Zawartość
- 1 Pierwsza hipoteza upada
- 2 Złoty kanarek Petra Hutki
- 3 Komunistyczny spadek po Janie Kodešu
- 4 Szukam dalej. Sprawę ułatwia trener Mai Chwalińskiej, Machovsky
- 5 Pasja. Potrafi być niebezpieczna, trzeba ja kontrolować.
- 6 Rywalizacja. Teoria Jaroslava Machovský’ego
- 7 Promieniowanie odśrodkowe i teoria enklaw rozwoju
Linda Noskova biła tu kiedyś forhendy tak samo, jak ta jedenastolatka, którą widzę teraz na korcie TK Precheza Prerov. Pojechałem tam, żeby przekonać się na własne oczy, jak powstał czeski mechanizm permanentnego sukcesu.
Siedzę sobie na krzesełku w klubie TK Precheza Prerov i słyszę: bum, bum, bum. Wstaję, idę w kierunku odgłosów. Kto tak naparza? Zaglądam za płachtę reklamową, a tam jedenastolatka zagrywa takie forhendy, że włosy stają dęba: raz wzdłuż linii, raz po krosie, znowu wzdłuż linii i znów kros. Naprzeciwko uwija się dwóch trenerów. Ale zaraz, te odgłosy jakby podwójne… No tak, obok, na innym korcie identyczna nastolatka macha rakietą tak samo, od ucha do ucha.
Nie wiedziałem jeszcze, że stoję w miejscu, które w świecie sportu ma swoich kuzynów – w Kenii, na Jamajce, w austriackich Alpach.
Przyjechałem do Prerova do Petra Hutki juniora, człowieka, u którego przez dwa, trzy lata jednocześnie trenowały obie finalistki ostatniego Wimbledonu – zwyciężczyni Linda Nosková i Karolina Muchová. To jasne: kto, jeśli nie on, odpowie, skąd się biorą takie jedenastolatki, jakie widziałem na klubowym korcie? Skąd się bierze to, że na 16 najlepszych na Wimbledonie tenisistek cztery są Czeszkami? A mogło być więcej, ale Krejčíková pokonała wcześniej Bartuňkovą, która wygrała z Siniakovą, a następnie Muchová wyeliminowała Krejčíkovą.
Pierwsza hipoteza upada
Myślę – system. Tu musi działać jakiś system. Przemyślany mechanizm, funkcjonujący od dawien dawna. Rozsądny, bez patosu i wielkich planów, że za pięć lat zawojujemy świat. Za to konsekwentny i stały.
W Polsce utarło się uważać, że w Czechach taki system jest, a u nas go nie ma. Że tenisistki podpisują z czeską federacją tenisową takie umowy, dzięki którym, gdy już odniosą sukcesy, odpalają uzgodnioną część nagród, żeby finansować rozwój młodszych zawodniczek.
Czytaj także: SUBSKRYPCJA Polska bezradnych rodziców. Jak zmusić dziecko do ruchu, nie robiąc mu krzywdy
– To legenda – mówi Petr Hutka junior. – Nie ma takiego programu. Kluby same podpisują umowy z zawodniczkami lub agencjami, które je reprezentują. Mogą uwzględnić taki punkt, ale dziś, ze względu na popyt na takie zawodniczki, praktycznie nie da się takich umów napisać – Hutka tymi słowami w pięć sekund rozwala legendę czeskiego systemu. – Choć Linda jest od lat zawodniczką mojego klubu, nic nam do jej nagród z Wimbledonu. Nie dostaniemy od niej ani korony na szkolenie młodych, choć faktycznie pomagaliśmy jej finansowo.
Nie dowierzam. Jak to?
– No, co „jak to”? Ja tu mam kilkaset dzieci, rodzice płacą niewielkie pieniądze, dostaję fundusze od miasta Prerov, od gminy, od państwa i od federacji tenisowej. Dzięki sukcesom takim, jakie osiągnęła Linda, mamy sponsorów – lekko się irytuje Hutka.
No nie! Właśnie rozpadła się legendarna przyczyna wielkich czeskich sukcesów w tenisie, czyli federacyjne kontrakty. W tym momencie postanawiam sprawdzać każdy kolejny trop. Sponsorzy? System z czasów komuny? A może coś prostszego – liczba kortów, kultura sportu?
