...
Dom SportPolskie zawodniczki przerywają milczenie i oskarżają system

Polskie zawodniczki przerywają milczenie i oskarżają system

przez admin

Publiczne poniżanie, odcinanie od informacji i ignorowanie osiągnięć – polskie zawodniczki opowiadają o reprezentacji kraju, która doprowadziła je do stanów lękowych, emigracji i ucieczki ze sportu.

Dodaj nas do ulubionych źródeł w Google

– Nie jestem w najlepszym stanie psychicznym. Od dwóch miesięcy choruję z żalu nad tym, co zostało mi odebrane. Nie wiem, czy dobrze przeżyję publikację. Ale milczeć też jest mi bardzo trudno – mówi na wstępie jedna z zawodniczek, które opowiedziały o wydarzeniach w kajakarskiej reprezentacji Polski.

W polskim sporcie obowiązuje prosta hierarchia: na górze związek (w tym wypadku – Polski Związek Kajakowy), niżej trener, a na samym dole zawodnik. Paradoks, bo bez zawodnika nie ma sportu. To on trenuje po dwa razy dziennie, często płaci za obozy z własnej kieszeni, dokłada do pasji pracą na etacie, żeby móc dalej wiosłować, biegać, pływać. A mimo to w tym układzie ma najmniej do powiedzenia – i najwięcej do stracenia.

Trener decyduje o wszystkim: kto pojedzie na mistrzostwa, kto dostanie lepsze miejsce przy motorówce podczas treningu, kto usłyszy o sprawdzianie wcześniej, a kto dowie się o nim w ostatniej chwili. Trener kontroluje dostęp do startów, od których zależą punkty, stypendia i finansowanie klubu. Dla zawodnika sprzeciw wobec trenera nie jest więc kwestią charakteru – jest ryzykiem utraty kariery.

– Ogromna liczba decyzji dotyczących przyszłości człowieka w rękach jednej osoby tworzy ryzyko nadużycia – uważa Andrzej Staszczuk, jeden z najbardziej renomowanych psychologów w sporcie, współpracujący z zawodnikami i zawodniczkami reprezentacji. Nasza rozmowa dotyczy zasad współpracy między psychologiem, sportowcem, trenerem i federacją. – Jako psycholog mogę bardzo jasno wskazać zachowania, które uważam za poważne czerwone flagi. To między innymi systematyczne poniżanie, wyśmiewanie, zastraszanie, izolowanie zawodnika, personalne ataki, grożenie konsekwencjami w celu podporządkowania zawodnika czy wykorzystywanie zależności związanej z jego karierą. Nie należy mylić tego z wysokimi wymaganiami. Można wymagać bardzo dużo i jednocześnie traktować człowieka z szacunkiem.

Zobacz wideo Piekło w reprezentacji Polski. Medalistki przerwały milczenie. „Linczowali mnie przez godzinę”

Trzy kanadyjkarki, z którymi rozmawiałem, opisują ten sam mechanizm: publiczne poniżanie, izolowanie, faworyzowanie jednej zawodniczki kosztem reszty grupy, blokowanie informacji, ignorowanie osiągnięć.

Każda z nich mówi o tym z osobna, w innym momencie kariery, a mimo to ich relacje się pokrywają niemal co do szczegółu. To nie jest opowieść o pojedynczym konflikcie charakterów między nimi a trenerem reprezentacji Mariuszem Szałkowskim. To opowieść o systemie, w którym milczenie jest ceną za możliwość trenowania – i w którym ci, którzy tworzą sport swoim wysiłkiem, zdrowiem i latami życia, mają najmniej narzędzi, żeby się przed nim bronić.

Katarzyna Szperkiewicz: „Zawsze byłam dla nich problemem”

25 lat, olimpijka, akademicka mistrzyni świata, medalistka Pucharu Świata, dwukrotna wicemistrzyni świata młodzieżowców, wielokrotna mistrzyni Polski

Polskie zawodniczki przerywają milczenie i oskarżają system

– Mam w sobie dużo strachu, bo ten trener zawsze znajduje odwrotną wersję zdarzeń. Przerzucanie się argumentami – tego się boję, bo kłamie.

