...
Dom SportPrawda o zwolnieniu Urbana wyszła na jaw. „Podjąłem trudną decyzję”

Prawda o zwolnieniu Urbana wyszła na jaw. „Podjąłem trudną decyzję”

przez admin

– Podjąłem trudną decyzję o zwolnieniu Jana Urbana i znalazłem odpowiedniego następcę. Ale dużo mnie to kosztowało. Spadła wtedy na mnie olbrzymia krytyka i hejt – mówi Łukasz Milik, dyrektor sportowy Górnika Zabrze i zabiera za kulisy swojej pracy. Opowiada o najtrudniejszych transferach, negocjacjach z piłkarzami i wrażeniu, jakie zrobił na nim Michal Gasparik.

Dodaj nas do ulubionych źródeł w Google

To druga część rozmowy z Łukaszem Milikiem. Pierwszą – opowiadającą o niełatwej drodze Milika do bycia dyrektorem Górnika Zabrze oraz wychodzeniu z cienia brata – opublikowaliśmy w Sport.pl w czwartek, i można ją przeczytać TUTAJ. W tej części Milik skupia się na sprawach dotyczących klubu – mówi o kulisach zmiany trenera z Jana Urbana na Michala Gasparika, o najtrudniejszych transferach i dalszych planach. Mówi, ile kilometrów rocznie przemierza samochodem w związku z pracą i tłumaczy, dlaczego Górnik nie byłby dziś gotowy, by w jednym okienku wydać kilkanaście milionów euro. 

Dawid Szymczak: Mówił pan w pierwszej części naszej rozmowy, że czasami brakuje panu czasu. Na co najczęściej?

Łukasz Milik: – Dla siebie. Najpierw jest czas dla ludzi, dla klubu, dla wszystkich dookoła, a później dopiero dla siebie. Choćby na to, żeby o siebie zadbać. Badania porobić, na siłownię pójść. Jedno życie się ma. Ale czasami doba okazuje się za krótka.

W pierwszej części rozmowy nie chciał pan mówić o swoich atutach, to zapytam inaczej: co postrzega pan jako swój największy sukces?

– Zależy, jak pan rozumie słowo sukces.

Pańska definicja bardziej mnie interesuje.

– Na pewno ostatni czas jest dobry. Podjąłem trudną decyzję o zwolnieniu Jana Urbana i znalazłem odpowiedniego następcę. Ale dużo mnie to kosztowało. Spadła wtedy na mnie olbrzymia krytyka i hejt. Wiadomo, że trzeba mieć grubą skórę, ale dużo tego było. To we mnie obudziło taką chęć pokazania wszystkim, że się mylą i robimy krok we właściwą stronę. Sukcesem są też niektóre transfery z klubu i do klubu, bo Górnik jest w miejscu, w którym najpierw musi sprzedać, żeby móc kupić. Uważam, że w temacie transferów wycisnęliśmy prawie maksimum, ale też po drodze popełniłem – i jako grupa popełniliśmy – kilka błędów.

Zatrzymajmy się przy zmianie trenera. Postawił pan na Michala Gasparika i trafił w dziesiątkę. A przecież to nie był oczywisty kandydat.

– Dlatego rozmawialiśmy też z innymi. Mieliśmy długą listę kandydatów. Część nazwisk trzeba było skreślić już z racji ich oczekiwań finansowych. Później każdy trener miał inny pomysł.

Gasparik był na tej liście jedynką?

– Wierzyłem w niego, ale długo nie miałem żadnej jedynki. Nie było oczywistego faworyta. Rozpytywałem o niego i niektóre głosy mnie niepokoiły. Szła za nim opinia, że może nie stawiać na młodzież, grać zachowawczo i postawić na defensywę. Rozmawialiśmy na Słowacji przez cztery godziny, a ja zadawałem mu różne trudne pytania, by rozwiać swoje wątpliwości. Jak po tym spotkaniu wracałem do domu, miałem czas, żeby wszystko przemyśleć. Z drogi zadzwoniłem do Michała Siary [od niedawna prezes Górnika, wcześniej członek zarządu klubu – red.] i chociaż żadna decyzja nie była jeszcze podjęta, to on wspomina, że już wtedy wyczuwał w moim głosie, że mamy trenera. Później mieliśmy jeszcze jedno spotkanie z trenerem, na którym poza mną był właśnie Michał i Lukas Podolski. Po nim byliśmy już pewni, że stawiamy na Gasparika.

