Jeśli po remisie Lecha Poznań z Sunderlandem (1:1) polscy kibice uwierzyli, że nasze drużyny w Lidze Europy najgorsze mają już za sobą, szybko zostali sprowadzeni na ziemię. Jagiellonia Białystok przegrała u siebie z Anderlechtem 0:3, otrzymując kolejną dotkliwą lekcję futbolu na wyższym, europejskim poziomie.
Dodaj nas do ulubionych źródeł w Google
Z jednej strony kibice Jagiellonii mogą gdybać, co by było, gdyby w pierwszej połowie koszmarnie nie pomylił się Hampus Finndell. Albo co by było, gdyby drużyna Adriana Siemieńca wykorzystała dobry moment na początku drugiej połowy i gola na 1:1 strzelił Ousmane Sow. Ale to tylko jedna strona medalu.
Zobacz wideo NAGLE ZOSTAŁ KRÓLEM POLSKIEJ PIŁKI. NIESAMOWITY FENOMEN GRZEGORZA PIECHNY
Druga, bardziej prawdziwa, jest taka, że mecz z Anderlechtem był dla Jagiellonii bolesną lekcją futbolu na wyższym poziomie. Lekcją intensywności, indywidualnej jakości przeciwnika, skuteczności, a nawet agresji, która przecież miała być po jej stronie. Wynik 0:3 może nie jest do końca sprawiedliwy, ale fakty są takie, że drużyny dzieliło naprawdę wiele.
Siemieniec przed tym przestrzegał
– Słowo, które przed tym meczem ciśnie mi się na usta, to intensywność. Nie tylko w działaniach z piłką, ale i bez niej. Intensywność, jaką potrafi narzucić Anderlecht, jest imponująca. Pamiętam mecz z Cercle Brugge, więc wiem, jaki poziom prezentuje liga belgijska. A przed nami spotkanie z drużyną, która ma lepszych piłkarzy i jeszcze większe doświadczenie w Europie – mówił przed meczem Siemieniec.
– Powtórzę się, ale musimy być gotowi na intensywność Anderlechtu i intensywność, jaką w ogóle niesie za sobą gra w Lidze Europy. Musimy się jej uczyć i dostosowywać. Zawodnicy Anderlechtu są bardzo ruchliwi bez piłki, wymieniają się pozycjami, czym starają się wyciągnąć przeciwników z ich stref. To efekt pracy trenera, ale też konsekwencji w budowaniu drużyny poprzez sprowadzanie piłkarzy, którzy pasują do koncepcji – dodał trener Jagiellonii.
Siemieniec wiedział, co w czwartek czeka jego drużynę. Mimo że Anderlecht najlepsze lata w kraju i pucharach ma za sobą, wciąż jest to zespół na porządnym, europejskim poziomie. Zresztą drużyna Vitora Bruno pokazała to w dwóch pierwszych meczach Ligi Europy, mimo że nie zdobyła w nich punktu. Fakty są takie, że i przed tygodniem z Dinamem Zagrzeb (0:1), i w pierwszej kolejce przeciwko Lyonowi (1:2) Anderlecht zasłużył na więcej.
W czwartek piłkarze Bruno pierwszy raz byli faworytem. I w pierwszej połowie gołym okiem widać było przewagę gości, nie tylko w kulturze gry i indywidualnej jakości zawodników, ale też – a może przede wszystkim – w tak często wspominanej przez Siemieńca intensywności. Bo chociaż Jagiellonia straciła gola po koszmarnym, indywidualnym błędzie Hampusa Finndella, nie to w jej grze najbardziej biło po oczach.
To Anderlecht zdominował posiadanie piłki, to on prowadził grę w ataku pozycyjnym. I nie byłoby w tym nic bardzo złego, gdyby Jagiellonia potrafiła te akcje przerywać i wychodzić z szybkimi kontratakami. Tego jednak brakowało. A gdy Białostoczanie już do szybkiego ataku się zebrali, goście jeszcze szybciej wracali na własną połowę i organizowali się w defensywie. W agresji, pojedynkach, zbieraniu drugich piłek (co powinno być atutem gospodarzy) w ogóle nie odstawali.