– Ja jestem problemem. Zawsze dla nich byłam.

– Nie jestem w najlepszym stanie psychicznym. Od dwóch miesięcy choruję z żalu nad tym, co zostało mi odebrane. Nie wiem, czy dobrze przeżyję publikację. Ale milczeć też jest mi bardzo trudno.

Wkrótce po powrocie z igrzysk w Paryżu zadzwonił telefon Katarzyny. Dzwonił Mariusz Szałkowski, żeby poinformować, że został ponownie trenerem kadry.

Katarzynie przed oczami stanął koszmar tego czasu, kiedy po raz pierwszy nim był. Przypomniała sobie najgorszy dzień w swoim sportowym życiu: zebranie reprezentacji w Bydgoszczy, cztery miesiące przed igrzyskami w Tokio, gdy trener Szałkowski wyrzucił ją z kadry za niesubordynację. Znaczy: brak posłuchu i krnąbrność.

– Miałam wtedy 19 lat, czyli jako nastolatka próbowałam się bronić, stojąc naprzeciw doświadczonego mężczyzny, wykorzystującego swój autorytet. Płakałam. To normalne. Płakałam i słuchałam. Kazali mi się tłumaczyć, ale za co? Nikt się za mną nie ujął.

– Linczowali mnie przez godzinę. Opluwali mojego ojca, który nie mógł się bronić. [ojciec zawodniczki wcześniej pokłócił się z trenerem na temat metod stosowanych wobec jego córki i sytuacji w kadrze – red.]

Słuchałem nagrania z tego spotkania [jest w dyspozycji redakcji – red.], bo Katarzynę tknęło i pierwszy raz nagrywała. „Za mocno podskakujesz”. „Jeszcze za mało umiesz, żeby podskakiwać”. „Tylko bez pyskówek!”. „Po co te spazmy?”. „Bez krzyków tutaj”. Z drugiej strony: „Ja nic takiego nie mówiłam”, „Nikomu nic takiego nie zarzuciłam” – słowa w obronie ojca, wypowiedziane drżącym z emocji głosem.

– Nawet asystent trenera i fizjoterapeuta dołożyli swoje, bo chyba czuli, że i oni nie mogą podskoczyć trenerowi. To mnie najbardziej zabolało. Wyszłam w histerii, we łzach.

– Przemogłam się jednak i tego dnia po igrzyskach w Paryżu odebrałam telefon od Szałkowskiego. Trener mówił, że teraz będzie inaczej. Że tworzy nową grupę. Nie będzie faworyzowania jednej osoby, wychowanki trenera [nazwisko znakomitej zawodniczki pomijamy z szacunku do jej prywatności; nie o nią tu chodzi – red.], jak to było wcześniej. Odmówiłam, po kilku dniach zmagania się z myślami, czy jestem gotowa na ponowne wejście do piekła.

Tu małe wyjaśnienie: obecność w tzw. szkoleniu centralnym oznacza możliwość przyjazdu na obozy i trenowania ze szkoleniowcem PZK. Łatwiej jest, jeśli zawodnik ma stypendium, bo ma z czego żyć. Ale stypendium można uzyskać tylko na zawodach międzynarodowych. One są kluczem do sukcesu. Blokując do nich dostęp, trener reprezentacji może zadusić nawet najbardziej utalentowanego zawodnika – jeśli go nie lubi albo uważa, że może on zagrozić pozycji jego zawodnika klubowego, dzięki któremu otrzymuje premie.

– Do powrotu namówił mnie trener klubowy Zawiszy Bydgoszcz. Z początku faktycznie było inaczej, czyli trochę lepiej. Szałkowski mnie po prostu ignorował, albo przy całej grupie pytał dramatycznie, czy jestem w stanie wykonać trening. Niby zainteresowanie, ale tak naprawdę podważanie umiejętności, dość prowokacyjne. Widać to było jak na dłoni.

– Teraz najbardziej żałuję, że gdy na obozie trener zrobił podobny seans wobec Patrycji Mendelskiej, jak ze mną w Bydgoszczy, nie odezwałam się w jej obronie. Czuję, jakbym się dała sponiewierać przez niego i zastraszyć. Tak to trzeba określić. Czułam ulgę, że to nie o mnie chodzi. Byłam cicho, tak jak wszyscy byli cicho wtedy, gdy mnie mieszał z błotem.