Czym was przekonał?

– Był świetnie przygotowany. To trochę jak z wizytą u lekarza. Idziesz i chcesz wiedzieć, co cię boli i jak temu zaradzić. Czasami słyszysz, że nie wiadomo co ci jest, że trzeba zrobić dokładniejsze badania i zaczynasz się kręcić w kółko. Michal to nie ten przypadek. Miał konkretne diagnozy, co nam doskwiera jako zespołowi i od razu miał gotowe pomysły na leczenie. Wiedział, co u nas nie działa, co chce zmienić i jak to zrobić.

Po tym sezonie kończy mu się kontrakt. Negocjujecie już?

– Spokojnie, mamy jeszcze trochę czasu. Teraz mamy napięty terminarz, ale do następnej przerwy reprezentacyjnej chciałbym mieć już ten temat zamknięty.

A propos reprezentacji – Maksym Chłań pierwszy raz pojechał na zgrupowanie Ukrainy, Yvan Ikia Dimi zadebiutował w kadrze Konga, a Kacper Urbański, Michal Sacek i Erik Prekop wrócili do swoich reprezentacji. Umiecie odbudowywać piłkarzy.

– Na pewno to cieszy i budzi dumę, a jednocześnie potwierdza, że wykonaliśmy dobrą robotę. Najpierw dobrze oceniliśmy potencjał tych piłkarzy, a później doprowadziliśmy ich do właściwej formy. Każdy dołożył jakąś cegiełkę.

Ile meczów ogląda pan tygodniowo?

– Dużo. Nie liczę dokładnie, ale czasami podróży jest tyle, że nie nadążam, gdzie właśnie jadę. Ile razy się zdarzało spać po nocach w samochodzie na stacji, bo szkoda było czasu na zjazd do hotelu? Każdy klub na początku rundy chcę zobaczyć osobiście. Śmieję się, że zaglądam sąsiadom do ogródka. Do tego dochodzą obserwacje zawodników, negocjacje i spotkania. Policzyłem, że rocznie robię samochodem około 80-100 tys. km.

Ile ma pan punktów karnych?

– Pomidor. Ale ciężko w takim przypadku o czyste konto.

Z kolei Wiktor Nowak był największym zwycięzcą tego zgrupowania reprezentacji Polski… Uśmiecha się pan.

– Bo domyślam się, do czego zmierza to pytanie. Nie, nie mogliśmy go zatrzymać jeszcze na jeden sezon. Już po naszym meczu z Wisłą Płock wiedziałem, że odejdzie do Slavii Praga. Negocjowałem jego transfer przez trzy miesiące. To był element szerszej układanki. Najtrudniejszy „deal” w mojej karierze, bo dotyczył Wiktora i jeszcze dwóch innych zawodników. Rozmawiałem z trzema agentami równocześnie. Jakieś trzynaście razy rzucałem telefonem. Sam nie wiem, jak w końcu udało nam się zgrać wszystkie strony. Połowę wakacji na to poświęciłem.

Trudno w przypadku dyrektora sportowego o odpoczynek w wakacje? Trzeba się przygotować do okienka.

– Marcin Zontek [trener przygotowania fizycznego Górnika Zabrze – red.] był świadkiem, jak wyglądają wakacje dyrektora sportowego, bo polecieliśmy na urlop razem z naszymi rodzinami. Zresztą, mówiłem, że córka jeździ ze mną na negocjacje? Lenka ściągała też ze mną Marcina do klubu.

Jak to?

– Byliśmy umówieni na negocjacje w restauracji w Krakowie. Marcin patrzy, a ja przyjeżdżam z córką. Wytłumaczyłem, że żona musiała jechać do pracy, ja nie miałem jej z kim zostawić. Powiedziałem, że to nie są dla niej pierwsze negocjacje. Zgadaliśmy się z Marcinem, że on też ma córkę, więc drugą część negocjacji mieliśmy już u niego w domu. Dziewczynki się bawiły, a my rozmawialiśmy. Złapaliśmy wtedy świetny kontakt. W tym roku byliśmy razem na wakacjach, a przy okazji mieliśmy do wynegocjowania nową umowę, bo dotychczasowa mu się kończyła. Ustaliliśmy, że siadamy do tego w ostatni dzień, żeby nie psuć wakacji. Udało się. Ale hitem było to, jak ja z tych wakacji wracałem. Od razu leciałem z Turcji do Pragi, a rodzina do Polski. Później z Pragi, po dwóch spotkaniach, leciałem do Splitu, gdzie miałem negocjacje w sprawie Bruno Durdova. I dopiero ze Splitu doleciałem do domu. Trzy loty jednego dnia.