Złoty kanarek Petra Hutki
– W takim razie na czym stoi ten klub? Ilu macie sponsorów? – pytam.
Trener wstaje i sięga do szafy. Wyciąga plakat-zapowiedź plebiscytu „Złoty Kanarek” (Zlatý kanár), który przypomina nasz plebiscyt „Przeglądu Sportowego” na najpopularniejszego sportowca, ale dotyczy tylko tenisa. Na plakacie jest – uwaga na astronomiczne liczby! – sponsor generalny, 14 głównych partnerów-sponsorów plebiscytu, 54 partnerów i siedmiu patronów medialnych, razem 76.
Dosłownie kilka godzin wcześniej rozmawiam na temat umów tenisistek z federacją z Piotrem Szczypką w jego BKT Advantage Bielsko-Biała. Szef klubu mówi, że czeski system wymyślony trzy dekady temu to już tylko historia, ale w swoim klubie podpisał podobne umowy z Mają Chwalińską i Lindą Klimovičovą. – Nigdy nie skorzystałem z tego zapisu. Może teraz skorzystam, po Wimbledonie – mówi.
System wymyślił Miroslav Černošek. To postać, która nie ma u nas analogii. W Polsce mecenasem tenisa był kiedyś Ryszard Krauze, który chciał wprowadzić podobny system, jednak głównym polem jego działania biznesowego były firmy niezwiązane ze sportem. Černošek był człowiekiem sportu na wskroś. Szefował największym czeskim klubom tenisowym. W 1996 roku założył agencję menedżerską, w której wprowadził późniejszy „czeski system”. Tyle, że już znacznie wcześniej czechosłowaccy i czescy tenisiści grali w znacznie wyższej lidze, niż można było sądzić po potencjale populacyjnym ich państwa.
Komunistyczny spadek po Janie Kodešu
Czyli co? Skoro to nie komercyjny „czeski system” Černoška, to co? Może po prostu ktoś ważny wpadł dawno temu na to, żeby każdy Czechosłowak miał dostęp do kortów?
Hutka nagle zrywa się z miejsca. – Panowie, przepraszam, przecież ja mam ważną rozmowę, przyjeżdżają rodzice bardzo zdolnego dzieciaka. Jeśli chcecie znać moje zdanie: wszystko zaczęło się od Jana Kodeša – rzuca i wybiega ze swojego gabinetu, łapiąc w biegu potrącony przez siebie puchar i przeskakując przez przeszkody: paczki z piłkami, rakiety, zwoje siatek, sterty plakatów. Znika. Ponownie zobaczyliśmy go znacznie później, na kortach, prowadzącego trening.
Kto nie zna Kodeša, pomyślałem, ale żeby od niego wszystko się zaczęło?
A może jednak właśnie od niego.
Największym triumfem Kodeša był Wimbledon w 1973 roku. Tylko co to był za turniej?! Nowo powstała organizacja tenisistów ATP wstawiła się za zawieszonym Jugosłowianinem Nikolą Piliciem i nakazała bojkot turnieju. Wycofało się 81 tenisistów z czołówki, dziewięciu z najlepszej dziesiątki, dwunastu z szesnastu rozstawionych. W efekcie Kodeš wygrał w finale z zawodnikiem z ZSRR, Gruzinem Aleksandrem Metrewelim. Co za ironia – afera z Jugosłowianinem spowodowała, że wygrał Czechosłowak, pokonując zawodnika radzieckiego w turnieju na Wimbledonie, kwintesencji burżuazyjnego tenisa.
Czytaj także: SUBSKRYPCJA To największe nieporozumienie wokół Świątek. Wystarczy spojrzeć na rywalki
Młodsi czytelnicy może nie wiedzą, że Czechosłowacja była w tamtym czasie jednym z najbardziej podporządkowanych Moskwie krajów bloku wschodniego. Kamienne Marksy, Engelsy i Leniny patrzyły surowo ze środka niemal każdego czechosłowackiego placyku, a tam, gdzie ich nie było, na sterczącym postumencie nad miasteczkiem wisiała czerwona gwiazda niczym oko Saurona. Co mogło spowodować, że po sukcesie Kodeša nastąpił nagły zwrot i partia komunistyczna zakochała się w elitarnym tenisie?