– Z czasem było coraz gorzej. Całkowite ignorowanie, szkodzenie. Przychodzisz na trening, a tu faworytka trenera, a zarazem moja rywalka w kadrze, już jest na wodzie, motorówka z nią. Nie wiesz, co się stało, przecież jesteś o czasie. Potem nikt nie mówi, jaki i kiedy jest trening następnego dnia, nie omawia błędów technicznych. Informacja o kluczowym sprawdzianie spada na ciebie jak grom z jasnego nieba, podczas gdy faworytka wie o nim z dużym wyprzedzeniem. Nie możesz płynąć bliżej motorówki i liczyć na uwagi techniczne, bo tam jest miejsce tylko dla faworytki. Na zawodach międzynarodowych samochód trenera, przecież szkoleniowca związkowego, a więc rozliczany przez PZK – tylko do użytku faworytki. Leje deszcz i czekasz po zawodach z wiosłami przez godzinę na shuttle bus – to czekaj, samochód jest wyłącznie dla faworytki.

– Dla kogoś z zewnątrz to nie są duże sprawy, ale dla zawodniczki, która chce wygrywać i czuje, że jej trener z pełną premedytacją rzuca kłody pod nogi, to być albo nie być w sporcie. Kajaki są wystarczająco ciężkim sportem, nie trzeba dodatkowych przeszkód.

– Kiedy zdobyłam na jedynce medal w Pucharze Świata w Szeged, w olimpijskiej konkurencji – rzecz szalenie rzadka – trenera na dekoracji nie było. Później powiedział, że spóźniłam się na pakowanie łódki. Czy ucieszył się chociaż na Facebooku? Nie wiem. Już dawno mnie zablokował.

Nie miała pieniędzy, nie miała przyszłości. Czuła, że musi sobie udowodnić, że wiosłowanie nie jest jej jedynym talentem. Zdała egzaminy w Państwowej Straży Pożarnej z wyróżnieniem i pracowała na etacie. Przez ostatnie dwa miesiące przed mistrzostwami Polski jednocześnie trenowała dwa razy dziennie dzięki wsparciu klubu Zawisza i chodziła do biura w Bydgoszczy, na ośmiogodzinną służbę. Zawzięła się, żeby wystartować, dostać się do kadry i powalczyć o prawo startu w mistrzostwach świata w Poznaniu.

Stał się cud. W czerwcu zdobyła złoty medal mistrzostw Polski w Bydgoszczy w dwójce i dwa srebra: w jedynce na 200 m – to konkurencja olimpijska – i na 500 m. To oznacza, że jest niezaprzeczalnie drugą najlepszą zawodniczką w Polsce, w idealnym wieku do osiągania sukcesów – 25 lat.

I zaraz potem, w dniu, w którym kończyły się mistrzostwa Polski, a ona miała na szyi trzy medale, dostała wiadomość od trenera Szałkowskiego, że wyklucza ją z kadry na trwające właśnie mistrzostwa świata w Poznaniu. – Podobno za mało wygrałam z innymi – powiedziała.

– Znów zakochałam się w tym sporcie i znów go znienawidziłam. Zawsze chciałam trenować i być sprawiedliwie traktowana. Nie płaszczę się. Wiem, nie wpisuję się w ramy. Miałam przez to problemy, problemy miał mój klub. Płaciliśmy za moją postawę wobec jednego niekompetentnego mężczyzny, który – tak się nieszczęśliwie złożyło – przez lata stoi na mojej drodze. Moja postawa brała się stąd, że wierzyłam, że to, co pokazuję na wodzie, będzie realną odpłatą za możliwość trenowania. A teraz nie ma startów, treningów, zaufania, niczego. Jestem odstawiona na bok w momencie, gdy mogłabym przenosić góry.

