końca wiadomo było ani jak do bramki wpadła, ani kto ją do niej wepchnął. A w ostatnich sekundach meczu zrobił to debiutujący w Legii Zoran Arsenić.
Drużyna Marka Papszuna może nie zachwyciła, ale zasłużyła na zwycięstwo. To byłoby bardziej okazałe, gdyby w ataku Legii grał zawodnik lepszy niż Mileta Rajović. Duńczyk popsuł trzy doskonałe okazje, przez niego sędzia nie uznał Warszawiakom dwóch goli, ale ostatecznie legioniści na inaugurację sezonu zwyciężyli 1:0.
Po meczu piłkarze świętowali ze swoimi kibicami, mogąc głęboko odetchnąć z ulgą. Największą ulgę na pewno poczuł Rajović, którego występ kibice zdążyli nazwać „najgorszym w historii, a ci na stadionie domagali się zdjęcia go z boiska.
„Najgorszy występ w historii”
– Istotne jest, żebyśmy oprócz wyniku sportowego, który ma dać pozytywne emocje i dumę naszym kibicom, dążyli do jak najlepszego stylu gry – mówił przed meczem Papszun. I dodawał: – Uważam, że w porównaniu do poprzedniego sezonu jesteśmy lepszą drużyną. Ale każdy dzień będzie dodatkowo działał na naszą korzyść.
W zderzeniu z rzeczywistością w meczu słowa trenera Legii nie wypadły najlepiej. Jeśli kibice warszawskiej drużyny spodziewali się bardziej efektownej gry niż wiosną, w piątek musieli się srogo rozczarować. Legia niby miała kontrolę nad tym spotkaniem, niby – zwłaszcza po stałych fragmentach gry – miała pojedyncze okazje do zdobycia bramki, ale w tym wszystkim brakowało piłkarskiej jakości.
Zobacz wideo Żelazny szczerze o Lechu Poznań: Dzisiaj ten klub jest wzorem dla Legii
Nie można powiedzieć, by Legia była to tego meczu nieprzygotowana. Wręcz przeciwnie, drużyna Papszuna ograniczyła atuty gospodarzy, w dużej mierze przeniosła grę na połowę Pogoni i długimi fragmentami zdominowała posiadanie piłki. Ale co z tego, skoro w ofensywie po prostu brakowało jej kreatywności i jakości?
A kiedy te okazje już były, w polu karnym najczęściej był też Mileta Rajović. Chociaż sztab Legii bronił go już na wszystkie sposoby, to naprawdę trudno uwierzyć, że Duńczyk da drużynie coś pozytywnego. W Szczecinie już na początku spotkania po prostu musiał strzelić gola z kilku centymetrów, ale zamiast tego nabił piłkę na własną rękę i bramka nie mogła zostać uznana. W drugiej połowie gola strzelił Łukasz Zjawiński, ale i on nie został uznany, bo po drodze piłka odbiła się jeszcze od będącego na spalonym Rajovicia.
Mało? W 71. minucie Warszawiacy przeprowadzili dobrą akcję, a po strzale Zjawińskiego doskonałą okazję miał Rajović. I co? I nic. Nieskuteczny i pechowy. Jak tu się nie załamać? „Najgorszy występ w historii Legii” – pisali kibice na X. Zareagowali też fani na sektorze gości w Szczecinie, którzy w wulgarny sposób domagali się ściągnięcia piłkarza z boiska.
Trener Legii, który w ostatnich dniach jasno dawał do zrozumienia potrzebę wzmocnienia drużyny, po spotkaniu z Pogonią otrzymał kolejny argument w dyskusji z pionem sportowym i władzami Legii. Wiadomo, że sytuacja finansowa klubu jest trudna, ale z tak ograniczoną drużyną trudno będzie oczekiwać wyniku, który zadowoli nie tylko kibiców i zarząd, ale i samego szkoleniowca. Nie zawsze w ostatniej sekundzie uratuje ją Arsenić.
Bezradny Papszun
Trudno dziwić się reakcjom Papszuna na ławce rezerwowych. Trener Legii w przeciwieństwie do szkoleniowca Pogoni – Oscara Garcii – niemal cały mecz obejrzał na stojąco, tuż przy linii swojej strefy i frustrował się kolejnymi niepowodzeniami. Papszun pewnie zastanawiał się, co może zmienić, co wymyślić, by zaskoczyć Pogoń, ale w arsenale brakowało mu broni.
