Dwie asysty Leo Messiego zapewniły Argentynie zwycięstwo 2:1 w dramatycznym meczu z Anglią i prawo gry w niedzielnym meczu o złoto, który odbędzie się w Nowym Jorku. 39-letni gwiazdor w finale mundialu wystąpi już po raz trzeci. Rywalem Hiszpania – kraj, w którym wyrósł na piłkarskiego geniusza.
„Anglia zna rękę boga, a teraz pozna jego lewą stopę” – mówił przed półfinałem w Atlancie charyzmatyczny Szwed Zlatan Ibrahimović. „Ręka boga” to oczywiście nawiązanie do mundialu w Meksyku sprzed 40 lat, gdy w ćwierćfinale Diego Maradona dał Argentynie zwycięstwo nad Anglią 2:1 (a potem poprowadził ją do złota). Pierwszego gola w tamtym legendarnym meczu Argentyńczyk strzelił ręką, co przeoczył sędzia – w tamtych czasach nie było wideoweryfikacji (VAR). Maradona zdobył potem także drugą bramkę, która też doczekała nazwy własnej – „Gol stulecia”, po slalomie między sześcioma angielskimi piłkarzami.
Traumy Beckhama
Po tamtym meczu na Estadio Azteca Argentyńczyk, pytany o pierwszą bramkę, powiedział, że została zdobyta „trochę głową Maradony, a trochę ręką Boga”. Tak narodziła się legenda, o której pisano książki, poematy, nakręcono filmy. Dla Argentyny była to zemsta za porażkę w wojnie o Falklandy/Malwiny w 1982 roku, dla Anglii największe oszustwo w dziejach sportu, który przecież sami wymyślili.
Relacje między obydwoma wielkimi futbolowymi nacjami jeszcze bardziej się pogorszyły 12 lat później, gdy w meczu 1/8 finału mundialu we Francji Diego Simeone sprowokował do faulu Davida Beckhama. Anglik wyleciał z boiska, jego drużyna odpadła z mistrzostw, a najbardziej medialny piłkarz w historii angielskiego futbolu został na jakiś czas w ojczyźnie persona non grata. W środę 51-letni dziś Beckham był na stadionie w Atlancie i razem z żoną Victorią przeżyli traumę porażki Anglików. Jest właścicielem klubu Inter Miami w amerykańskiej lidze MLS, w którym gra Leo Messi.
Ostatni raz Anglia z Argentyną zagrały na mundialu w 2002 roku, gdy gol Beckhama z karnego dał Anglikom zwycięstwo 1:0 w fazie grupowej. Argentyna odpadła z turnieju, a potem dwaj giganci zagrali ze sobą już tylko raz, w listopadzie 2005 roku, w meczu towarzyskim, wygranym 3:2 przez Anglików.
18-letni Leo Messi zadebiutował w reprezentacji Argentyny w sierpniu 2005 roku – w meczu z Węgrami dostał czerwoną kartkę. To zwiastowało problemy, z którymi miał mierzyć się przez następne 15 lat. Był już wtedy wschodzącą gwiazdą Barcelony, do której trafił w 2000 roku jako 13-latek, poszukując środków na kurację hormonem wzrostu. Pierwszą umowę z katalońskim klubem podpisał na serwetce, która dwa lata temu została kupiona na aukcji w Wielkiej Brytanii za milion dolarów.
Zobacz wideo Hit! Polonia w Chicago oszalała na punkcie Lewandowskiego
Wróćmy jednak do „lewej stopy boga”, o której wspomniał Ibrahimović. Messi jest właśnie lewonożny i tą nogą potrafi wykonywać z piłką cuda. Na półfinał w Atlancie argentyńscy fani przynieśli transparent informujący, że „Malwiny [argentyńska nazwa Falklandów] są argentyńskie”. Co prawda selekcjoner Albicelestes Lionel Scaloni prosił, by polityki nie mieszać do sportu, ale fani wiedzą swoje. Urodzony w Rosario – tak jak Messi – trener zaczął pracę z kadrą w 2018 roku, po bardzo nieudanym mundialu w Rosji. Z etykietą „tymczasowy”. Rok później Argentyna uległa Brazylii w półfinale Copa America i to było ostatnie wielkie rozczarowanie Scaloniego, Messiego i innych. Od tamtej pory – same zwycięstwa.
