Marian Kmita, p.o. prezesa PKOl: Radosław Piesiewicz miesiącami nie płacił rachunków. PKOl ma ponad 4 mln złotych zobowiązań i długów.
Dodaj nas do ulubionych źródeł w Google
„Trwa okres wojny domowej. Rebelianci, atakując z ukrytej bazy, odnieśli swoje pierwsze zwycięstwo nad złowrogim imperium”. Słynny cytat z „Gwiezdnych Wojen” pasowałby idealnie, tyle że PKOl to nie galaktyczne imperium, tylko bananowa republika pod naszym nosem. Prezes komitetu siedzi w areszcie, a grupa reformatorów doprowadziła do posiedzenia zarządu, który do wyborów w kwietniu 2027 r. powierzył obowiązki prezesa Marianowi Kmicie.
Kmita, wcześniej m.in. jeden z wiceprezesów PKOl, zaczął od „papierów” i, jak mówi, już pierwsza warstwa ekshumacji odsłoniła szkielety: prawie 1,9 mln zł długu za samochody i ponad 2,2 mln zł zaległości wobec związków sportowych. Audyty mają pokazać, czy w przypadku istniejącego od 1919 r. komitetu to jeszcze reanimacja, czy już ekshumacja. I czy Kmita jest właściwym człowiekiem do tej roboty.
Co najmniej jedna osoba ma wątpliwości – były minister sportu, Sławomir Nitras.
Radosław Leniarski: Były minister sportu, Sławomir Nitras, powiedział w RMF FM, że PKOl-em będzie kierować teraz dwóch prezesów z zarzutami. W Gdańsku toczy się śledztwo w sprawie tzw. zbrodni VAT-owskiej przeciwko Radosławowi Piesiewiczowi. Skoro Polsat współpracował z Polskim Związkiem Koszykówki i ligą, pana też mają czekać zarzuty.
Marian Kmita, p.o. prezesa PKOl, dyrektor sportu w Polsacie: – To śmieszne. Kolejna paranoja Sławomira Nitrasa.
Od kilkunastu dni z woli zarządu pełni pan obowiązki prezesa. Ile może zrobić tymczasowy prezes?
– Na te kilka miesięcy postawiłem sobie cztery cele. Pierwszy to natychmiastowa poprawa relacji z Ministerstwem Sportu i Turystyki. Na szczęście jest tam dziś rozsądny człowiek, Jakub Rutnicki, który w niczym nie przypomina Sławomira Nitrasa. Minister przyjął mnie od razu i w pięć minut dogadaliśmy się w sprawie finansowania wyjazdu naszej reprezentacji na Młodzieżowe Igrzyska Olimpijskie w Dakarze. Rozmowa była naprawdę przyjazna, niekurtuazyjna.
Minister Nitras robił wszystko, żeby konflikt zaogniać, był wart Piesiewicza. Po żadnej stronie nie było grama dobrej woli, ta wojna chyba im smakowała, okładali się bejsbolami każdego dnia. Chętnie postawię grubą kreskę. Relacje z ministerstwem muszą być co najmniej poprawne, a najlepiej dobre.
Drugi cel?
– Nowy statut. Chcę go przebudować tak, żeby żaden „drugi Piesiewicz” nie mógł już jednoosobowo zawłaszczyć PKOl. Zarządzanie komitetem musi być naprawdę kolegialne. MKOl mocno naciska na zmniejszenie liczby członków zarządu i prezydium. Będę szukał kompromisu, pamiętając o naszej specyfice. Kluczem jest upełnomocnienie zarządu i prezydium do wspólnych decyzji oraz mechanizmy, które wykluczą autokratyczne rządy jednostki.
Jako tymczasowy prezes może pan zmienić statut?
– Sam oczywiście nie. Ale projekt jest gotowy. 1 października jadę do Wałcza na Sejmik Regionalnych Rad Olimpijskich, żeby ogłosić początek konsultacji. Roześlemy projekt do wszystkich 106 instytucji członkowskich i damy sobie trzy tygodnie, maksymalnie miesiąc. Ostatecznie wszystkie zmiany statutowe musi zatwierdzić walne zgromadzenie.
Potem pewnie sponsoring, bo z czegoś trzeba żyć.
– Liczę, że odbudowując wizerunek PKOl, przekonam do powrotu sponsorów, i państwowych, i prywatnych. Komitet nie może żyć wyłącznie na garnuszku spółek Skarbu Państwa. Średni udział kapitału prywatnego w finansowaniu sportu w Europie wynosi 60 proc., w Wielkiej Brytanii aż 90 proc., w Polsce zaledwie 26 proc. Nie jesteśmy Wielką Brytanią, ale musimy zbliżyć się przynajmniej do średniej europejskiej.