W piątek na ławce rezerwowych Legii siedzieli przede wszystkim młodzi, niedoświadczeni: Michal Sevcik, Jakub Żewłakow, Filip Przybyłko i Samuel Kovacik. Każdy z nich może i jest utalentowany, ale – przynajmniej na razie – prawie żaden z nich nie pokazał nic w seniorskiej piłce. Prawie, bo jakość Legii może dać wypożyczony ze Sparty Praga Sevcik, jednak on jest w drużynie nowy i jeszcze nieprzygotowany do gry w dłuższym wymiarze.
Od 60. minuty Legia słabła w oczach. Po potrójnej zmianie w Pogoni drużyna Papszuna straciła kontrolę nad spotkaniem i to gospodarze byli zdecydowanie bliżej strzelenia gola. Na swoje szczęście w bramce miała Otto Hindricha, który uratował ją też przed stratą gola w pierwszej połowie, kiedy niewiarygodnie zatrzymał starego znajomego – Jeana Pierre’a Nsame.
O ile Rajović wyraźnie działał na niekorzyść Legii, o tyle rumuński bramkarz uratował drużynę przed porażką. Hindrich kolejny raz udowodnił, że jest jednym z najjaśniejszych punktów w zespole pełnego przeciętniactwa. Ale to zdecydowanie za mało. Choć z drugiej strony może to tylko początek?
Słaby mecz w Szczecinie
W ogóle to był kiepski mecz. Bo Pogoń – poza dwoma mocniejszymi fragmentami – też nic ciekawego w piątek nie pokazała. Gospodarze najlepszy moment mieli po wspomnianej 60. minucie, ale i wtedy nie wykorzystali przewagi i słabości przeciwnika. Tak samo jak przed przerwą doskonałej okazji nie wykorzystał Nsame.
Pogoń – mimo że grała u siebie – pozwoliła Legii grać, nie była agresywna, kiepsko zakładała pressing. Szczecinianie skupili się przede wszystkim na obronie własnego pola karnego, przez co mecz był skazany na nieatrakcyjny przebieg dla kibiców.
Podanie, podanie, wrzutka, wrzutka, a okazji bramkowych prawie wcale. Tu nie zgadzało się nic. Ani liczba okazji bramkowych, ani tempo, ani intensywność gry. Niby to tylko pierwszy mecz i obie drużyny powinny być usprawiedliwione. Z drugiej jednak strony obie typowane były co najwyżej do środka i w piątek tylko ten status potwierdziły.
Gdyby nie gol Arsenicia w ostatnich sekundach, nie byłoby tego meczu za co wspominać. Oczywiście od sportowej strony. Bo do historii przeszedłby, o ile w ogóle nie przeszedł koszmarny występ Rajovicia. Czegoś takiego dawno nie widzieliśmy na takim poziomie.
Jeden promyk nadziei dla Legii
Mecz w Szczecinie w podstawowym składzie Legii niespodziewanie zaczął Robert Deziel Jr. Piłkarz, który ostatni sezon spędził w rezerwach Bayernu Monachium, w Polsce – przynajmniej na razie – miał się uczyć, tymczasem Papszun postawił na niego już w pierwszym spotkaniu. Pewnie spowodowane to było wątłym zdrowiem i nierówną formą Arsenicia, ale trzeba przyznać, że Deziel Jr. w debiucie zaprezentował się co najmniej obiecująco.
21-latek był nie tylko bardzo pewny w pojedynkach, radząc sobie w defensywie z piłkarzami Pogoni, ale sporo dawał też w rozegraniu piłki. Deziel Jr. potwierdził to, co mówiono o nim po transferze, ale też to, co mówił o sobie sam: jest piłkarzem obunożnym, któremu – mimo pozycji – umiejętność wprowadzenia piłki do ataku nie jest obca. Amerykanin po prostu czuje się w tym elemencie bardzo pewnie.
Deziel Jr. obiecująco pokazał się już w trakcie zeszłotygodniowego sparingu z Radomiakiem. Amerykanin – trochę z konieczności – rozegrał wtedy najwięcej minut w drużynie Papszuna i należał do wyróżniających się postaci. Podsumowaniem jego występu był nawet strzelony gol. W pierwszej połowie w Szczecinie też mógł zdobyć bramkę, ale piłka po jego uderzeniu minimalnie minęła bramkę gospodarzy.
W Szczecinie Amerykanin potwierdził, że zupełnie nieoczekiwanie może się okazać solidnym wzmocnieniem drużyny Papszuna. A należy pamiętać, że mimo już 21 lat, to piłkarz, który na takim poziomie jak Ekstraklasa jeszcze nie grał. W jego przypadku potencjał rozwoju jest naprawdę spory. Komu jak komu, ale jemu każdy dzień na pewno będzie służył na plus.