To amerykański sen po śląsku. Łukasz Milik w dwuczęściowym wywiadzie dla Sport.pl opowiada o drodze z budowy i pracy w gumiakach do gabinetu dyrektora sportowego Górnika Zabrze. – Jak patrzę na dwa medale zdobyte w tym roku za wicemistrzostwo i Puchar Polski, to nie wiem, czy istniał dla mnie piękniejszy scenariusz – przyznaje. Na pewno istniało kilka gorszych.
Dodaj nas do ulubionych źródeł w Google
Obraz dyrektora sportowego, który widzę, gdy Łukasz Milik wchodzi do restauracji, wydaje się wręcz przejaskrawiony. Ostatnie słowa do telefonu wypowiada, przekraczając próg. Pospiesznie się żegna, ale siadając przy stoliku, odpisuje jeszcze na wiadomości na WhatsAppie. Gdy czekamy na kawę, zerka na wyjściowe składy kilku reprezentacji, szukając w nich zawodników Górnika Zabrze. To końcówka reprezentacyjnej przerwy, „byle bez kontuzji”. Ale do samego Górnika – transferów, decyzji o zmianie trenera z Jana Urbana na Michala Gasparika, kulisów negocjacji i szczegółów pracy dyrektora sportowego – przejdziemy dopiero w drugiej części rozmowy. Najpierw chcę się dowiedzieć, jak w ogóle Łukasz Milik doszedł do tego etapu swojej kariery, gdy sprzedaje piłkarzy za miliony euro, część środków reinwestuje w coraz ciekawszych piłkarzy, a zbudowana przez niego kadra osiąga pierwsze od wielu lat sukcesy – Puchar Polski i wicemistrzostwo. Nie spodziewam się jeszcze, że droga do tego miejsca wiedzie przez pracę na budowie, „Kambodżę”, rozkładanie rur i drugi etat w jednym z tyskich barów.
Dawid Szymczak: Mamy w polskiej piłce dwóch Milików.
Łukasz Milik: – Zawsze było dwóch, przy czym jeden znacznie bardziej znany, a drugi schowany. Już w 2011 roku ukazał się o nas artykuł, który mówił, że brat załatwił mi pracę w Górniku Zabrze. Nie powiem, w której gazecie, ale do dzisiaj lubi pisać takie bzdury.
Bardzo niewygodna łatka na początek kariery.
– Od razu zostałem napiętnowany, ale jakoś trzeba było z tym żyć. Dla mnie rozpoczęcie pracy w klubie było spełnieniem marzeń, a nawet czymś więcej, bo gdyby zapytać mnie 20 lat temu, to nigdy nie powiedziałbym, że kiedykolwiek będę częścią Górnika. Nigdy w to nie wierzyłem. Wydawało mi się to niemożliwe. I nagle piszą, że postawiłem warunek, że Arek przejdzie do klubu, ale tylko ze mną w pakiecie. Tak nie było.
A jak?
– Trzeba wrócić do początku. W 2010 r., gdy Górnik zainteresował się Arkiem, to jako starszy brat poszedłem w jego sprawie na rozmowy z Tomaszem Wałdochem, który był wtedy dyrektorem sportowym. Ale nigdy nie powiedziałem, że też chcę pracę w Górniku! To Tomek po drugim albo trzecim spotkaniu, widząc moją pasję do piłki, rzucił, że ktoś taki przydałby mu się w klubie. I tu pierwsza lekcja: polska piłka jest przewrotna. Tomka zaraz w klubie nie było. Zrezygnował, więc negocjacje prowadził już ktoś inny. I od razu lekcja druga: Górnik to słowny klub. Tomek, odchodząc, przekazał, że wstępnie zaproponował mi pracę.
Zobacz wideo Taka jest prawda. Historia przyjaźni Chwalińskiej i Świątek
Został pan kierownikiem w drużynie Młodej Ekstraklasy.