Patrycja Mendelska: „Gdybym tylko miała pieniądze na prawników”

25 lat, akademicka mistrzyni świata, medalistka młodzieżowych i juniorskich mistrzostw świata, medalistka Pucharu Świata, wielokrotna medalistka mistrzostw Polski 

Polskie zawodniczki przerywają milczenie i oskarżają system

Dzwonię do Patrycji przed jej wyjściem do pracy w rodzinnym barze w Berlinie. Skończyła geologię na UAM, ma tytuł inżyniera. – Przeprowadziłam się do Niemiec. Jak złapię język, zacznę pracować w zawodzie – mówi.

– Podziwiam Katarzynę, bo doświadczała szykanowania przez lata i u niej zaczęło się to w młodszym wieku, niż u mnie. Nie poddawała się, walczyła z wykluczeniem. Ja odpuściłam, nie wytrzymując nawet pełnego sezonu. Ale powiem panu: gdybym miała pieniądze na prawników, dawno bym coś z tym zrobiła. I jeszcze jedno: wróciłabym do sportu. Wciąż trenuję z moim chłopakiem, też kanadyjkarzem. Ale jestem byłą zawodniczką. Nic nieznaczącą. Jestem zła, że nie mogę już być sportowcem, jakim byłam i chciałam wciąż być.

– Najgorsze doświadczenie w życiu sportowym przyszło na zagranicznym obozie. Pojechałam na niego ze słabymi wynikami badań krwi. Zbieg okoliczności i brak dobrej informacji spowodowały, że nie miałam diagnozy [później się okazało, że są to okresowe wahania poziomu czerwonych krwinek – red.]. Mimo to robiłam treningi takie, jak inne dziewczyny, choć nie dawałam rady. Źle się czułam, spałam koszmarnie długo, miałam poczucie, że jestem ostatnia. Byłam załamana, powiedziałam trenerowi, że po powrocie do Polski muszę się doprowadzić do porządku, zanim wyjadę na kolejne zgrupowanie. Wtedy zaczął mnie ignorować. A potem przeprowadził godzinny seans, w którym przy całej grupie pastwił się nade mną, mówił o mnie w najgorszych słowach. Czy to nie był mobbing w czystej postaci? Chyba wyczuł to, bo gdy już po godzinie skończył seans nienawiści, wziął mnie pod rękę i powiedział, żebym nie brała tego do siebie, że „odprawa” była przeznaczona dla młodych dziewczyn, żeby pamiętały, jak się zachowywać.

– Okropne było, że gdy zmarła najbliższa mi osoba, moja opiekunka, która przez wiele lat mnie wychowywała, trener uznał, że wyjazd na ostatni dzień jej życia, na jej pogrzeb i moja żałoba są jakimś teatrem. Odłożył słuchawkę, gdy opowiadałam mu o swoim stanie psychicznym po jej śmierci. Byłam rozbita, roztrzęsiona. I kilka dni później przeczytałam w gazecie jego wypowiedź, że jedna zawodniczka powiedziała, że sport nie jest jej priorytetem. To o mnie! Jego zachowanie wzmacniało we mnie chęć jak najszybszej ucieczki.

– Marzyłam, żeby wystartować na igrzyskach olimpijskich. Powiedzieliśmy sobie z moim chłopakiem, że będziemy się ciągnąć nawzajem, że razem damy radę, wystartujemy. Nie dałam rady. On, jako reprezentant Niemiec, na pewno da – tu, w Niemczech, trenerzy pomagają.

– Była na naszym obozie psycholożka. Wyjechała przedwcześnie, powiedziała, że z powodów rodzinnych. Skontaktowałam się z nią i opowiedziałam, co się działo: o ignorowaniu, o seansie nienawiści, o blokowaniu informacji o treningach. Stwierdziła, że to wszystko oznacza jedno: mobbing w miejscu pracy.

– To jest układ zamknięty. Mówisz o problemie dyrektorowi sportowemu – jak do ściany. Od niby oficjalnego łącznika między nami a związkiem, usłyszałam: „Marudzicie, kiedyś było gorzej”.