Nie, to nie partia się zakochała. Zakochał się w tenisie Lubomír Štrougal, ówczesny premier. Štrougal poznał samego Kodeša osobiście. Dzięki niemu powstały pierwsze narodowe ośrodki tenisowe (SVS) – zalążki tego, co działo się później.
Rozglądam się po TK Precheza Prerov. Hmm, szron nie osiada na rzęsach z wrażenia. Faktycznie, lata 70. Widać to jak na dłoni. Niektóre korty przykryte blachą. Prowizorka wciśnięta w wąski pas między rzekę a ulice miasteczka, niewyględne budynki. Nic magnetycznego. Nic magicznego – jak na przykład stare sale bokserskie na Brooklynie, gdzie w powietrzu wisi legenda. Tu nie. Tu jest zwykłość, banalność, codzienność, zero patosu. To wszystko tworzy jednak nienachalne piękno, ukryty urok, który dostrzec można, mając w sobie miłość do czeskich filmów.
Szukam dalej. Sprawę ułatwia trener Mai Chwalińskiej, Machovsky
Powiem prawdę, Hutkę polecił nam trener Mai Chwalińskiej, Jaroslav Machovský, gdy spotkaliśmy się w BKT. On zna wszystkich – Hutkę też, i jego nieżyjącego ojca znał świetnie. Zadzwonił, zapowiedział mój przyjazd. Przekazał telefon. Umówiliśmy się w klubie o godzinie 16:00. Czekam, ale nikogo nie ma. Nagle dzwoni Hutka.
– Gdzie jesteście?
– No, tam gdzie pan kazał, przy bramie głównej – odpowiadam.
– A co tam jest napisane?
– TK Prerov – czytam.
– No co wy, to nie ten klub! Wy musicie na Košmakovą 55, a nie na Żiżkovą!
Okazuje się, że w 40-tysięcznym Prerovie są dwa kluby tenisowe, które łącznie mają 22 korty otwarte oraz obiekty kryte. W rozprawie doktorskiej Piotra Szczypki „Czynniki kształtujące rozwój sektora tenisa w Polsce” (Uniwersytet Warszawski, Wydział Zarządzania) stoi wyraźnie, że w Czechach w 2010 roku było znacznie ponad 5000 certyfikowanych kortów tenisowych. Liczba ta od tamtego czasu drastycznie się nie zmieniła. W Polsce jest około trzy razy mniej. Jeszcze większa dysproporcja występuje, jeśli chodzi o liczbę klubów. W Czechach jest ich ponad tysiąc. W Polsce pięć razy mniej.
Jeśli odniesiemy to do populacji…
Pasja. Potrafi być niebezpieczna, trzeba ja kontrolować.
Mam wrażenie, że mylę skutek z przyczyną.
Po cholerę budować korty, jeśli nikt nie będzie chciał na nich trenować? Czesi muszą mieć jakiś wrodzony gen do tenisa, wszczepiony chip, albo wykształconą przez pokolenia pasję, która ich pcha do gry. Pasja to piękna rzecz. Nieodzowna w sporcie, ale i niebezpieczna – potrafi przysłonić zdrowy ogląd rzeczywistości. Szczypka jest idealnym przykładem na to, że pasja bywa zdradliwa, bezwzględna i brutalna.
Siedzimy w BKT nad kortem, na którym Maja trenuje z Machovským i Petrem Hájkiem, jego asystentem.
– Razem z Mają jeździliśmy po lekarzach. Ona z depresją, ja z nerwicą. Wszystko przez to, że dopadły mnie panika i stres, że nie dam rady. Mimo że na klub, na tenis, poświęcałem 100 procent czasu, każdą minutę poza snem. Gadałem przez telefon godzinami: z trenerami o zawodnikach, z zawodnikami o trenerach, o wyjazdach, turniejach, pieniądzach. Brałem leki, odwiedzałem klinikę psychiatryczną na Sobieskiego w Warszawie. Musiałem wyhamować. Finał Rolanda Garrosa Mai dał mi oddech, trochę odpuściłem – mówi Szczypka.
Może i tak, ale jeśli to prawda, że wyluzował, to bardzo dobrze się maskuje. Przyjeżdżamy do klubu, pytam jedną z osób o Szczypkę, gdzie mogę go spotkać, a ona odpowiada z uśmiechem: „Pan stanie w jakimś miejscu, na pewno zaraz będzie tędy przelatywał”.