– Tak, bo podobnymi rzeczami zajmowałem się wcześniej w Rozwoju Katowice, w poprzednim klubie Arka. Jeździłem na mecze i turnieje, żeby być blisko brata, a przy okazji pomagałem Sławkowi Mogilanowi, który był trenerem i moim przyjacielem. W Górniku pracuję już 15 lat. Miałem w tym czasie różne funkcje. Po drodze zajmowałem się marketingiem, później obsługiwałem sponsorów, aż znowu wróciłem do bycia kierownikiem w drugiej drużynie. Następnie przeniosłem się do akademii. Na początku odpowiadałem za projekt Piłkarskie Przedszkola, więc od rana do wieczora jeździłem, żeby go rozwijać. Dawałem z siebie wszystko w każdej kolejnej roli, ale i tak po drodze zdążyłem zostać zwolniony, bo nie było pieniędzy na mój etat. Zrobiła to osoba, która nawet mnie nie poznała, nie wiedziała, co robię ani jak robię. Uratował mnie dyrektor Krzysztof Maj, który był złotym człowiekiem, bardzo ważną postacią dla Górnika. Wstawił się za mną, powiedział, że nie chce, żebym odszedł i znalazł dla mnie sponsora.
Zacząłem od słów o dwóch Milikach, bo to pan równo 10 lat temu stwierdził w jednym z wywiadów, że pracuje w Górniku codziennie od rana do wieczora, by któregoś dnia ktoś powiedział, że w polskiej piłce są dwa Miliki, a nie jeden. To jest ten dzień.
– No to dziękuję, miło mi. W pewnym momencie byłem w chory sposób zazdrosny. Wpędziło mnie to w pracoholizm. Pracowałem tak dużo, byle coś osiągnąć. Musiałem po drodze w siebie uwierzyć. Sytuacja była dla mnie trudna: brat gra w wielkich klubach, robi karierę, a ja? Chciałem udowodnić, że też coś potrafię. I na szczęście jedną cechę mamy z Arkiem wspólną: determinację. Nikt nam nie dał niczego za darmo, a obaj gdzieś tam jednak doszliśmy.
Obracał się pan w środowisku piłkarskim, gdzie Arka wszyscy znali. Domyślam się, że gdzieś pan przyjeżdżał i od progu był „bratem Arka”. Trochę jak u dzieci słynnych aktorów – nazwisko ciąży.
– Czasami nawet się nie przyznawałem. Ktoś pytał: „To z tych Milików?”. „Nie, z tamtych”. Śmiałem się. Na pewno pomogło mi to, że cały czas pracuję w jednym miejscu, więc ludzie mnie znają i doceniają za moją pracę. Jestem w Górniku już tak długo, w tak wielu rolach, że już od dawna nikt nie patrzy na mnie przez pryzmat brata.
A na zewnątrz?
– To nigdy nie wychodziło ode mnie. Nie chwaliłem się tym, nie opowiadałem. Żeby było jednak jasne: jestem z Arka dumny, cieszę się niesamowicie. Dla mnie to całkowicie normalne, że jestem w jego cieniu. On jest piłkarzem, ja dyrektorem. Ale też w tym cieniu ciężko pracowałem, żeby spróbować też coś osiągnąć.
Ostatnio pojawił się w Sport.pl tekst, że teraz pan z tego cienia wychodzi.
– Nigdy do końca nie wyjdę, bo zawsze będę od niego trochę większy. Zawsze będę wystawał z lewej albo prawej strony (śmiech). A zupełnie serio – jak przeczytałem to zdanie, to nie powiem, że zakręciła mi się w oku łezka, ale na pewno zrobiło mi się szalenie miło. Podziękowałem autorowi.
I w ten sposób dostaliśmy unikalną historię, w której z jednego domu wyszli reprezentant Polski i dyrektor sportowy wicemistrza Polski.