Julia Walczak: „Świat jest zbyt piękny, żeby walczyć ze starymi dziadami”

26 lat, wicemistrzyni świata, brązowa medalistka mistrzostw Europy, medalistka Pucharu Świata, wielokrotna medalistka mistrzostw Polski

Polskie zawodniczki przerywają milczenie i oskarżają system

Odebrała ode mnie telefon, gdy zaparkowała swój kamper przy plaży w Estonii. Godzinę wcześniej zjechała z promu. W przybrzeżnym lesie sosnowym dyskoteka, może Julia zmieni miejsce biwaku. Wyjechała z Polski ponad miesiąc temu i już przejechała ponad 6000 kilometrów, przez Szwecję, Norwegię, Finlandię.

– Całe życie byłyśmy spychane na margines w sprawach drobnych dla innych ludzi, ale które, gdy się je zsumuje, okazują się szalenie ważne w życiu sportowca.

– Trenuję na najwyższym poziomie w reprezentacji seniorskiej od 18. roku życia. Zawsze byłam najmłodsza w grupie. A skończyło się tak: o tym, że wykluczono mnie z kadry przed igrzyskami w Paryżu, dowiedziałam się w Wałczu od koleżanki. Przez trzy dni siedziałam sama na „zgrupowaniu”. Nikt się do mnie nie odezwał, nikt. Później pojechałam do domu i mijały tygodnie bez kontaktu z PZKaj. Byłam w największym dołku swojego życia.

– Po Paryżu zadzwonił trener Szałkowski i zapewniał o wielkiej przyszłości. Znam te chwyty: będzie inaczej, będzie nieporównanie lepiej. Będziesz, Julia, pływać „na dwójce” z najlepszą. Ale znałam tego trenera. Przypomniałam sobie, jak byłam mniej ważna podczas treningów na wodzie. Trener nie miał na mnie pomysłu i czułam, że mój potencjał jest marnowany. Dziś mam 26 lat i chcę mieć poczucie, że się rozwijam. Powiedziałam sobie, że życie jest za krótkie, żeby je spędzać walcząc z wiatrakami.

– Wiedziałam, co mnie czeka z Szałkowskim. Pamiętałam zdarzenie, kiedy jako wysoka zawodniczka potrzebowałam wyporniejszej łódki. Tak się złożyło, że faworytka trenera otrzymała taką, która odpowiadałaby również mi – bardzo pasowałaby do moich rozmiarów i wagi. „To może i ja mogę na takiej pływać?” – poprosiłam Szałkowskiego. „Nie, no coś ty, Julio?! Ona jest wykonana specjalnie dla niej. Drugiej takiej nie ma” – odpowiedział trener.

Po jakimś czasie zdarzyło się, że byłam w szkutni Plasteksu na warszawskim Żeraniu. Piękne łódki. O, a tu taka jak dla faworytki trenera. „Skąd ją macie? Podobno jest tylko jedna?” – zapytałam menedżera zakładu. „Co? To linia światowa, jest ich mnóstwo, wystarczy zamówić” – odpowiedział zdziwiony. Zażenowanie, jakie wtedy poczułam, pozostanie ze mną na zawsze.

– Na początku 2025 r. trenowałam sama, na własny koszt, w Zakopanem. Pracowałam w siłowni, na ergometrze. Mój trener klubowy i trenerzy od wioślarstwa, choć to zupełnie inny sport, zajmowali się mną, widząc, że jestem ignorowana. Dali mi plany, mierzyli poziom kwasów. Ale tego się nie da długo ciągnąć „pod wiatr”.

– To jest system, w którym wielu ludziom chodzi o to, żeby nie mieć kłopotów. Pytałam kiedyś psycholożkę związkową, co z tym zrobić: z faworyzowaniem, z brakiem równych szans. „Chyba powinnaś skończyć ze sportem” – zasugerowała. Po igrzyskach w Paryżu zapisałam się na sesje coachingowe. Staraliśmy się z coachem zbudować na nich taką postawę: jestem kimś wartościowym, nie tylko sport mnie definiuje. Była to wymagająca praca nad sobą i nad swoimi myślami. Dzięki niej łatwiej mi było odejść i przestać grać w tę grę.

– 25 lat to dobry czas, żeby odpuścić i nie tracić kolejnych lat. Mam bardzo dużo pomysłów na siebie. Chce mi się jeszcze. Świat jest zbyt piękny, żeby walczyć z tymi starymi dziadami, żeby namawiać ich i przekonywać, że chce mi się trenować. A tak było przez większość mojego sportowego życia. Nigdy nie zrezygnowałabym ze sportu, gdyby nie to.