Czwarty, a właściwie najważniejszy cel to naprawa wizerunku i relacji z mediami. Funkcja dyrektora ds. komunikacji PKOl zniknie. Żegnamy się z panią Katarzyną Kochaniak-Roman za porozumieniem stron. Spotkałem się już z Maćkiem Słomczyńskim z Eurosportu, w piątek rozmawiam z Kubą Kwiatkowskim z TVP. Zaczynam od dużych stacji, potem internet, prasa i radio. Chcę przedstawić plany i zaprosić wszystkich do współpracy, bo po drodze na pewno wyjdzie jeszcze mnóstwo trudnych historii.
Ktoś jeszcze odchodzi, oprócz Katarzyny Kochaniak-Roman? Zaufani Piesiewicza: skarbnik Grzegorz Kotowicz z Polskiego Związku Kajakowego lub Marek Pałus, sekretarz generalny, który klepnął umowę z Zondacrypto?
– Wyniki audytu dadzą odpowiedź, czy są to ludzie godni zaufania. Zakończyliśmy pracę z prawnikiem, który był opłacany przez PKOl, bo obsługa prawna była, eufemistycznie mówiąc, niezadowalająca.
Mówi się, że w umowie z Zondacrypto PKOl oddał wizerunek olimpijczyków szemranej giełdzie kryptowalut. Nie obawia się pan zbiorowego pozwu olimpijczyków?
– Obawiam się, ale na szczęście nie słyszę, aby coś się w tej sprawie działo.
Mówił pan, że „pierwsza warstwa ekshumacji w PKOl odkryła szkielety”. Co pan znalazł?
– Zacząłem od dokumentów finansowych, bo chcę maksymalnie obciąć koszty utrzymania komitetu. Czeka mnie mnóstwo trudnych rozmów z wierzycielami. Rozmawiałem z panem Romanem Sabajem, którego firma dostarczała nam samochody. Z 50 aut zeszliśmy do 30. W pierwszej kolejności pozbywamy się pięciu Lexusów, najdroższych w utrzymaniu. Związkom sportowym, które z nich korzystały, proponuję, żeby przejęły umowy na siebie, jeśli chcą auta zatrzymać.
Ile to kosztowało?
– 140 tys. zł miesięcznie. Teraz jesteśmy na poziomie 55–60 tys.
Skąd więc w dokumentach prawie 2 mln zł długu z tytułu leasingu?
– To nie są ściśle umowy leasingowe, aktywnych leasingów PKOl ma tylko pięć. To po prostu dług wobec firmy pana Sabaja: prezes Piesiewicz od wielu miesięcy nie płacił za samochody. Zaległość wynosi 1 880 000 zł brutto. Notarialnie ustalono, że ma być spłacona jednorazowo do końca roku. Zaproponowałem trzy raty, jedną w tym roku i dwie w przyszłym. Czekam na odpowiedź.
To nasz największy wierzyciel zewnętrzny, ale drugim dużym obciążeniem są związki sportowe. Jesteśmy im winni łącznie ponad 2,2 mln zł brutto.
Z jakiego tytułu?
– PKOl pozyskiwał od sponsorów pieniądze dla federacji – ba, nawet je od nich przejmował – ale przelewał im mniej, niż zakładały umowy. Resztę zatrzymywano w komitecie. Na czele listy jest 900 tys. zł zaległości wobec Polskiego Związku Rugby. Ponad 200 tys. jesteśmy winni wioślarstwu, a kilku innym federacjom po 100 tysięcy albo kilkadziesiąt.
Jak to ponuro ująłem w naszej wcześniejszej rozmowie – jesteśmy dopiero na pierwszej warstwie ekshumacyjnej, a już pojawiły się szkielety. Weryfikuję każdą umowę, już rozmawiałem z właścicielem firmy Profbud o przyszłej współpracy i renegocjowaniu kuriozalnego aneksu podpisanego w lipcu, który wiązał nas aż do 2039 roku! Równolegle zlecamy niezależny audyt finansowy. Rozmawialiśmy już z jedną renomowaną firmą, dziś rozmawiamy z drugą. Tniemy koszty stałe, negocjujemy odroczenie spłat, rozmawiamy ze sponsorami. A PKOl musi normalnie działać, nie zamkniemy go na klucz.
Czy Polkomtel może wrócić? Pytam, bo to firma polsatowska, a wiadomo, że Polsat w świecie sportu to pan.
– Bardzo ich namawiam, ale władze Polkomtelu czekają na rozwój sytuacji i chcą dowodów. Żeby być wiarygodnymi, musimy poczekać na koniec audytu. Obie firmy zadeklarowały, że zamkną go w ciągu sześciu tygodni od podpisania umowy, a po czterech będziemy już dużo wiedzieć. Wtedy zwołam prezydium i zarząd, i przedstawię faktyczną sytuację finansową. Będziemy transparentni i dowiemy się, gdzie jest dno, od którego trzeba się odbić. Spodziewam się, że z szafy wypadnie jeszcze kilka trupów, więc dziura budżetowa może okazać się większa.
Podczas głosowania miał pan przeciwników. Gdy zacznie pan zabierać samochody, będzie ich więcej.
