Dziewięć lat temu zastanawiała się, czy tego nie rzucić. Przez lata zdobywała medale, jednocześnie pracując jako sprzedawczyni w sklepie i nauczycielka. A dziś żegna się jako pomnikowa postać polskiego sportu. Aleksandra Mirosław odchodzi jak Adam Małysz – na swoich warunkach, w formie, w której pewnie mogłaby pędzić po kolejne sukcesy.
Dodaj nas do ulubionych źródeł w Google
Ma dopiero 32 lata. Możliwe, że za dwa lata wywalczyłaby jeszcze jeden medal olimpijski. Ale ma już złoto z tej najważniejszej dla sportowców imprezy, ma też trzy złota mistrzostw świata i dwa mistrzostw Europy. Także aż 11 rekordów świata, tytuł polskiego Sportowca Roku i choć wciąż jest w mistrzowskiej formie, absolutnie ma prawo odejść po swojemu. Bez względu na nasz żal, czy nawet nasze niezrozumienie jej decyzji.
W 2011 roku zakończenie swojej wielkiej kariery ogłosił Adam Małysz. Zrobił to na mistrzostwach świata w Oslo, gdzie zdobył brązowy medal. Wkrótce, w ostatnim w życiu starcie był trzeci (w konkursie w Planicy) i na trzecim miejscu skończył cały sezon Pucharu Świata. Małysz miał wtedy 33 lata. Wszyscy mówili mu, że mógłby jeszcze „lecieć” po następne sukcesy. Nie brakowało nie tylko kibiców, ale i fachowców (był wśród nich Apoloniusz Tajner, wówczas – tak jak i teraz – prezes Polskiego Związku Narciarskiego, a wcześniej trener Małysza), twierdzących, że mógłby skakać nawet do 2014 roku i wtedy jeszcze raz byłby w stanie powalczyć o brakujące mu olimpijskie złoto (wywalczył trzy srebra i brąz).
Małysz zrobił to tak, jak jego idol. Mirosław też od zawsze tak chciała
Minęło 15 lat, a wciąż zdarza się, że Małysz musi tłumaczyć się, dlaczego jego kariera nie była dłuższa. Mówi, że już nie regenerował się tak, jak chciał i że kontuzję kolana po upadku w Zakopanem odebrał jako ostrzeżenie. Ale ponad wszystko podkreśla, że zawsze chciał odejść, będąc w gronie najlepszych, a nie w momencie, w którym światowy top już by mu odskoczył. Jako młody chłopak widział, jak żegna się jego idol – Jens Weissflog. Niemiecki skoczek w swoim ostatnim sezonie był czwarty w klasyfikacji generalnej i szósty w ostatnim starcie. A tamten konkurs wygrał 18-letni wówczas Małysz. To było jego pierwsze zwycięstwo w karierze. Na zawsze zapamiętał tamten moment.
Mirosław decyzję o odejściu ogłosiła w dniu swoich 32. urodzin. Zrobiła to po sezonie, w którym kolejny raz została mistrzynią świata.
W tamtym, bardzo emocjonalnym, nagraniu sama wytłumaczyła dlaczego.
„Ta idea pojawiła się we mnie wiele lat temu i bardzo długo dojrzewała. Już od dawna wiedziałam, w jaki sposób chcę odejść ze świata sportu w dotychczasowej roli. Na topie. Na moich warunkach. Po prostu po swojemu”.
„Ostatni taniec” Aleksandry Mirosław był piękny. Co prawda w tym sezonie Polka już nie była dominatorką, po latach panowania straciła rekord świata. W lipcu na Pucharze Świata w Krakowie najszybciej w dziejach 15-metrową ścianę wspinaczkową pokonała Emma Hunt. Jej czas – 5,99 s – jest o 0,04 s lepszy od rekordu życiowego Polki.
Mirosław w Krakowie popełniła falstart w finale i została zdyskwalifikowana. Bardzo chciała wygrać przed swoją publicznością ostatni start w karierze, ale nie dała rady. Małysz w swoim ostatnim starcie u siebie, w Zakopanem, upadł w pierwszej serii i finał oglądaliśmy bez niego, on był wtedy na badaniach w szpitalu.
Wracając do Mirosław – w sobotę we francuskim Laval zajęła trzecie miejsce w swoim ostatnim starcie, w mistrzostwach Europy. Znów skojarzenie z Małyszem – on też był trzeci w ostatnich zawodach w karierze.
