Nieprawdopodobne! Polki w wielkim stylu zakończyły fazę grupową mistrzostw Europy! Nasza kadra uciszyła trybuny w Stambule i ograła gospodynie turnieju z Turcji 3:2 (15:25, 25:21, 25:22, 16:25, 15:10). Dzięki temu zajęła pierwsze miejsce w grupie i zwróciła na siebie oczy całego siatkarskiego świata przed play-offami. Dodaj nas do ulubionych źródeł w Google
Aż trudno w to uwierzyć! Po niezłych meczach i wygranych z Niemkami i Słowenkami pisaliśmy, że Polki są w stanie przeciwko Turczynkom zagrać tak, żeby piątkowy mecz po prostu nie był „laniem”. Wydawało się, że o więcej nie będzie łatwo, bo Turczynki to jedna z najlepszych drużyn kobiecej siatkówki ostatnich lat, zwyciężczynie tegorocznej Ligi Narodów, gospodynie mistrzostw Europy i obrończynie tytułu sprzed trzech lat. Nie jest przesadą nazywanie ich obecnie najlepszym zespołem na świecie. A tego, czego Polki dokonały w piątek to już chyba nikt się nie spodziewał.
Zobacz wideo Piekło w reprezentacji Polski. Medalistki przerwały milczenie. „Linczowali mnie przez godzinę”
Po słabym początku spotkania Polki pokazały najlepszą wersję tego zespołu i prowadziły z Turczynkami 2:1. Choć rywalki doprowadziły do tie-breaka, to po nerwach w decydujących momentach lepsze okazały się nasze zawodniczki i to one zajęły pierwsze miejsce w grupie A tegorocznych mistrzostw Europy. Zagrały wspaniale i z takim stylem gry mogą powalczyć na tym turnieju, już w fazie play-off, naprawdę o wiele.
Zaczęło się od tureckiej dominacji. To była różnica klas
Stefano Lavarini dokonał tylko jednej zmiany w składzie po poprzednich spotkaniach tych ME – na przyjęciu do gry wyszła Martyna Czyrniańska w miejsce Julity Piaseckiej. Poza tym obyło się bez niespodzianek: duet przyjmujących dopełniła Monika Lampkowska, na środku grały Maja Koput i Magdalena Jurczyk, w ataku Magdalena Stysiak, na rozegraniu Katarzyna Wenerska, a jako libero Justyna Łysiak.
Polki zaczęły ten mecz od punktowego bloku Mai Koput, ale to był jeden z niewielu momentów, gdy błysnęły na boisku czymś pozytywnym w pierwszym secie. Turczynki wykorzystywały błędy naszych zawodniczek i szybko odjeżdżały im, tworząc sporą punktową przewagę. Stefano Lavarini próbował reagować – choćby na niemoc w ataku, wprowadzając podwójną zmianę i wstawiając na prawe skrzydło Julię Szczurowską. To pomagało jednak tylko doraźnie, w kilku akcjach.
Dominacja gospodyń turnieju była ogromna. Zrobiło się 4:10, a potem 7:15. Polski zespół nie potrafił zakończyć akcji nie tylko, gdy miał problemy po świetnych zagrywkach rywalek, ale nawet w chwili, gdy opanowywał przyjęcie po swojej stronie. Trudno było im wywierać presję na Turczynkach. A u Polek brakowało zarówno skuteczności i tworzenia zagrożenia zagrywką, jak i dokładania większej liczby bloków. W tym elemencie też królowały przeciwniczki.
Tylko raz Polkom udało się zdobyć trzy punkty z rzędu – przy wyniku 10:15. Co z tego skoro po chwili było już 11:19, a set skończył się z jeszcze większą, aż 10-punktową różnicą na korzyść drużyny z Turcji. Wygrana 25:15 pokazywała różnicę klas i eksponowała braki polskiej kadry. Poza kilkoma niezłymi skończonymi piłkami Julii Szczurowskiej i Martyny Czyrniańskiej szukało się takich bardzo trudno.
Trener Turczynek mógł tylko bezradnie rozłożyć ręce. To Polki grały jak nakręcone
Dlatego trener Lavarini na drugą partię wprowadził zmiany w wyjściowym zestawieniu – zostawił na boisku Julię Szczurowską, na środku zagrała Anna Obiała, a na rozegranie wróciła Katarzyna Wenerska. I to wniosło nieco świeżości do gry Polek. Zaczęły grę po zmianie stron od prowadzenia – najpierw 2:0 i 4:2, ale potem nawet 9:5. To zmusiło do reakcji trenera rywalek Daniele Santarelliego, który poprosił o przerwę.