– Czasami mieliśmy z Arkiem takie rozmowy, że nie ma szans, żeby nam obu się udało zaistnieć w piłce. Rzadko przecież widzimy dwóch piłkarzy z jednego domu. Udaje się jednemu. Najczęściej temu młodszemu. U nas zawsze było jasne, że Arek ma talent do gry w piłkę. Ja miałem coś innego – szczęście do spotykania dobrych ludzi, co było kluczowe, bo jestem samoukiem. Wychowała mnie ulica, a później uczyłem się w boju, każdego dnia. Obserwowałem innych i wyciągałem wnioski. To była długa droga.
Przyjechałem, żeby ją poznać. Zaczyna się standardowo – od podwórka i marzenia o byciu piłkarzem?
– Marzenia były, choć zawsze bardziej kopałem piłkę niż w nią grałem. To wystarczało, żeby występować w starszym roczniku i w pewnym momencie dostawać powołania do regionalnych kadr. Dzisiaj widzę, że zabrakło osoby, która by mną pokierowała. Byłem zbuntowanym nastolatkiem. Liczyło się osiedle, koledzy, blok. Na pewno nikt mi wtedy nie wróżył, że będę dzisiaj w tym miejscu. Raczej widzieli mnie po drugiej stronie muru.
Aż tak?
– Może mówię trochę na wyrost, bo choć bywałem w miejscach, w których nie powinienem, to nie robiłem tam niczego złego. Nie pochodzę z domu, w którym się przelewało. Były problemy, brakowało ojca. Widziałem go w życiu zaledwie kilka razy. To nie był zły człowiek, ale się pogubił. Alkohol zrobił swoje. Obaj z Arkiem szukaliśmy miejsca, do którego moglibyśmy przynależeć. Znaleźliśmy je w piłce. Myślę, że dom, w którym dorastaliśmy, na pewno miał wpływ na to, gdzie dzisiaj jesteśmy. Nikt nam nie mówił: „Uważaj, tego nie rób, tego nie wolno, nie ubrudź się…”. Po prostu próbowaliśmy, nie baliśmy się wyzwań. Nie było pieniędzy, brakowało wakacji i różnych przyjemności. Pierwszy raz w życiu poleciałem samolotem dopiero w 2013 roku, kiedy Arek podpisywał kontrakt z Bayerem Leverkusen. Byłem już wtedy dorosłym facetem. To wszystko szybko nauczyło mnie, że trzeba samemu na siebie zarobić. Dlatego kiedy w wieku 18 lat doznałem kontuzji, a mama nie wiedziała już, do jakiego lekarza się ze mną udać i krążyliśmy między kolejnymi specjalistami, odpuściłem sobie na jakiś czas piłkę i poszedłem do pracy na budowie. Przez chwilę próbowałem jeszcze łączyć pracę z graniem, ale dość szybko zrozumiałem, że szkoda na to czasu. Wiedziałem, że nie zostanę zawodowym piłkarzem, więc uznałem, że lepiej włożyć tę energię w pracę.
Co pan robił na budowie?
– Dostałem szpachelkę i skrobałem ściany w „Kambodży”. Tak z kolegą nazywaliśmy tamtejszą elektrociepłownię, gdzie wszystko było brudne od węgla. To było w 2006 albo 2007 roku. Pojawiły się wtedy pierwsze środki z Unii Europejskiej i przeprowadzaliśmy tam kapitalny remont. Miałem 19-20 lat i dużo siły, więc na budowie wykonywałem najcięższe prace. Mogłem wszystko zburzyć, podnieść i przenieść. Musiałem zacząć sam się utrzymywać, bo mama wychowywała nas sama i nie było jej łatwo. Śmieję się, że już wtedy poznałem zasadę, która obowiązuje również dzisiaj w Górniku: jeśli chcesz wydać, najpierw musisz zarobić.
Gdzie jeszcze pan zarabiał?