Nie było w historii piłki drużyny narodowej, która wygrałaby cztery kolejne wielkie turnieje. Argentyna może być pierwsza. Po zwycięstwie w mistrzostwach Ameryki w 2021 roku wygrała mundial w Katarze, po czym przed dwoma laty obroniła tytuł w Copa America. W USA, Kanadzie i Meksyku broni złota mistrzostw świata. Z 39-letnim Messim w roli głównej, który teoretycznie żegnał się z drużyną narodową już w Katarze. Triumf na mundialu był dla niego spełnieniem, wreszcie dorównał Maradonie. Potem ogłosił, że chce jeszcze zagrać parę razy w kadrze, poczuć, jak to jest grać w barwach narodowych jako mistrz świata. Gdy jednak w 2023 roku przeniósł się z PSG do Interu Miami, kibice zaczęli podejrzewać, że ma plany sięgające kolejnego mundialu.
Jeszcze kilka miesięcy temu opowiadał, że nie jest pewien, czy zdrowie i siły pozwolą mu zagrać na mistrzostwach. Gdy przybył na turniej w USA, Kanadzie i Meksyku, przekonywał, że wszystko już osiągnął, więc to, co się wydarzy na jego szóstym mundialu, będzie tylko bonusem. Turniej zaczął od zdobycia sześciu goli w trzech meczach fazy grupowej. Kłopoty Argentyny czekały jednak za rogiem. Drużyna Scaloniego męczyła się w trzech meczach fazy pucharowej: z Republiką Zielonego Przylądka i Szwajcarią grała dogrywki, z Egiptem w 1/8 finału przegrywała 0:2 do 79. min. Zawsze udawało się wygrać.
Tuchel na ratunek
Anglia w półfinale to był jednak największy rywal. Głodny sukcesu jak nigdy. Twórcy futbolu już 60 lat czekają na powrót do finału mundialu. Wygrali go raz, w 1966 roku, na turnieju, który organizowali. Potem – same klęski. Między innymi w półfinałach w 1990 i 2018 r. Anglicy szczycą się najwspanialszą piłkarską ligą świata, gdzie grają wielkie gwiazdy, w tym piłkarze Scaloniego. Dlaczego ich drużyna narodowa nie miałaby być najlepsza na świecie? Po finale Euro 2024, przegranym z Hiszpanią 1:2, odszedł trener Gareth Southgate, któremu zarzucano, że nie wykorzystuje ofensywnego potencjału angielskich piłkarzy.
W wielkiej desperacji Anglicy oddali zarządzanie kadrą niemieckiemu trenerowi. Thomas Tuchel miał dać im to, czego angielscy szkoleniowcy nie umieli. Niemiec miał uczyć piłki jej twórców. Tych, którzy grubo ponad sto lat temu nauczyli futbolu Argentyńczyków i całą resztę świata. Drużyna Tuchela dotarła do półfinału mistrzostw w USA, Kanadzie i Meksyku, zamykając usta krytykom. Środowy mecz w Atlancie był dla ojczyzny futbolu dziejową szansą.
Zderzenie gigantów przypominało w pierwszej połowie zapasy w błocie. Piłkarze obu drużyn głównie się faulowali, jedni chcieli zastraszyć drugich. Paradoksalnie, dramat Anglików zaczął się od najbardziej szczęśliwego dla nich momentu meczu. W 55. minucie skrzydłowy Anthony Gordon, którego Barcelona kupiła za 80 mln euro, zdobył gola dla zespołu Tuchela. Anglicy poczuli, że są o krok od spełnienia wielkiego marzenia.
