Jakąś miarą tego, kim był i jaki był Jacek Magiera, jest ten tłum ludzi, którzy poczuli w piątek, że stracili kogoś ważnego i kogoś, za kim będą tęsknić. Bo Jacek Magiera nawet w powierzchowne relacje, przelotne spotkania i krótkie rozmowy wnosił ciepło, szacunek i mądrość. A powierzchownych relacji i tak miał niewiele, bo przecież wolał budować te głębsze.
To historia sprzed paru lat. Jeden z piłkarzy opowiadał mi, jak Jacek Magiera wyprowadził go z życiowego zakrętu. – Jak to? To wy się znacie? – dopytywałem, bo wydawało mi się, że nie spotkali się ani w żadnym klubie, ani w młodzieżowej reprezentacji. I miałem rację – nie przecięli się, ale któregoś dnia Magiera po prostu do niego zadzwonił, przedstawił się, powiedział, że słyszał o jego problemach i zaproponował wspólny obiad. – Najpierw wydawało mi się to trochę dziwne, ale to najmądrzejszy człowiek, jakiego spotkałem – tak brzmiało podsumowanie tamtego wyjścia do restauracji i wszystkich kolejnych rozmów, które odbyli.
Zobacz wideo Kosecki o Lewandowskim: Robert powinien zostać w reprezentacji i walczyć
Bo taki był Jacek Magiera. Wierzył, że może zmieniać świat na lepszy. Brzmi to poważnie i wzniośle, ale w wykonaniu Magiery nie było nachalne. Lubił dzielić się życiowym doświadczeniem. Sam tego doświadczyłem, gdy trzy lata temu nieodebrane połączenie, na które odpowiedział po paru godzinach, stało się okazją do krótkiego wykładu – przeprowadzonego zupełnie niespodziewanie, niemal przy okazji, jakoś między przywitaniem a zaproszeniem do programu – o chorej liczbie bodźców, które codziennie nas wszystkich bombardują. Magiera wyjaśnił, że gdy wcześniej dzwoniłem, był na długim spacerze, a telefon zostawił w samochodzie. I że często tak robi, gdy szuka spokoju i koncentracji. A jeśli ma się dzieci, to już w ogóle trzeba na telefony, rozpraszacze i cały ten życiowy pęd bardzo uważać. – Właśnie, ma pan dzieci? – zapytał w pewnym momencie. – Nie zapanuje pan nad wszystkim, nie upilnuje, ale może pan wyposażyć je w odpowiednie wartości i wtedy aż tak nie trzeba będzie pilnować – mówił dalej.
Ile trwała ta rozmowa? Trzy minuty? Pięć? Ile padło w niej sensownych zdań? A przecież nawet dobrze się nie znaliśmy. Byłem po prostu jednym z wielu dziennikarzy, którzy raz na jakiś czas do trenera dzwonił. I który nigdy nie poczuł, że zawraca głowę.
Historia o tym, jak rozdawał piłkarzom książkę „Szczęście czy fart”, jest już całkiem znana. Ale dopiero gdy pozna się całą towarzyszącą temu otoczkę, zrozumie się, jaki był Jacek Magiera – jak działał i jak bardzo się angażował. Nawet nie tyle w pracę, ile w relacje z innymi ludźmi. Niedawno sam opowiedział o tym we vlogu na „Łączy nas piłka”.
– To książka, którą polecam absolutnie każdemu sportowcowi. Starszemu i młodszemu. Sam dostałem ją kiedyś odbitą na ksero od Roberta Podolińskiego. Czytałem ją w drodze na jakiś mecz i na koniec dostrzegłem, że nie ma w niej dwóch ostatnich kartek. Szukałem wszędzie i nigdzie nie mogłem jej znaleźć w całości. Później na urodziny dostałem oryginalne wydanie po hiszpańsku. Przetłumaczyłem więc dwa ostatnie rozdziały na polski i przepisałem na komputerze całą książkę. Wydrukowałem ją w trzydziestu egzemplarzach i zacząłem ją rozdawać piłkarzom. Kiedyś opowiedziałem o tym w wywiadzie dla Weszło. Ten wywiad dotarł do pani Anny Różańskiej z wydawnictwa Amber, które wydawało tę książkę w Polsce. Gdy pani Anna się do mnie odezwała, myślałem, że oskarży mnie o plagiat. Ale nie! Przekonała szefa, że muszą wznowić jej nakład. Wykupiłem 700 sztuk i znowu zacząłem rozdawać – opowiadał.
I to nie jest tak, że o zmarłych dobrze albo wcale, bo usłyszeć złe słowo o Jacku Magierze zawsze było bardzo trudno. Nie miał wrogów, a sam podkreślał, że każdemu może spojrzeć w oczy. Był uczciwy i szczery. Ale dopiero teraz dowiadujemy się, ilu osobom na co dzień poświęcał czas. Bezinteresownie, często z własnej inicjatywy. Z iloma osobami był w kontakcie. To uderzające, jak wiele osób westchnęło w piątek: „rozmawialiśmy raptem wczoraj, parę dni temu, tydzień temu, miesiąc…”. Jacek Magiera po prostu lubił ludzi. A ludzie lubili jego.