– Z budowlanki trafiłem do Katowic, na ul. Stawową, do brygady, która układała kanalizację wzdłuż ulicy. Stałem w gumiakach i kopałem rowy. Dzisiaj patrzę na to jako na jeden z etapów swojego życia. Żadna praca nie hańbi, a ja po prostu byłem wtedy w takim momencie, że los rzucił mnie właśnie tam. Pamiętam, że czasami, widząc ludzi przechodzących obok czy przejeżdżających samochodem, zastanawiałem się, co ja właściwie robię i czy to jest droga, którą chcę iść. Pewnego dnia zadzwonił telefon – mój kumpel powiedział, że ma dla mnie pracę jako przedstawiciel handlowy. Zdjąłem gumiaki, założyłem koszulę i poszedłem na rozmowę kwalifikacyjną.
Co pan sprzedawał?
– Artykuły do salonów fryzjerskich. Miałem łatwość rozmowy z klientkami. Niektóre umiejętności z czasów bycia handlowcem przydają mi się dzisiaj w pracy dyrektora sportowego. Tutaj też trzeba przecież ponegocjować albo dobrze zareklamować jakiegoś piłkarza. Pracowałem tam kilka miesięcy. Na rynku był akurat kryzys, więc jako najmłodszy pracownik pierwszy straciłem pracę. Firma ze mnie zrezygnowała, ale nie wróciłem już na budowę. Udało mi się zostać w handlu i zacząłem sprzedawać sprzęt sportowy. Jeździłem po turniejach w całej Polsce, szukając klientów, a w weekendy dorabiałem jako barman w dużym klubie w Tychach. I właśnie stamtąd trafiłem do Górnika.
Amerykański sen po śląsku. Od gumiaków do gabinetu dyrektora.
– Jak patrzę na dwa medale zdobyte w tym roku za wicemistrzostwo i Puchar Polski, to nie wiem, czy istniał dla mnie piękniejszy scenariusz. Po drodze było tyle różnych zakrętów, walki o wszystko i zwątpień, że na pewno jestem dumny z tego swojego pierwszego sukcesu.
Jak pan patrzy na te medale, to co widzi?
– Dowód na to, że z fajnymi ludźmi zrobiliśmy fajne rzeczy. Nigdy nie przypiszę sobie tych sukcesów. To praca całej grupy. To determinacja i pasja nas wszystkich dały nam te dwa medale. W klubie jak na kopalni – jest jakiś przodowy, hajer czy sztygar. Każdy jest ważny. Liczy się współpraca.
Kiedy pojawiła się u pana myśl, żeby zostać dyrektorem sportowym?
– To w ogóle nie było tak, że coś planowałem. PZPN uruchamiał pierwszy kurs dla dyrektorów sportowych i każdy klub miał wskazać osobę, która weźmie w nim udział. W Górniku akurat było wolne stanowisko dyrektora sportowego, więc prezes Arkadiusz Szymanek zaprosił mnie na rozmowę i zaproponował, żebym to ja się zapisał. Na początku się wahałem, ale w końcu pomyślałem: „Co mi szkodzi? Do odważnych świat należy”, prawda? No i kiedy kończyłem kurs, byłem już dyrektorem sportowym Górnika. Nawet gdybym wcześniej wszystko dokładnie planował, pewnie nie wymyśliłbym takiego scenariusza.
Przejrzałem listę uczestników z tego kursu. Dużo byłych piłkarzy i trenerów.
– I ja jako taki „no-name” pośród nich. Byłem wtedy dyrektorem akademii.
Szedł pan do tej roli bardzo okrężną drogą. Ani nie był pan piłkarzem, ani trenerem.
– Piłkarzem nie zostałem, bo miałem tylko waleczność i determinację, a niewiele talentu. Może gdybym miał wtedy wokół siebie takiego Sławka Mogilana, który pokierował Arkiem, to ze swoim charakterem miałbym jakieś szanse, żeby zaistnieć w ligowej piłce. Miałem ksywę: „Żniwiarz z Podlasia”.
Sporo mówi o stylu gry?
– Była zasada: piłka może przejść, przeciwnik nie.
Na jakiej pozycji pan grał?
– Różnie, ale najczęściej jako vorstopper.
Zwykle to była pozycja dla największego zabijaki w zespole.