– Dziękuję. Mistrzostwa Europy zamknęły ostatni rozdział w najlepszy możliwy sposób. I nie chodzi o kolor medalu. To był przywilej. 17 lat startów, wzloty i upadki, zero żalu. Chciałam skończyć dobrym i wygranym biegiem, udało się. Na własnych zasadach – podsumowała nasza mistrzyni w swoich serwisach społecznościowych.
Mirosław wspinała się aż 17 lat. Na prawdziwy szczyt weszła pod koniec
Większość z tych 17 lat Mirosław wspinała się w cieniu wielkiego sportu. Wspinaczki długo nie było na igrzyskach olimpijskich. Gdy włączono ją do programu igrzysk w Tokio w 2021 roku, konkurencja składała się z trójboju. I choć w zaczynającym go wyścigu na czas Polka pobiła rekord świata, w dwóch następnych konkurencjach nie była w stanie obronić miejsca na podium i zajęła czwarte miejsce.
Ale już tamte igrzyska potwierdziły, że mamy nie kandydatkę, a wręcz pewniaczkę do wielkich osiągnięć. Już wtedy było wiadomo, że na igrzyskach w Paryżu w 2024 roku ściganie się po 15-metrowej ścianie będzie oddzielną konkurencją olimpijską. I czuliśmy, że nasza Spiderwoman jest i jeszcze długo będzie bezkonkurencyjna.
Od 2011 do 2025 roku Mirosław aż 11 razy pobiła rekord świata. Na igrzyskach w Tokio raz, na igrzyskach w Paryżu – dwa razy. Szkoda, że ma „tylko” jeden złoty medal olimpijski. Ale cenimy go niezwykle, bo to było jedyne polskie złoto na całych paryskich igrzyskach.
Dziś w polskim sporcie ogromnie brakuje nam postaci, na których można polegać, jak polegaliśmy na Oli Mirosław. Gdy pomyślimy o igrzyskach Los Angeles 2028, kogo wymienimy jako pewniaków nawet nie tyle do złota, ile do medalu dla Polski? Owszem, medalowych nadziei będziemy mieli sporo, ale dziś pewniaków nie widzimy. A Mirosław kimś takim była. Przed paryskimi igrzyskami bukmacherzy wskazywali, że w całej naszej reprezentacji to ona ma największe szanse na złoto. Większe nawet niż Iga Świątek, która była wtedy dominatorką światowego tenisa i grała olimpijski turniej na ulubionych kortach Rolanda Garrosa (wywalczyła brązowy medal).
Znów – Mirosław przez lata trzymała taki poziom, jak wcześniej Małysz. Oczywiście trzeba tu zachować proporcje. I sama Ola to robiła. – Przeżyłam swoją małą małyszomanię – śmiała się po igrzyskach w Tokio, opowiadając nam, jak bardzo stała się popularna, zwłaszcza w swoim Lublinie.
Wtedy jeździła autem z własnym podpisem, nie brakowało jej sponsorów i pieniędzy od państwa. Wtedy przyszedł wreszcie czas zapłaty za lata jej pracy.
Jeszcze rok przed tokijskimi igrzyskami opowiadała nam, jak uprawianie nieolimpijskiego sportu musi łączyć z pracą zarobkową. Najpierw była sprzedawczynią w sklepie, później została nauczycielką WF-u w szkole. Musiała wytrzymać trudne lata, bo chociaż była mistrzynią świata, z Ministerstwa Sportu dostawała tylko dwa i pół tys. zł comiesięcznego stypendium, a sponsorzy finansowaniem nawet mistrzyni, ale nieolimpijskiego sportu, się nie interesowali.
W 2017 roku miała załamanie, bo biednie było też wynikowo. Biednie jak na jej wielkie ambicje. I znów mamy skojarzenie z Małyszem – on też jako bardzo młody sportowiec pokazał wielkie możliwości, a później przeżywał trudny czas i chciał rzucać skoki, żeby zarobić na utrzymanie rodziny, pracując w wyuczonym zawodzie dekarza.
– Żałuję, że już się nie łapię do takich programów jak Team 100. Pomoc wsparcie dostają zawodnicy do 23. roku życia – mówiła nam Mirosław w 2020 roku. A jej sytuację dobrze pokazywały słowa o końcu pomocy z Fundacji Moniki Pyrek. – Kwestie finansowe można sprawdzić na stronie fundacji [chodziło o tysiąc złotych miesięcznie przez 10 miesięcy – red.], natomiast przede wszystkim zyskuję wsparcie od pracowników fundacji i samej Moniki. Niestety, w maju dobiega końca moja umowa stypendialna z fundacją, a na kolejną edycję już się nie załapię, ponieważ stypendium przyznawane jest do 25. roku życia – tłumaczyła.