Mam wrażenie, że u Czechów pasja jest kontrolowana, o ile można tak powiedzieć. Czy tylko mi się wydaje, że Czesi biorą życie z dystansem, trochę po stoicku? Ani klęska nie robi na nich wrażenia, ani palma im nie odbija, gdy odnoszą sukces. Są tacy sami, zwykli, normalni. Dla Machovskiego, trenera który właśnie doprowadził Chwalińską do finału turnieju Wielkiego Szlema, nie jestem ani brat, ani swat. Widziałem go pierwszy raz w życiu, a usiadł ze mną, pogadał, po czym bezinteresownie zadzwonił do przyjaciela w Czechach, żeby mi pomóc. Nic z tego nie miał oprócz mojej wdzięczności.
Pasja jest owszem, pożądana. Ale zdrowy rozsądek również.
Rywalizacja. Teoria Jaroslava Machovský’ego
Chyba przybliżam się do pełnego wyjaśnienia. Mam już kilka wątków, które Czechom pomagają, inne są tylko legendą, więc szukam dalej. Trener Machovský dokłada swoje trzy grosze, gdy po treningu Mai usiedliśmy w małym parku na tyłach kortów BKT. Rzuca pewien pomysł: czeski fenomen w kobiecym tenisie polega na tym, że po pierwsze: do tenisa idzie mnóstwo dziewczyn (bo do hokeja raczej nie idą), a po drugie: ich talent jest odpowiednio szlifowany.
– Ale jak? – pytam. – Jaka jest różnica w szkoleniu?
– Rywalizacja – odpowiada krótko trener. – W Czechach trenuje się w grupach. Gra się na małe korty, na duże korty, w każdej kategorii wiekowej, drużynowo, w debla, w singla. Cały czas. Zawodniczki od małego są rzucane na głęboką wodę, uczą się na każdym etapie, jak sobie radzić ze stresem, jak wykorzystywać z zimną głową narzędzia, którymi dysponują.
Oglądam na YouTubie film z małą Noskovą na kortach w klubie Na Doline we wsi Trojanovice, gdzie zaczynała. Mówi o startach w reprezentacji, a w tle widać stos pucharów. Przeczytałem w „New York Times” porównanie treningów w Stanach Zjednoczonych i w Czechach. W Ameryce to była mechaniczna rutyna, tysiące takich samych powtórzeń – trener stoi z wózkiem z Walmartu pełnym piłek i rzuca ich 100 na forhend, a potem 100 na bekhend. Można zwariować. W Czechach tak się nie trenuje. Tam wiedzą, że w ten sposób można zabić w dziecku tenis.
– Ponieważ w każdej wsi są korty, a w każdym miasteczku kilka klubów, łatwo im grać w debla lub drużynowo – dodaje Szczypka. – Po prostu w każdej kategorii wiekowej jest mnóstwo grających. U nas trenuje 200, 300 skrzatów, u Czechów: trzy, cztery tysiące. Tam w niemal każdej rodzinie jest tenisista, tenisistka, były zawodnik albo trener. Uczą się od siebie nawzajem. W ten sposób zbudowała się kultura głębokiego szacunku do tego sportu, która nie polega jedynie na rekreacyjnym kibicowaniu najlepszej rakiecie w kraju.
Promieniowanie odśrodkowe i teoria enklaw rozwoju
Według Szczypki Czesi mieli łatwiej, bo zawsze byli blisko serca kultury europejskiej, blisko miejsc, gdzie rodził się nowoczesny sport – a umówmy się, w wersji pierwotnej zaczął się on wśród ludzi zamożnych, mających wolny czas. Czasem Praga była sercem Europy, choć w zamierzchłych czasach. Natomiast faktem jest, że przed 1888 rokiem na terenie dzisiejszych Czech istniało niemal 500 kortów, a pierwszy turniej rozegrano ponad dekadę wcześniej.