– Chodziło o krycie i o rozbijanie ataków, ale z tej pozycji strzelałem sporo goli.
No dobrze, ale skoro szybko pan wiedział, że nie wystarczy panu talentu na grę w piłkę, a jednak wciąż pan tę piłkę kochał, to czemu nie poszedł pan w trenerkę? To częsta droga dla wszystkich, którym nie brakowało miłości do sportu, ale zdrowia.
– Miałem epizody. Mam skończony kurs UEFA B.
Wiem, słyszałem nawet, jaką odprawę pan urządził drużynie Arka przed finałem jakiegoś turnieju. Ale mówię o poważniejszym pójściu w tym kierunku.
– To był poważny turniej! Ogólnopolski! Do Sosnowca przyjechały takie zespoły, jak Legia Warszawa i Lech Poznań. Miałem wtedy 18 lat i zastępowałem Sławka Mogilana. Podszedłem do tego bardzo ambitnie i przed dwoma kluczowymi meczami – z Lechem i Koroną Kielce – pogadałem z chłopakami w szatni. Wygrali, więc chyba nie poszło mi najgorzej. Są z tego zdjęcia pamiątkowe – ja taki młody, uśmiechnięty, a obok Arek jeszcze taki chudziutki, prawie łysy.
Nie ciągnęło pana, żeby pójść za ciosem i spróbować na poważnie?
– Nie bardzo. Zawsze dobrze było mi w tym cieniu. Wolałem załatwiać w klubie wszystkie sprawy dookoła i pomagać w organizacji. Ale prawda jest też taka, że ja kompletnie w siebie nie wierzyłem. Nie planowałem swojej przyszłości. Nie myślałem o następnych krokach. Brałem życie jak leci. Myślałem, co będzie jutro. Na którą do roboty.
Spodziewał się pan dla siebie takiego zwykłego życia?
– Absolutnie zwykłego, normalnego życia. Niezwykłe życie miał mieć Arek. On był taką gwiazdą w domu. On rokował do dużych rzeczy.
Jak miał pan 14 lat to powiedział swoim kolegom, że Arek będzie kiedyś grał w reprezentacji Polski. Można się uśmiechnąć, że już wtedy miał pan zadatki na dyrektora sportowego. Znakomicie oszacował pan potencjał.
– To było proste! Przecież ja broniłem jego strzały! Miał siedem czy osiem lat, a jak uderzył z lewej, to mnie ręce piekły. Ta lewa noga była jego darem. Ludzie mogą w to nie uwierzyć, ale jak poszedłem na jego pierwszy trening w Rozwoju Katowice, to on wśród trzy lata starszych chłopaków był zdecydowanie najlepszy. I dzięki temu, że widziałem ten jego talent, te statuetki, które przywoził z turniejów, wszystkie dyplomy dla najlepszego strzelca i najlepszego zawodnika, to też łatwiej mi było stwierdzić, że ja mam do tej kariery piłkarskiej o wiele dalej. Ale cieszyłem się, że mu idzie. Widziałem jego radość i też byłem szczęśliwy.
To od kogo pan się uczył piłki?
– Najpierw od Sławka Mogilana, który sam był sporym talentem i dobrze rozumiał piłkę jako trener. Od Tomka Wałdocha, bo nasze rozmowy przed przyjściem do Górnika sporo mi dały. Później od Krzysztofa Maja, z którym dużo przebywałem w klubie, więc widziałem, jak działa i jakim jest człowiekiem. Zawsze mówił, że w tej robocie trzeba mieć dobre oko i nos. Przy okazji transferu Arka do Leverkusen poznałem też Sławomira Czarnieckiego i kontakt utrzymuje nam się do dzisiaj, mamy świetne relacje. No a w ostatnich latach dużo się nauczyłem od Lukasa Podolskiego.
No i poznając te wszystkie osoby, będąc w Górniku coraz dłużej, pracując jako dyrektor akademii, nie myślał pan, żeby pracować bliżej pierwszej drużyny?