Wracając do Nowaka – zapłaciliście za niego 18 tys. euro, a sprzedaliście 2,4 mln euro. Doskonały ruch. Ale nie patrzycie dzisiaj – po jego udanym wejściu do Slavii, po występach w Lidze Mistrzów, po świetnych meczach w reprezentacji – że przebitka mogłaby być jeszcze większa, gdyby przytrzymać go w Górniku dłużej?

– Nie gdybamy. Chcieliśmy go wtedy sprzedać i to zrobiliśmy.

Dostrzegał pan w nim aż taki potencjał?

– Jeśli mam być szczery, to szacunek należy się przede wszystkim Wiktorowi i jego otoczeniu. Trzeba im pogratulować podejścia. Pamiętam negocjacje przed jego przejściem do Górnika. Jeden z klubów miał już Wiktora na wyciągnięcie ręki. Ja stałem z boku, czekałem na rozwój wydarzeń i jednocześnie zapewniałem mu alternatywę. Tamten klub niespodziewanie zrezygnował, więc nagle znaleźliśmy się na pole position. To był jedyny transfer w historii naszego klubu, przy którym po uzgodnieniu warunków z zawodnikiem przekazaliśmy mu dodatkowe środki na rozwój – między innymi na dietetyka i trenera personalnego. Sama prośba Wiktora i jego agenta wiele mówiła o ich podejściu i nastawieniu na rozwój. Efekty były świetne. Pamiętam, że zanim Wiktor do nas trafił, mówiłem mu, że trochę się o niego obawiam, że może się po prostu złamać. Był bardzo szczupły i wiotki – wydawało się, że wiatr mógłby go porwać. Ale minęło pół roku, Wiktor pojechał z nami na obóz i wyglądał już zupełnie inaczej. Wykonał znakomitą pracę.

Pamiętam też spotkanie z jego rodziną, podczas którego przekonywałem ich do tego transferu. Była z nimi spora ekipa: rodzice, wujek i jeszcze kilka osób. Fajna rodzina.

A co do pytania, czy można było poczekać ze sprzedażą. Zawsze jest coś za coś. Byliśmy zadowoleni z takiej oferty. Gdybyśmy się na nią nie zgodzili, to pewnie w klubie nie byłoby dzisiaj Kacpra Urbańskiego.  Transfery rozwijają klub. Musimy zarabiać, żeby iść naprzód. Nie mam dobrego wujka, który rzuci nam na stół 10 mln euro i powie „bawcie się”. Zawsze najpierw musimy zarobić i później dopiero zastanawiamy się, jaką część tej zarobionej kwoty możemy wydać.

Sam przeszedł pan do Kacpra Urbańskiego. Jaki macie na niego pomysł? Powoli wychodzi z zakrętu.

– Dostałem cynk, że coś jest nie tak z Kacprem w Legii…

Chyba nawet cynk nie był potrzebny, żeby to dostrzec.

– Ale musisz mieć dobrego informatora, który ci powie, czy taki transfer jest w ogóle do zrobienia, czy finansowo jest to możliwe, jak się do tego zabrać, jaki można mieć na to pomysł. Gdyby to wszystko było oczywiste, to byłoby na Kacpra znacznie więcej chętnych. Najpierw spotkałem się z Kacprem, żeby go poznać. Wcześniej sporo o nim słyszałem, ale chciałem samemu wyrobić sobie zdanie. Wierzę, że nic nie zastąpi spotkania w cztery oczy. Żadne telefony ani wideorozmowy. Wszędzie, gdzie mogę, staram się jechać i spotkać osobiście. Nieważne, jak daleko trzeba jechać ani lecieć. Widziałem się z nim w dniu losowania. Podczas naszego spotkania okazało się, że zagramy z Fenerbahce.

I co? „Kacper, trudny rywal, tym bardziej cię potrzebuję”?

– Haha, to jeszcze nawet nie był ten etap. To było pierwsze spotkanie. Chcieliśmy się poznać. Ja opowiadałem o klubie, a Kacper o sobie.