– Głosowało na mnie 43 członków 60-osobowego zarządu, w 16-osobowym prezydium czuję pełne zrozumienie. To mocny mandat, nie 21 do 20. Codziennie jestem w kontakcie z Adamem Konopką, Adamem Korolem, Leszkiem Blanikiem, Henrykiem Olszewskim i Mają Włoszczowską. Maja podsunęła nam zresztą jedną z firm audytorskich.
Mówił pan, że w obecnej sytuacji nie wypada brać pensji. Zamierza pan wpisać taki zakaz do statutu PKOl?
– Zgadzam się z Robertem Korzeniowskim, że nie ma co być hipokrytą. Po wyborach uregulujemy to w statucie, a decyzję zostawimy zarządowi. W MKOl bywało różnie: jedni prezydenci nie brali pieniędzy, Thomas Bach dostawał zwrot utraconych zysków za zamknięcie kancelarii, a Kirsty Coventry pobiera normalną pensję. Trzeba to uporządkować, żeby nie było dwuznaczności. Nie powinno o tym decydować samo prezydium – im szersze grono, tym lepiej. A dziś brać pensji po prostu nie wypada, bo w kasie jest duże manko.
W Polsacie wziął pan urlop bezpłatny, w PKOl nie bierze pan pieniędzy. Z czego pan będzie żył?
– Zakładam, że do końca roku poukładam sytuację. Zawieszę działalność, bo w Polsacie pracuję na kontrakcie B2B. Większość spraw zamknę do końca września, najtrudniejsze najpóźniej do 15 października. Trudno z dnia na dzień odejść z firmy, gdzie przez moje ręce przechodziło tyle decyzji zakupowych, produkcyjnych, redakcyjnych i emisyjnych. Obowiązki przejmuje Piotr Pykel i dobrze mu idzie. Potem zajmę się wyłącznie PKOl-em. Z głodu nie umrę; to nie jest morderczy dystans.
Piesiewicz wygrał wybory, bo obiecywał złote góry, a środowisko sportowe jest na takie obietnice podatne. Jak pan zamierza je przekonać?
– To mnie deprymuje, bo mam inny cel: audyt, nowe relacje z ministerstwem, nowy statut, stabilna koalicja sponsorów na długi dystans i odbudowa wizerunku. To wypełnia moje ambicje. Nie planuję spędzić w PKOl reszty życia. Chcę przywrócić normalność temu, co rozjechało się w ostatnich dwóch latach, zwłaszcza po igrzyskach w Paryżu, w kompetencjach, odpowiedzialności i decyzjach. Uważam to za swój obowiązek.
Wie pan, kto wystartuje w wyborach w kwietniu 2027 r.?
– Niech startuje, kto chce. Na razie jest Robert Korzeniowski, o starcie myśli Otylia Jędrzejczak, ale to ich sprawa. Moim zadaniem jest przywrócić tej instytucji prestiż, na który zasłużyła w ponad stuletniej historii.
Pojawią się zarzuty o stronniczość. Przez lata był pan człowiekiem Polsatu, a PKOl czekają negocjacje różnych praw medialnych.
– Stronniczość w jakim sensie? Odwołuję się raczej do osobistej relacji z nieodżałowanym Piotrem Nurowskim, niż do Polsatu. Proszę mi wierzyć, ani Polsat, ani Polkomtel nie są szczęśliwe, że się w to zaangażowałem. Dla nich to raczej kłopot. Ale to misja naprawcza, nie beneficjum ani wyścig po nagrody. Nazwałbym to nawet pokutą za to, że jako środowisko zdrzemnęliśmy się z Radosławem Piesiewiczem. 139 osób mu zaufało. Czuję się współodpowiedzialny. Chcę wyprowadzić ten samolot z korkociągu i wyrównać lot. Kto usiądzie za sterami od kwietnia, to sprawa otwarta. Konkurencja między Robertem a innymi kandydatami wyjdzie polskiemu sportowi na dobre.
Igrzyska w Polsce: będziecie się o nie starać razem z ministerstwem?
– Jestem entuzjastą tego pomysłu, w prezydium oraz zarządzie jest nas kilku. Rozmawiałem o tym wstępnie z ministrem Rutnickim, ale postawił sprawę jasno: najpierw posprzątajcie w PKOl, potem porozmawiamy o aplikacji. Rozumiem to. Nie jest normalne, że prezes komitetu olimpijskiego trafia do aresztu.
MKOl naciska, żebyśmy się określili i nie tracili czasu. Nie powinniśmy porzucać tego marzenia, tylko urealnić terminy. Zaproponowałem ministrowi, że PKOl włączy się w prace nad nową Strategią Rozwoju Polskiego Sportu. Środowisko olimpijskie to 106 instytucji i regionalne rady, setki doświadczonych ludzi. Musimy uczciwie odpowiedzieć sobie, czy chcemy igrzysk, po co, za ile i kiedy. To zadanie nie tylko dla Ministerstwa Sportu, ale także dla całego rządu i kolejnych gabinetów. To musi być świadoma sztafeta, w której wiadomo, gdzie jest meta i po co biegniemy.