...
Dom SportWielka awantura na koniec „Świętej Wojny”. To oni rządzą w Krakowie

Wielka awantura na koniec „Świętej Wojny”. To oni rządzą w Krakowie

przez admin

Na początku były emocjonalne przejażdżki rollercoasterem, potem „flipper” po krakowsku. Gdy wydawało się, że mecz ma idealne warunki do jeszcze efektowniejszego rozkręcenia się, stało się coś dokładnie odwrotnego. A na koniec jeszcze była awantura. Taka mieszanka złożyła się na powracające po latach krakowskie derby Wisły z Cracovią. Ci pierwsi wygrali 2:1, raz jeszcze broniąc swej niezdobytej twierdzy. Z kolei ci drudzy chyba mogą szukać walizki dla trenera. Dodaj nas do ulubionych źródeł w Google

Derby Krakowa (w wersji Wisła – Cracovia) powróciły! Myślę, że można tu użyć słowa „wreszcie”, bo tychże derbów po prostu w Ekstraklasie brakowało. Oczywiście, są elementy, za którymi nikt nie tęsknił, gdyż krakowska rywalizacja ma zdecydowanie za dużo niesławnych momentów. Momentów okadzonych dymem palonych barw i umazanych krwią. Jednak ta rywalizacja jest przede wszystkim wielkim piłkarskim świętem dla tych, którzy potrafią w normalny sposób się nim cieszyć. Tym od czego krakowscy fani mogą zaczynać swe opowieści, gdy chcą zaszczepić w swoich pociechach miłość do piłki.

Zobacz wideo Kryzys w Barcelonie? Maruszczak: To przesada, przestańmy tak mówić. Są dalej mocnym zespołem

Historia za Wisłą. Przy czym dość zakurzona

Przez ponad cztery lata księga z historią meczów Wisły z Cracovią pozostawała zamknięta. Jej ostatnim rozdziałem pozostawał bezbramkowy remis z 1 maja 2022 roku na stadionie „Pasów”. Dwa tygodnie po nim Wisła spadła do I ligi i wstrzymała prace nad kolejnymi odsłonami tej rywalizacji. Udało jej się jednak w końcu wrócić, a nowy, 85. już (w rywalizacji ligowej) rozdział stał się gotowy do napisania. Z korzyścią dla kogo? 

Patrząc na historię, lepiej wypadała Wisła. Ostatnie lata przed spadkiem były dla niej bardzo trudne, lecz z Cracovią grało jej się dobrze. „Pasy” wygrały tylko raz na ostatnich jedenaście derbów. Choć to oczywiście tylko ciekawostka. W tym wypadku tym bardziej, bo po czteroletnim „wygnaniu” Wisły w I lidze, dzisiejsze drużyny obu zespołów nie mają już niemalże nic wspólnego z tymi, które rywalizowały w majówkę 2022 roku. W Wiśle z kadry meczowej z tamtego spotkania nie ma już nikogo (kontuzjowany był obecny wciąż w klubie Alan Uryga), a w Cracovii pozostali jedynie Karol Knap i Otar Kakabadze. 

Piłkarski „flipper” miał dziś swoje barwy

Mógł się bardzo podobać początek tego spotkania, dużo zwrotów akcji, czekaliśmy na jeszcze więcej. Przy czym wpierw do pracy musiał wziąć się… wiatr. I to dwukrotnie, bo najpierw grę przerwały race kibiców Cracovii, a potem to samo uczynili fani Wisły. Te przerwy trochę ten mecz wykoleiły, gdyż po wznowieniu gry nie działo się za wiele. Natomiast sędzia Marciniak dorzucił aż 12 minut do pierwszej połowy i dzięki temu doczekaliśmy się kolejnych emocji.

Pozytywnych dla Wisły, która okazała się w tym spotkaniu mistrzynią „flippera”. Bowiem tak, jak w 9. minucie uderzenie Carbo w drodze do siatki zaliczyło dwa rykoszety, tak w 2. minucie doliczonego czasu gry piłka poodbijała się od dwóch obrońców Cracovii oraz Angela Rodado, zanim przedarła się w polu karnym do Marko Bozicia. Austriak okazji nie zmarnował i umieścił futbolówkę tuż przy słupku! Jeszcze przed przerwą Wisła mogła podwyższyć prowadzenie, po jednym z rzutów rożnych oddała cztery strzały w przeciągu jakichś 15 sekund, ale zawodnicy Cracovii za każdym razem skutecznie blokowali. Dzięki temu schodzili na przerwę, przegrywając, lecz tylko 1:2. 

Gdzie kończy się wyrachowanie, a zaczyna nieporadność? 

Niemniej goście musieli się w drugiej połowie skupić bardziej na tym, by grać, niż na samym przeszkadzaniu Wiśle w grze. Nic im na razie takie podejście nie dawało. Gdyby Hasić trafił do siatki bezpośrednio z karnego, a nie dobitką, mieliby na koncie tylko jeden celny strzał, a nie dwa. 

Przyznać trzeba, że się starali. Obraz gry uległ wyraźnej zmianie, bo to Cracovia (mająca do przerwy 34 proc. posiadania) była przy piłce częściej. Zamknęła nawet przez moment Wisłę niemal w jej polu karnym. Należało to jednak przekuć w groźne strzały, a tego wciąż brakowało. Piłkarski „flipper” sprzyjał najwyraźniej dziś tylko gospodarzom, bo dużo lepiej szło im blokowanie zagrań rywali, ale nawet gdy tego nie zrobili, strzały „Pasów” leciały albo blisko Łubika, albo prosto w niego. 

Wisła za to ryzykowała, ale nie odważną grą, tylko wręcz przeciwnie. „Biała Gwiazda” co prawda już od tygodni nie jest taka sama, jak na starcie sezonu, gdy rzucała się na rywali niezależnie od wyniku. Jednak nie oddać nawet jednego celnego strzału przez ponad pół godziny? Przy zaledwie jednobramkowym prowadzeniu? Granica między wyrachowaniem a niemocą bywa cienka i gospodarze wyglądali, jakby ją przekroczyli.

A na koniec była kłótnia. Klichowi odcięło myślenie

Dopiero po 80. minucie zobaczyliśmy w końcu lepsze oblicze Wisły, a Sebastian Madejski musiał się wysilić, by obronić strzały Ertlthalera i Rodado. Za to już w doliczonym czasie gry głowę kompletnie stracił Mateusz Klich. Dlaczego wielokrotny reprezentant Polski postanowił w niegroźnej sytuacji brzydko skopać rywala od tyłu? Bez szans sięgnięcia piłki (którą i tak nie był zainteresowany)? Naprawdę nie sposób stwierdzić, ale Szymon Marciniak wyrzucił go za to z boiska, a potem musiał jeszcze uspokoić szarpiących się piłkarzy obu drużyn. Cóż, widocznie w takim spotkaniu nie mogło się obejść bez choćby małej awantury. 

Klich boisko opuścił, ale Cracovia mimo to zdołała jeszcze zagrozić. Kto wie, jak skończyłby potężny strzał z woleja Kakabadze, gdyby nie trafił po drodze jednego z piłkarzy Wisły. Ale trafił. Ostatecznie gospodarze wygrali derby 2:1 i nadal są niepokonani u siebie w tym sezonie. Cracovia? Starali się w drugiej połowie, ale bezskutecznie. Brakowało jakości. Pierwszą niemal całkowicie przespali i nie wiem, czy cokolwiek może jeszcze ocalić trenera Grzelaka. Tym meczem zdecydowanie nie przekonał, że warto dawać mu kolejne szanse. 

Zobacz inne