Później dzwonił pan do Jerzego Brzęczka, żeby podpytać, czego jego zdaniem Kacper potrzebuje i jak można mu pomóc.

– Tak naprawdę dzwoniłem do Jerzego Brzęczka wcześniej, w trakcie wakacji, jak już wiedziałem, że Wiktor Nowak odejdzie i szukamy następnego zawodnika do środka pola. Szukałem punktu zaczepienia. Łatwo podpisać zawodnika i wrzucić go do szatni na zasadzie „niech sobie radzi”. Czasami brakuje czasu, żeby indywidualnie podejść do każdego zawodnika, ale chcemy w Górniku działać tak, żeby zawsze ten czas znaleźć. Indywidualne podejście jest kluczowe. Jeden piłkarz potrzebuje przytulenia i wsparcia, drugi ostrzejszej rozmowy. Dla jednego kij, dla drugiego marchewka. Każdego trzeba wyczuć. I do tego potrzebny jest czas – trzeba piłkarza poznać, żeby wiedzieć, czego potrzebuje. Trzeba być z nim w kontakcie. Psychologia jest bardzo ważna.

I Kacper jest tym, który potrzebuje przytulenia?

– Nawet nie tyle przytulenia, co zaufania i pozytywnych bodźców. Ale to nie znaczy, że miał u nas łatwo. Od początku mu mówiłem, że czeka go trudne zadanie, bo będzie rywalizował o miejsce w składzie z Lukasem Ambrosem. Zastrzegałem, że Lukas może od nas odejść, ale wtedy jeszcze nic nie było pewne. Kacper był gotowy podjąć to wyzwanie. I co ja więcej mogłem zrobić? Moja rola się kończy, gdy zaprowadzam zawodnika do szatni. Tam przejmują go trenerzy.

Gasparik miał na niego pomysł. Zmieniał mu pozycje, ale też wyznaczył go do wykonywania rzutów karnych.

– Trener zobaczył jego podejście do treningów i jego ambicję, więc naturalnie chciał mu pomóc wrócić do formy. Każdy z trenerów odegrał swoją rolę – trzeba było go wzmocnić fizycznie, wprowadzić do naszej taktyki i pozwolić mu grać tak, jak lubi. To świetny chłopak.

Chcę też na chwilę odejść od Górnika i szerzej porozmawiać o byciu dyrektorem sportowym. W Polsce i w Niemczech to jednak dwa różne zawody. Patrząc na tempo, w jakim was zwalniają w kolejnych klubach, może się zakręcić w głowie.

– W Niemczech rynek pod tym względem jest o wiele bardziej unormowany. Kluby mają swoją filozofię, swoje DNA, więc są o wiele stabilniejsze. Przywiązanie właścicieli do klubów jest zazwyczaj wieloletnie, więc naturalnie nie ma tam takiej potrzeby zmian na innych stanowiskach. My cały czas gonimy. Ścigamy się też wewnętrznie. Pojawia się u nas w lidze więcej pieniędzy, więc rywalizacja się zaostrza. Nawet dzisiaj mieliśmy kurs organizowany przez Doublepass dla dyrektorów sportowych. Dwóch kolegów z klubów Ekstraklasy zdążyło się na niego zapisać, ale nie dojechało, bo w międzyczasie straciło pracę.

W 2026 r. dwanaście klubów w Ekstraklasie zmieniło dyrektora sportowego. A przecież w założeniu ta pozycja powinna być stabilniejsza niż np. trenera. To dyrektorzy powinni wyznaczać kierunek rozwoju klubów. Jak mają to zrobić, jeśli co chwilę się ich wymienia?

– Z jednej strony na pewno jest to szalone. Ale z drugiej – czasami trzeba też wrzucić kamyczek do własnego ogródka. Jeśli źle pracują, nie dają z siebie stu procent, coś zaniedbują, to dlaczego mają dalej pracować? Jak każdy w piłce, tak i dyrektor na koniec musi się obronić pracą i wynikami.

Ma pan szczęście, że ma nad sobą Lukasa Podolskiego, który liznął innych standardów i wychowywał się w tym się w tym systemie niemieckim?

– Na pewno mam szczęście, że mogę się od niego wielu rzeczy nauczyć i mogę z nim dyskutować.

Był jakiś konkretny moment, w którym poczuł pan, że pracuje w klubie prywatnym, a nie miejskim?