A polski zespół dalej napierał. Świetnie ze środka atakowała Obiała, a swoje w bloku dokładała nawet Wenerska – choć wydawała się tym mocno zaskoczona. Pojawiały się piłki, którymi Turczynki wyrywały kolejne punkty, ale nie potrafiły zamknąć Polkom ust. Zaczęły się im także zdarzać błędy, a nasze siatkarki jakby je ograniczyły. Polskiej drużyny nie zatrzymywały nawet gwizdy tureckich kibiców, którzy wypełnili halę w Stambule niemal do ostatniego miejsca.
Lavarini wprowadził jeszcze jedną zmianę, która miała przynieść trochę spokoju – na przyjęciu pojawiła się nominalna libero Klaudia Łyduch, która dzięki transferowi medycznemu zastąpiła w polskim składzie na ME Aleksandrę Szczygłowską. Przez kilka pierwszych wymian Polki grały dość elektrycznie i straciły niemal całą swoją przewagę (16:15). Nie dały jednak Turczynkom wyjść na prowadzenie. Do tego na boisko weszła jeszcze Paulina Damaske i niemal od razu dała od siebie asa serwisowego (20:16). A Daniele Santarelli mógł tylko rozłożyć bezradnie ręce. Jego zawodniczki były tak zaskoczone grą polskiej drużyny, że raz nie potrafiły nawet przebić piłki na drugą stronę.
Włoch nakręcał je, ale to Polki grały jak nakręcone. Szkoleniowiec klaskał, starał się pobudzić Turczynki, ale po kilku wymianach znów wściekał się, gdy piłka wpadła im w wolną przestrzeń boiska w głupi sposób. Po ataku Julii Szczurowskiej Polki zyskały aż trzy piłki setowe i wykorzystały już pierwszą z nich. W trakcie wymiany Justyna Łysiak odbiła piłkę na stronę Turczynek w taki sposób, że nie były jej już w stanie utrzymać w grze. W taki sposób polska libero doprowadziła do remisu w całym meczu. Polski zespół naprawdę wygrał seta przeciwko obecnie najlepszej drużynie na świecie. Już to 25:21 mogło cieszyć, a sytuacja i wynik spotkania pozostawały otwarte.
Polki miały dwie bohaterki. Chwilami były nie do zatrzymania
Dwa pierwsze sety w tym meczu były dla Polek jak dzień i noc. Najpierw grały ospale, długo zyskiwały swój rytm i nie potrafiły przeciwstawić się Turczynkom, a potem zaskoczyły je o wiele lepszą grą i już nie dały im wrócić do wyrównanej walki. Gdzieś do połowy seta Turczynki wydawały się nie przejmować tym, co robią nasze zawodniczki, starały się myśleć pozytywnie. To, że nie było im dane nawet powalczyć o wygraną w końcówce tej partii, wywołało u nich spore zdziwienie, wręcz szok. I bardzo emocjonalną reakcję w przerwie, która miała im pomóc znów wejść do gry.
Równa walka trwała mniej więcej do stanu 6:6. Potem z Turczynkami znów zaczęło się dziać coś dziwnego. Wpadały im piłki, które normalnie nie powinny znaleźć swojego miejsca w boisku. Trener Santarelli znów wpadał w szał, a Stefano Lavarini po niektórych punktach swoich siatkarek tylko się uśmiechał. Najczęściej pod nosem, ale z czasem coraz szerzej. I z każdą minutą mógł mocniej zaciskać pięść w gestach radości.
Momentami Turczynki były w stanie dojść Polki na punkt, coś zacinało się po stronie naszego zespołu. Ale tylko na chwilę. Hala w Stambule, która zawsze pomagała „Sułtankom Siatki” niezwykle głośnym dopingiem, wręcz harmidrem, ucichła. Najgłośniej było, gdy kibice wciąż gwizdali przy polskich zagrywkach, ale kompletnie niczego nie byli w stanie tym zdziałać. Od stanu 17:15 Polki grały koncertowo. Silne ataki Julii Szczurowskiej, która chwilami była nie do zatrzymania przez Turczynki. Potem niemal artystyczne kiwki, czasem plasy i lekkie, ale precyzyjne umieszczanie piłek po stronie rywalek przez Paulinę Damaske. A raz dołożyła do tego nawet piękny blok, który wysłał do kwadratu Elif Sahin i Melissę Vargas po stronie Turczynek.