– Nigdy nie zaznałam normalnego życia, bo zawsze był sport na pierwszym miejscu. Nawet studia na UMK były zaoczne, w czasie obozów kadry. Mam teraz przestrzeń, szukam tego, co sprawia mi radość, poznaję ludzi spoza sportu, uczę się życia poza nim i dowiaduję się dopiero teraz, jaka jestem.

Trener i prezes odpowiadają na zarzuty zawodniczek

Po rozmowach z Patrycją, Katarzyna i Julią zadzwoniłem do trenera Szałkowskiego. Pierwsze połączenie trwało krótko. Wzburzony trener rozłączył się, gdy powiedziałem, że jego zawodniczki mają mu za złe metody i styl pracy, i że przez to zakończyły lub – w przypadku Julii – nie wznowiły kariery, choć miały realne szanse na przyszłe sukcesy. – W żaden sposób nie przyjmuję ich wypowiedzi za prawdę, bo takie sytuacje nie miały miejsca. Nie widzę powodu, żeby się tłumaczyć z oskarżeń wyssanych z palca. Julia była ogarniętą zawodniczką – mówił trener.

Po kilku minutach zadzwonił. – Nie chcę wyjść na gbura. To nie mój styl – powiedział. – Ja się zajmuję kadrą olimpijską. W kadrę olimpijską idą olbrzymie pieniądze na szkolenie, to nie jest zabawa w przedszkole – tłumaczył swój styl prowadzenia grupy. Na Sport.pl publikujemy całą rozmowę z trenerem.

Zadzwoniłem też do prezesa PZKaj Grzegorza Kotowicza. Najbardziej ciekawiło mnie, czy odejście trzech utytułowanych zawodniczek nie zaniepokoiło go, czy próbował dowiedzieć się, dlaczego nie chcą trenować, choć są w optymalnym wieku. Oczywiście był zaniepokojony, przynajmniej na poziomie deklaracji. Ale zaraz dodał, że kiedyś było gorzej. – Pilnujemy, żeby podejmować decyzje dobre dla kajakarstwa, dla całych grup. Co nie znaczy, że się nie mylimy, bo pewnie czasem się to zdarza, ale staramy się robić to obiektywnie. Zawsze ktoś jest niezadowolony. Też byłem zawodnikiem, też nie miałem łatwo. Miałem konflikt z trenerem na początku, czułem się niesprawiedliwie traktowany, a to były jeszcze czasy tzw. fali. Dzisiaj to nie do pomyślenia, a kiedyś tak to wyglądało. Czy ja się poddałem? Walczyłem dalej i udowadniałem, że jestem dobry, a nie szedłem do mediów – powiedział prezes Kotowicz.

Poprosiłem Katarzynę, Patrycję i Julię o jednozdaniową odpowiedź na pytanie, z czego dziś są dumne. Julia odpowiedziała, że jest dumna z tego, że żyje dla siebie, nie dla innych, że wszystko co robi – robi dla dobra swojego i ludzi, których kocha. „Nie obchodzi mnie krytyka ludzi, którzy nie wiedzą o mnie nic. Jestem dumna ze swojej kreatywności i nieszablonowego myślenia, które przecież każdy ma od dziecka, ale z czasem potrafi się to gdzieś zgubić, między rutyną i dorosłością” – napisała na Whatsappie Julia. Patrycja: ” Dumna jestem z siebie, że pochodząc z niesportowej rodziny, zaczynając przygodę ze sportem dopiero w wieku 14 lat, udało mi się osiągnąć tak wiele”.

Najdłużej trwała wymiana myśli z Katarzyną. „Trudno mi coś wymyślić, bo sport więcej mi zabrał niż dał” – zaczęła. Chwilę potem wyjaśniła: „Sport dał mi wiele, ale ludzie sportu zabrali więcej”. Wreszcie, późnym wieczorem, przyszła jej ostatnia myśl: „Kocham sport, ale ludzie mnie zawiedli”. 

Zobacz inne