– Nie. Byłem zadowolony ze swojej roli. Nie miałem parcia na więcej. Może i w głębi serca o tym marzyłem, ale nawet niespecjalnie się nad tym zastanawiałem. Widziałem, że zdobywam wiedzę i mam coraz więcej doświadczenia, ale to wciąż było bardzo odległe.
Z poprzedniego sezonu macie wicemistrzostwo i Puchar Polski, teraz jesteście liderem Ekstraklasy, trafił pan z wyborem trenera i ciągle wydłuża się lista piłkarzy, których sprzedał pan z dużym zyskiem. Szukam odpowiedzi na jednego pytanie. Jak?! Kiedy pan się tego nauczył?
– Chyba całe życie przygotowywało mnie do tej roli, ale później wszystkiego uczyłem się już w locie. Kursy kursami, staże stażami, ale kiedy nagle dostajesz szansę, musisz po prostu działać. Kiedy po raz pierwszy pełniłem obowiązki dyrektora sportowego, miałem zaledwie półtora tygodnia na przeprowadzenie transferów, a Górnik był w bardzo trudnej sytuacji – zarówno sportowej, jak i finansowej. Widziałem nasz mecz z Rakowem Częstochowa, w którym rywale wyraźnie nas zdominowali. Uznałem, że musimy sprowadzić nowego środkowego pomocnika, bo inaczej spadniemy do I ligi. Tylko co miałem zrobić? Nie miałem przecież żadnej listy nazwisk na poszczególne pozycje. Zacząłem więc dzwonić do agentów i rozmawiać. W ten sposób trafiłem na Damiana Rasaka. Porozmawiałem z nim, jego agentem i przedstawicielami Wisły Płock, a ostatecznie udało się sfinalizować transfer. Udało się, bo Damian pomógł nam się odbić i utrzymać w lidze. Z czasem moja sieć kontaktów i znajomości stawała się coraz większa. Niektóre relacje, które zbudowałem w piłce, trwają już od kilkunastu lat i wykraczają daleko poza sprawy zawodowe.
Oczywistym przetarciem przed pracą w roli dyrektora sportowego wydaje się praca jako dyrektor akademii Górnika. Wtedy nauczył się pan najwięcej?
– Na pewno w takim aspekcie oceny potencjału, bo często obserwowałem wtedy zawodników. Jeździłem na turnieje i na mecze, by samemu oglądać naszych chłopaków, ale też piłkarzy, których chcieliśmy sprowadzić. Nie chciałem siedzieć w biurze. Praca w akademii Górnika wymagała też bycia obrotnym, bo nie było pieniędzy, a trzeba było się rozwijać. Chcieliśmy mieć coraz lepszych trenerów i warunki, więc trzeba było na to zarobić, znaleźć sponsorów. Ale w piłce to jest piękne, że pieniądze nie są najważniejsze. Są oczywiście ważne, ale dobranie odpowiednich ludzi do projektu i przekonanie ich do wspólnego działania wydaje mi się jeszcze ważniejsze. To się udało w akademii i teraz w klubie.
Ktoś po drodze panu powiedział np. że ma pan dobre oko do piłkarzy?
– To się zdarzało, bo często bywałem na meczach i zapisywałem sobie nazwiska najciekawszych zawodników. Zawsze to robiłem. Nawet jeżdżąc z Arkiem na turnieje. Ale może tutaj nie ma sensu się czegoś doszukiwać? Czasami kluczowe jest to, by po prostu być we właściwym miejscu w odpowiednim czasie. No i później wykorzystać szansę. Ile biznesów tak powstało? Ile firm zaczynało jako nisza, a dzisiaj ma ogromne przychody? Nie da się pominąć w mojej karierze aspektu szczęścia. Po pierwsze, mam szczęście do ludzi. Po drugie, do okoliczności. Przecież mogłem w ogóle nie wrócić do Górnika, gdyby udało mu się znaleźć dyrektora sportowego. A tak był wakat przez pół roku i wróciłem.