– Zmiany zachodziły w miarę płynnie, a polityki było w klubie coraz mniej. Pojawili się Bartek Gabryś, Michał Siara i Daria Wollenberg. W każdym dziale zaczęli pracować fajni ludzie. Prywatyzacja się przeciągała, momentami była niepewna, ale cały czas trzymaliśmy za Lukasa kciuki. A konkretny moment? Myślę, że poprzednia władza nie pozwoliłaby mi zwolnić obecnego selekcjonera. A nowa władza po prostu zaufała mi w mojej robocie.

I nie słyszał pan: „Łukasz, zastanów się jeszcze”?

– Pewnie takie zdanie po drodze padło. Ale skoro ja wierzyłem, że to właściwa decyzja, to oni też w to uwierzyli.

A dlaczego obszedł się pan z Janem Urbanem tak ostro?

– Czy ostro…

Gdyby pan się wstrzymał kilka tygodni, to skończyłby mu się kontrakt i rozstanie byłoby spokojniejsze.

– Po co ciągnąć coś, co nie sprawia frajdy ani jednej, ani drugiej stronie? Po co się wzajemnie męczyć? Czasami w życiu dochodzisz do momentu, w którym uznajesz, że to już nie to. Sama decyzja była bardzo trudna i długo we mnie dojrzewała, ale mam takie jedno zdjęcie, które zrobiłem podczas meczu z Zagłębiem Lubin i które przekonało mnie do tej decyzji.

Pokaże pan to zdjęcie?

– Zostawiam je dla siebie. Było, minęło. Dużo obserwuję i widzę szczegóły, które niektórym umykają. Wyciągam wnioski. Na tym zdjęciu widać wyraźnie coś, co my widzieliśmy już wcześniej: że to się rozjeżdża. Wciąż mieliśmy z trenerem dobre relacje i nikt sobie do gardeł nie skakał, ale mieliśmy odmienne zdania. Dziennikarze też w tej sytuacji nie pomogli, bo nakręcili spiralę krytyki, jakby nie wiadomo co się stało. A doszło po prostu do zwolnienia trenera. Mogliśmy to na pewno zrobić lepiej. Biję się w pierś, że można to było załatwić bardziej z klasą. Ale to i tak nie zmieniłoby ostatecznego efektu, że trener zostałby zwolniony.

Wielu kibiców Górnika pisało po ostatnim zgrupowaniu reprezentacji Polski, że poznajemy wszyscy tę twarz trenera, którą w Zabrzu znacie już od dawna. Pan też widzi punkty wspólne w pracy Jana Urbana w klubie i w kadrze?

– Nie chcę tego komentować. Wiem tylko, że nie ma łatwej pracy. Nie jest łatwo być selekcjonerem reprezentacji Polski.

Krzysztof Maj mówił panu, że w tej pracy kluczowe jest oko i nos. Ale ile dzisiaj w pana pracy jest twardych liczb i analizy danych?

– Dużo. Trzeba to połączyć. W pracy bardzo pomaga mi mój asystent Kamil Tęcza, z którym dobrze się uzupełniamy. On częściej jest w biurze, a ja częściej w terenie, więc dzielimy się robotą. I dużo jest w klubie takich osób, których na co dzień nie widać, a robią dla niego bardzo dużo. Czasami oko i nos dają więcej niż wszelkie analizy. Kluczowe jest wyważanie proporcji. Ale to moje zdanie. Każdy klub działa według własnego pomysłu.

Czyli może zdarzyć się tak, że jakiś zawodnik nie zachwyca was liczbami i parametrami, ale pan na niego patrzy i po prostu uznaje, że mimo wszystko chce go sprowadzić? Wbrew danym.

– Są takie transfery. Ale im większa kwota, tym więcej rzeczy musi się zgadzać. Przypomina mi się sytuacja po sprzedaży Lawrence’a Ennaliego, jak prezes powiedział, że część pieniędzy mamy reinwestować w nowego skrzydłowego. Pokazałem sztabowi Taofeeka Ismaheela. Wzięliśmy go. Zapłaciliśmy 300-400 tys. euro. Pierwsze tak duże pieniądze. Ja się przy tym transferze dosłownie trząsłem. Pobiegłem na pierwszy trening, żeby się upewnić, czy sobie radzi, czy na pewno umie grać. Ktoś bardziej doświadczony mi wtedy powiedział, że jeszcze chwila, parę większych transferów i nie będzie mi robić różnicy, czy wydam milion czy dwa miliony.