Do przerwy mecz najlepiej obrazowały liczby. Co najciekawsze, nie ta najważniejsza – bramkowa – bo tę można było zrzucać na pomyłkę Finndella. Strzały? 9-2 dla Anderlechtu. Goście mieli też dwa razy więcej celnych podań (268-121), wejść w strefę ataku (39-16) i kontaktów z piłką w polu karnym (19-4). Jagiellonia przeważała przede wszystkim w tym, czego by nie chciała, czyli stratach (7-2) oraz interwencjach (17-1). Rywale polskich drużyn w Lidze Europy znów byli zbyt szybcy i intensywni.
Niewykorzystany moment
W rywalizacji z Anderlechtem nie pomogły Jagiellonii okoliczności. O ile do składu niespodziewanie wrócił Nik Prelec, o tyle tylko na ławce rezerwowych usiedli liderzy drużyny Siemieńca: Taras Romanczuk i Jesus Imaz. Odkąd obaj są w Jagiellonii, momentów, w których chociaż jednego nie było w podstawowym składzie, było raptem kilka. Za kadencji Siemieńca to dopiero drugi taki przypadek. Ostatni miał miejsce prawie trzy lata temu – 3 listopada 2023 r. – w ligowym meczu ze Stalą Mielec (4:0).
W czwartek Siemieniec nie chciał ryzykować zdrowia swoich gwiazd, z czego skorzystał m.in. Finndell. Mimo że ryzyko trenerowi Jagiellonii się nie opłaciło, w przerwie na boisku nie pojawił się ani Romanczuk, ani Imaz. Siemieniec raz jeszcze pokazał odwagę, bo Finndella, pomocnika, zmienił napastnik, Ousmane Sow.
I 20 minut po przerwie można było mieć nadzieję, że zmiana przyniesie zamierzony efekt. Jagiellonia w końcu przejęła inicjatywę i zaczęła tworzyć okazje. Podobnie jak przed tygodniem, co najmniej przyzwoicie grał Kamil Jóźwiak, ale najlepszą szansę miał Sow. Francuz, który był w sytuacji sam na sam z bramkarzem, zamiast kończyć akcję, postanowił jednak paść po minimalnym kontakcie z przeciwnikiem. Sow i Jagiellonia stracili dwa razy: nie było ani przewinienia i czerwonej kartki dla rywala, ani bramki.
W pierwszej połowie Jagiellonia nie poradziła sobie z jakością i intensywnością przeciwnika, w drugiej zaś zabrakło jej doświadczenia i wyrachowania. Bo kiedy wydawało się, że gospodarze strzelą gola na 1:1, niespodziewanie stracili bramkę na 0:2. Bolesny był nie tylko moment, w którym Anderlecht strzelił gola, ale też sama sytuacja.
Zanim Marten Winkler pokonał Abramowicza efektownym strzałem w dalszy róg, goście wygrali dwie przebitki. Piłkarze Anderlechtu dwukrotnie byli szybsi i bardziej zdecydowani od przeciwników, dzięki czemu wypracowali sobie okazję bramkową. A przecież to Jagiellonia miała nadrabiać dystans do rywala ambicją.
Trzy minuty po golu Winklera doszło do symbolicznej sytuacji w polu karnym Anderlechtu. Aleksandar Cirković miał okazję do oddania strzału, jednak najpierw źle przyjął piłkę, potem jeszcze gorzej ją poprawił, przez co ostatecznie został zablokowany. I przez większość meczu taka była różnica między Jagiellonią i Anderlechtem.
W 80. minucie gospodarze raz jeszcze zostali ukarani za bierność. Jayden Onia Seke spokojnie przebiegł z piłką kilkanaście metrów i wykorzystał mnóstwo przestrzeni, by oddać precyzyjny, skuteczny strzał. 0:3, kolejna bolesna lekcja futbolu na wyższym europejskim poziomie.