Jak pan się dzisiaj pozycjonuje na rynku? Jako jeden z najlepszych dyrektorów?
– Nie zastanawiam się nad tym. Wiem, ile jeszcze mam do poprawy. Codziennie patrzę w lustro. Pracuję nad tym, by być lepszym dyrektorem, ale też lepszym człowiekiem. Chcę się rozwijać. Jak na dyrektora jestem młody, ale mam już jakiś bagaż doświadczeń.
Szeroki i wykraczający poza piłkę. O tym jest przecież cała ta rozmowa.
– Wciąż daleko mi do bycia nasyconym. Mówiłem, że kiedyś niczego nie planowałem. Dzisiaj już planuję. Pisząc pracę zaliczeniową na koniec kursu dyrektora sportowego, nawet bardzo konkretnie wszystko zaplanowałem i wyznaczyłem sobie różne cele.
[Milik sięga po telefon, szuka dłuższą chwilę właściwego zdjęcia – red.].
– Zaczyna się od celów na poprzedni sezon. I mam tak: „2025/2026 – wejść do TOP6 i półfinału Pucharu Polski”.
Czyli pan nie doszacował. Było drugie miejsce w lidze i zwycięstwo w finale na Narodowym. Ale ciekawsze są cele na ten sezon.
– W tej sprawie zdzwonimy się za parę miesięcy! Na razie nie chcemy jako klub niczego publicznie deklarować. Mamy cele, ale wyznaczyliśmy je sobie wewnętrznie. Natomiast ja w tej pracy rozpisałem swoje cele na cztery sezony.
Domyślam się, że z każdym kolejnym są coraz ambitniejsze.
– Tak. Mogę powiedzieć, że jeden cel z tego sezonu już spełniliśmy w poprzednim, bo weszliśmy do finału Pucharu Polski. Marzyłem, żeby Górnik zagrał na Stadionie Narodowym. Już po pierwszym meczu w Pucharze Polski w tamtym sezonie, czyli z rezerwami Legii, powiedziałem chłopakom, że w Warszawie zaczynamy i w Warszawie kończymy.
Mówił pan, że ciągle widzi swoje niedostatki i pole do rozwoju. A co jest pana największą zaletą?
– Nie chcę o tym mówić. W ogóle mam problem z ocenianiem siebie. Niech inni to robią. Nie lubię być na pierwszym planie. Czasami to jest oczywiście konieczne i tego wymaga ta praca, ale wolę pracować w cieniu. Żaden ze mnie showman. Nie lubię Instagrama, zdjęć ani kamer. Lubię pracować. Zawsze tak miałem. Jak na budowie trzeba było wziąć nadgodziny, żeby się wyrobić w terminach, to zostawałem i nie marudziłem. Dzisiaj też nie patrzę na zegarek, jak pracuję. Żona pilnuje, żebym nie przesadzał. Śmieję się, że z żadnym agentem ani dyrektorem nie mam tak trudnych negocjacji jak z nią. Brakuje czasu, ale staram się połączyć bycie dobrym mężem i ojcem z byciem dobrym dyrektorem. Czasami dosłownie.
Jak to?
– Pamiętam jak w Poznaniu negocjowaliśmy transfer Maksymiliana Pingota. Żona miała akurat jakiś służbowy wyjazd, więc ja byłem z córką. I nagle wpadły mi te negocjacje. Zabrałem córkę ze sobą. Siedzieliśmy z Tomkiem Rząsą przy stole, a ona sobie obok rysowała. Jest osłuchana z tym wszystkim. Myślę, że wymieni większość drużyn z Ekstraklasy. Kojarzy piłkarzy.
Ile ma lat?
– Pięć.
Nie mamy jeszcze w Polsce dyrektorki sportowej, prawda?
– Może się doczekamy! Negocjatorką jest znakomitą. Zawsze mnie urobi.
Drugą część rozmowy z Łukaszem Milikiem – poświęconą jego pracy w Górniku Zabrze – przeczytasz na Sport.pl w piątek, 23 października.
