...
Dom SportPółfinał LM jeszcze nie ruszył, a już było żal patrzeć. Przykre obrazki

Półfinał LM jeszcze nie ruszył, a już było żal patrzeć. Przykre obrazki

przez admin

Nie pomogła ani ofiarność Kevina Tillie, który przy próbie ratowania piłki raz niemal wybiegł z hali, ani wsparcie z trybun Bartosza Bednorza. Siatkarze PGE Projektu Warszawa nie mieli wiele do powiedzenia w półfinale Ligi Mistrzów z Sir Safety Perugią i przegrali 0:3. Ale to nie ich gra była głównym powodem przykrego widoku w Turynie – pisze z Turynu Agnieszka Niedziałek, korespondentka Sport.pl.

Różnica w dotychczasowych osiągnięciach na arenie międzynarodowej między Projektem Warszawa i Sir Safety Perugią jest tak duża, że w środowisku siatkarskim mówiono wprost – zwycięstwo polskiego klubu w półfinale Ligi Mistrzów między tymi zespołami byłoby ogromną sensacją. Cudu w Turynie nie było.  A głównym katem stołecznego zespołu, który debiutował w Final Four tych rozgrywek, okazał się niedoszły reprezentant Polski.

Zobacz wideo Damian Wojtaszek ocenia rywali w final four Ligi Mistrzów: Każdy z nas potrafi grać w siatkówkę

Przykry widok jeszcze przed meczem

Ledwo zaczął się pierwszy set, a na dziennikarzy siedzących na trybunie prasowej w Turynie podczas pojedynku Projektu i Perugii spadło mnóstwo kolorowych serpentyn. Aż do początku drugiej partii uwijała się tam z tego powodu ekipa sprzątająca, która zasłaniała nieco parkiet. Ale nie była w stanie zasłonić mocno przerzedzonych początkowo trybun.

Gdy krążyłam wokół mogącej pomieścić ok. 15 tysięcy widzów Inalpi Arena na dwie godziny przed meczem, to na każdym kroku natykałam się na kolejnych kibiców Perugii. Dzień wcześniej występujący w broniącej tytułu utytułowanej ekipie Kamil Semeniuk też opowiadał mi, że bardzo liczy na wsparcie fanów. Żywiołowy tłum w hali zajął trybunę za dziennikarzami i słychać go było przez całe spotkanie bardzo dobrze. Były śpiewy, było skakanie, były tańce. Bo i gra ich ulubieńców nie dawała powodu do innej reakcji. Ale początkowo mocno rzucały się w oczy pustki w pozostałych sektorach dolnych części trybun. Nie był to widok pasujący do wielkiego święta siatkówki.

Waleczność drużyny prowadzonej przez 30-letniego Kamila Nalepkę pozwalała jednak głównie zmniejszać przewagę przeciwników. A ta momentami była dość przygniatająca. Ciekawiej zrobiło się w końcówce trzeciego seta, gdy Projekt doprowadził do remisu 22:22 i miał potem nawet piłkę setową. W kluczowym momencie obrońcy tytułu jednak włączyli piąty bieg.

Przed spotkaniem kapitan Projektu Damian Wojtaszek wymieniał żartobliwie „uprzejmości” z Kamilem Semeniukiem. Pytał go m.in., czy ma na swojej słynnej ścianie z medalami miejsce na brązowy krążek LM w tym sezonie. W sobotę jednak nie było wątpliwości, że przyjmujący reprezentacji Polski dołoży w Turynie do swojego dorobku medal z cenniejszego kruszcu. Już przed spotkaniem mówiono, że Perugia jest jak dobrze naoliwiona maszyna, w której trudno dostrzec słabości. Tak też było teraz. Ostatnio cios zadał przyjmujący Oleg Płotnicki, ale głównym katem był atakujący Wassim Ben Tara. Czyli atakujący, którego marzeniem jest gra w reprezentacji Polski, a któremu na przeszkodzie stoi opór tunezyjskiej i afrykańskiej federacji.

Projekt o trzecie miejsce zagra w niedzielę z przegranym wieczornego półfinału między drużyną z Zawiercia i Ziraatem Ankarą. Perugia zmierzy się zaś w późniejszym finale ze zwycięzcą tej pary.

Półfinał LM jeszcze nie ruszył, a już było żal patrzeć. Przykre obrazki

Zobacz inne