Być może właśnie tu leży źródło, które – gdy zamieniło się w rzekę – napędziło koło całego rozwoju. Najpierw była chęć aktywności fizycznej, tak ogólnie. Dzisiejsze statystyki Eurostatu pokazują potężną przepaść między Czechami a Polską: blisko 80 proc. Czechów deklaruje regularne uprawianie sportu lub aktywność rekreacyjną, podczas gdy w Polsce ten wskaźnik wynosi zaledwie około 34–38 proc. Przeciętny Czech spędza średnio od dwóch do trzech godzin tygodniowo na ćwiczeniach. Co piąte czeskie dziecko (20,5 proc.) uczestniczy w oficjalnie zorganizowanych formach sportu, będących częścią klubów i związków sportowych. W Polsce to zaledwie 8–10 proc. Co ciekawe, dziewcząt grających w tenisa wyczynowo jest tam niewiele mniej niż chłopców (w oficjalnych rejestrach ČTS figuruje ponad 7 tys. zawodników i ponad 5,3 tys. zawodniczek), u nas jeszcze do niedawna dziewczynkom wyrywającym się do sportu ich rodzice rzucali kłody pod nogi.
Stąd bierze się ten olbrzymi, stały dopływ talentów.
Nosková i Muchová nie były od urodzenia „skazane” wyłącznie na tenis. Obie od małego były wszechstronnie aktywne – uprawiały gimnastykę, grały w piłkę nożną, tańczyły. Są dzięki temu świetnie skoordynowane ruchowo. Ich tenis jest urozmaicony, bo potrafią użyć każdego technicznego narzędzia i dobiec do piłek nieosiągalnych dla innych.
Jak trafnie zauważył Szczypka, w Czechach tenisista albo trener jest w każdej rodzinie lub po sąsiedzku. Matka Martiny Hingis, Melanie Molitorová, pochodzi z wioski oddalonej o zaledwie 10 kilometrów od Trojanovic, gdzie zaczynała Nosková – i to ona jako jedna z pierwszych ukształtowała w tamtym regionie unikalną kulturę szkolenia. W tym systemie nie ma przerwy pokoleniowej: Jana Novotná pomagała Barborze Krejčíkovej, Barbora Strýcová doradza Lindzie Noskovej, Petra Kvitová wspierała młodszą generację, a Lucie Šafárová i Kveta Peschke pomagają deblistkom.
Gwiazdy wygrywają wielkie turnieje, ale wciąż pokazują się u siebie – w swoich miasteczkach, w swoich macierzystych klubach. Dosłownie wczoraj Nosková siedziała na rynku w Prerovie, pijąc martini w otoczeniu kilku przyjaciół (taką fotkę wieczorem przysłał mi Hutka), a wcześniej odwiedziła klub i poodbijała piłki z dzieciakami. Każda z nich to robi – wraca do korzeni, dziękuje lokalnej społeczności za siłę i wsparcie, które otrzymała na starcie. Tu nie działa psychologiczna teoria permanentnej porażki. Tu działa mechanizm permanentnego sukcesu.
A jak już system raz zaskoczył, gdy jedni sąsiedzi zauważyli, że dzieci z domu obok odnoszą sukcesy, zarabiają pieniądze, a na dodatek są po ludzku szczęśliwe, uruchomiła się pompa ssąco-tłocząca. Taka sama, jaką znamy z kilku innych miejsc na świecie: z kenijskiego Iten czy etiopskiego Bekoji w biegach długodystansowych, z Kingston na Jamajce w sprintach, ze Schigymnasium Stams w Tyrolu w skokach narciarskich czy z regionu Trøndelag w Norwegii w biegach narciarskich.
To są sportowe enklawy. Punkty na mapie świata, gdzie ekstremalna rywalizacja wewnętrzna, ekspercka wiedza szkoleniowa przekazywana z pokolenia na pokolenie oraz specyficzna kultura lokalna wprawiają w ruch mechanizmy tworzące monopol na skalę globalną. Generują sukcesy całkowicie niewspółmierne do potencjału demograficznego.
Młodzi ludzie z tych miejsc doskonale wiedzą, że bez względu na to, czy ich rodzina ma pieniądze, czy ich nie ma – jeśli wezmą rakietę do ręki, założą narty lub wciągną kolce sprinterskie, dostaną pełną szansę na sukces. Nie musi to być od razu złoto olimpijskie czy wielkoszlemowy tytuł w Wimbledonie. To mogą być studia na najlepszych amerykańskich uniwersytetach, spełnienie marzeń o podróżach albo po prostu udział w fantastycznej, życiowej przygodzie, jaką jest sport.
W skrócie można to ująć w sześciu prostych słowach: Skoro ona mogła, dlaczego nie ja?