To były nasze dwie bohaterki – Szczurowska i Damaske grały niesamowicie. Ale błyszczał w zasadzie cały nasz zespół: środkowe, do tego blok, podwójna zmiana i lewe skrzydło. A to wszystko dobrze reżyserowane przez Katarzynę Wenerską i Alicję Grabkę. Nie trzeba było w tym pięknym filmie żadnego plot twistu i zmiany dramaturgii. I ich nie było. Znów pojawiły się trzy setbole, a Julia Szczurowska – tym razem przy drugim – trafiła z prawego ataku i dała polskiemu zespołowi wygraną 25:22 i prowadzenie w meczu 2:1. To nie była jawa, choć Polki grały jak ze snu.
Kadra Lavariniego stanęła, a Turczynki odzyskały liderki
Jednak początek czwartego seta wyglądał, jakby ktoś nas uszczypnął i z tego snu wybudził. A zespół Lavariniego znów był na boisku nieco zaspany, jak w pierwszym secie. To rywalki wykorzystywały bezlitośnie, zaczynając od prowadzenia aż 5:0. Złapały taki rytm i grały na takiej złości, że tłamsiły polskie zawodniczki.
Przy stanie 3:8 Lavarini aż złapał się za głowę, widząc, jak bardzo pogubiona jest jego drużyna. Po kolejnym punkcie dla Turczynek zdecydował się na konkretny ruch – podwójną zmianę i wejście na parkiet Magdaleny Stysiak i Alicji Grabki. Ta niestety nie odmieniła losów seta. Coraz szybciej przekonywaliśmy się o tym, że tu walka nie trwała już tylko o to co w tej partii. Kluczowe było nie dać się tureckiemu zespołowi rozpędzić tak, żeby mógł odwrócić losy całego spotkania.
Oczywiście, trzeba było też być czujnym i szukać słabszych momentów przeciwniczek. Lavarini dalej próbował zmian – już w wyjściowym składzie na tę partię dał szansę Julicie Piaseckiej, która utrzymywała Polkom przyjęcie i mocno je poprawiła. Nie tu jednak leżał problem. Dlatego pojawiła się wspomniana podwójna zmiana, a także Sonia Stefanik na środku. Brakowało jednak skuteczności na zagrywce i czegoś, co pozwoliłoby nadrobić punkty stracone na początku seta. Po stronie rywalek odbudowały się za to Hande Baladin i Melissa Vargas. I błyszczały tak, jak mogliśmy przypuszczać, że będą błyszczeć, przed spotkaniem.
Przy stanie 16:23 środkowa Zehra Gunes zaskoczyła Polki i zdobyła asa serwisowego, dając Turczynkom aż osiem piłek setowych na wagę remisu w całym spotkaniu. Niestety, chwilę później nasze przeciwniczki wykorzystały już pierwszą z nich, po autowym ataku Soni Stefanik ze środka. Trzeba przyznać, że od wygrania trzeciego seta Polki jakby stanęły na boisku. Teraz liczyło się to, czy szybko się pozbierają.
Niepotrzebne nerwy, a potem brak wielkiej radości po najpiękniejszej sensacji
Początek tie-breaka był jak z marzeń. Najpierw prowadzenie 2:0, potem punktowy blok Pauliny Damaske na Melissie Vargas i wynik 4:1. Na twarz Stefano Lavariniego wrócił uśmiech. A włoski szkoleniowiec znów namieszał przed decydującą partią – na boisko wysłał Julię Szczurowską, Katarzynę Wenerską, Sonię Stefanik, Annę Obiałę, Julitę Piasecką, Paulinę Damaske i Justynę Łysiak. Kto by to wymyślił przed meczem – tie-break z Turcją, w takim zestawieniu i to jeszcze rozpoczęty znakomicie, z przytupem? Szok.
A to nie był koniec. Bo teraz to Turcja stała i nie rozumiała, co się dzieje, a Polska grała wspaniale. Damaske trafiała kolejnymi atakami, Stefanik dwa razy z rzędu punktową zagrywką, potem Damaske obijała turecki blok – to naprawdę się działo! Było 9:2 w tie-breaku.
I zaczęły się niepotrzebne nerwy. Od stanu 12:5 Polki traciły punkty całą serią, znów coś się zacięło. Potrzeba było jakiejś reakcji, wybicia z rytmu Turczynek, które nagle, z niczego odzyskiwały kontrolę nad grą. Na szczęście w pewnym momencie udało się wygrać akcję przy siatce, z piłką spadającą w stronę Turczynek (13:9). W takich momentach trzeba było szukać spokoju, choć nie było to łatwe – cała hala w Stambule stała i wspierała jeszcze swoje zawodniczki. Ale po chwili ci wszyscy kibice zamilkli. Polki wykorzystały jedyną piłkę meczową po autowym ataku przeciwniczek, wygrały 15:10 w tie-breaku i 3:2 w całym meczu.