No i to się dzieje. Trzy okienka wstecz – Górnik wydał na transfery około 830 tys. euro. Dwa okienka wstecz – 1,7 mln euro. Teraz – 3,3 mln euro.

– Bo też drożej naszych zawodników sprzedajemy.

I wciąż oczywiście wychodzicie na plus. Ale wydajecie coraz więcej i zastanawiam się, czy łatwiej wam teraz znaleźć zawodników, czy trudniej. Czasami przy bardzo ograniczonym budżecie wybór jest tak niewielki, że paradoksalnie to pewne rzeczy ułatwia.

– Jest coraz trudniej, bo musisz zapewnić klubowi rozwój. Musisz sprawić, że zespół będzie coraz lepszy. Wszyscy w klubie chcemy więcej, więc nikt w dziale skautingu, ze mną na czele, nie może usiąść i powiedzieć: „ale zrobiliśmy fajne transfery”. Nie, od razu myślimy o kolejnych. Czasami jest też tak, że nie trafimy z wyborem zawodnika i kolejnym ruchem trzeba naprawić błąd.

Stać was dzisiaj, żeby kupić piłkarza za 2 mln euro?

– To jest znacznie bardziej złożony temat. Przykładowo – gdyby ktoś dzisiaj dał Górnikowi 15 mln euro i kazał kupić za to kilku piłkarzy, to jako klub nie bylibyśmy do tego przygotowani. Obserwujemy piłkarzy z określonej półki. Na tej półce mamy rozeznanie. Śledzimy konkretne ligi i rynki. Nie można przestawić wajchy z dnia na dzień i zacząć kupować piłkarzy z innej półki, bo jej aż tak dobrze nie znamy. W takiej sytuacji łatwo o błędy. To musi iść stopniowo. Poza tym my nie mamy frajdy z wydawania dużych sum na piłkarzy. Jesteśmy nauczeni skromności. Wiemy, że może przyjść moment w naszym rozwoju, w którym będziemy musieli przebić tę barierę 2 mln euro, ale na razie jesteśmy na etapie, w którym szukamy nieoczywistych okazji i wyrabiamy sobie markę na interesujących nas rynkach.

Na przykład w Czechach. Zabrze stało się za waszą sprawą najbardziej wysuniętym na północ czeskim miastem.

– Na pewno już nie jesteśmy tam anonimowi.

Złapał pan już jakieś zwroty po czesku?

– Całkiem sporo. W ostatnim czasie częściej bywam w Pradze niż w Warszawie.

To czym dzisiaj przekonujecie do siebie piłkarzy? Czeskich i nie tylko.

– Sobą. Autentycznością. Nikogo nie udajemy i nie mydlimy oczu. Pokazujemy, jakim jesteśmy klubem, jaka historia stoi za Górnikiem, jak rozwijamy się w ostatnich latach i jaki mamy plan na przyszłość. Pokazujemy, gdzie dzisiaj są piłkarze, którzy do nas dołączali. Pokazujemy stadion, kibiców i atmosferę w klubie. Może niekoniecznie pokazujemy samo miasto (śmiech).

Słyszałem już, że w Zabrzu się pracuje, a żyje się w Katowicach. Asem w rękawie jest Lukas Podolski? Jak trzeba piłkarza olśnić, to chwyta za telefon?

– Lukas zawsze dzwoni do piłkarzy, których chcemy sprowadzić. Chce z nimi pogadać, pożartować, żeby ich poznać. Czasami oczywiście pomaga nam przekonać zawodników, ale często nawet nie jest to potrzebne, a on i tak do nich dzwoni.

Po zakończeniu kariery jest go w klubie więcej czy mniej?

– Kontakt na Whatsappie jest cały czas taki sam. Piszemy codziennie. Rozmawialiśmy, zanim tutaj wszedłem. U Lukasa jest zasada: nie ma spania. On sam jest cały czas pod telefonem.

Jaki ma być Górnik za pięć lat?

– Na pewno chciałbym, żeby był klubem stabilnym i dalej tryskał pozytywną energią. Chciałbym, żebyśmy robili coś nowego, wspinali się na szczyt i szukali swojego miejsca w Europie jako ciekawy projekt.

W poniedziałek 26 października zapraszamy na wywiad z liderem i wicekapitanem Górnika – Rafałem Janickim.

Zobacz inne