Cofnęli się pod swoją bramkę, by bronić wyniku. A może to desperacja Argentyńczyków ich do tego zmusiła? Niemiecki selekcjoner zaczął wzmacniać obronę, wpuścił na boisko prawie dwumetrowego Dana Burna z Newcastle, by mieć przewagę w grze powietrznej, bo Argentyna często wrzucała piłkę w pole karne ze skrzydeł. Bramkarz Jordan Pickford bronił znakomicie i szczęśliwie. Do czasu.
Była 85. min, gdy spełniła się przepowiednia Ibrahimovicia o lewej stopie boga. Messi podał piłkę do Enzo Fernandeza, a ten potężnym strzałem pokonał bramkarza Anglików. To był początek dramatu graczy Tuchela, którym nakręcona Argentyna wbiła zwycięską bramkę w 92. min. Tym razem Messi podawał prawą nogą, czym zaskoczył defensywę rywali. Piłka minęła angielskich dryblasów i spadła na głowę Lautaro Martineza. Napastnik Interu Mediolan, mierzący zaledwie 174 cm wzrostu, strzałem głową dokonał dzieła zniszczenia.
– Nie mam nic do powiedzenia. Jesteśmy złamani, rozbici. Całe życie pracowaliśmy na szansę, która była tak blisko, ale znów nam uciekła – powiedział po meczu kapitan Anglików, Harry Kane. Zdobył na tym turnieju sześć goli, a jednak tego najważniejszego nie potrafił. Pobił wszystkie rekordy strzeleckie drużyny narodowej, ale wróci z mistrzostw na tarczy.
Messi – trzeci finał
Messi zagra w niedzielę swój trzeci finał mundialu. Dotychczas na liście graczy, którzy tego dokonali, byli tylko Brazylijczycy: Pele (1958, 1962, 1970), Cafu (1994, 1998, 2002) i Ronaldo (1994, 1998, 2002). Z zastrzeżeniami. Ten ostatni był na mistrzostwach w 1994 roku w USA, ale nie grał w nich ani minuty, więc może nie powinien być na tej ekskluzywnej liście. Z kolei Pele w 1962 roku w Chile doznał kontuzji na początku turnieju i potem już nie wyszedł na boisko. Tylko Cafu wybiegł na boisko w trzech meczach o złoty medal mistrzostw świata. Dwa wygrał – w 1994 i 2002. Messi będzie więc drugi i też ma szansę na drugi triumf (w 2014 r. przegrał z Niemcami, cztery lata temu wygrał z Francją).
W Argentynie rozpowszechniony jest kult jednostki. Mimo iż kraj ukochał dyscyplinę zespołową i futbol wynosi do rangi religii. Po triumfie w Katarze 4 mln ludzi świętowało na ulicach Buenos Aires – stolicy kraju, który stał na granicy katastrofy ekonomicznej. Jedyny mundial w Argentynie, w 1978 roku, zorganizowała krwawa junta generała Jorge Videli, który w 2010 roku dostał wyrok dożywocia za swoje zbrodnie. „Brudna wojna” – tortury, porwania i morderstwa opozycjonistów, prawie pół wieku temu nie przeszkodziły Argentyńczykom w świętowaniu pierwszego tytułu mistrzowskiego swoich piłkarzy. Bohaterem narodowym był wtedy Mario Kempes, osiem lat później został nim Maradona. Do dziś istnieje jego kościół w Argentynie, choć piłkarz zmarł w 2020 roku.
Messi od początku mierzył się z legendą Maradony. I wciąż przegrywał. W 2016 roku, po przegranym finale Copa America ze łzami wyznał, że porzuca drużynę narodową. Uznał, że przynosi jej pecha. Fani w Argentynie dbali, by czuł się odpowiedzialny za porażki, nazywali go „Pecho frio” (chłodna pierś), uważając, że dla Barcelony poświęca się bardziej niż dla drużyny narodowej.
Paradoksalnie Leo był bezgranicznie wielbiony w swojej drugiej ojczyźnie – Hiszpanii, gdzie żył i pracował. Hiszpanie kilka razy namawiali go na grę dla ich drużyny narodowej. Kategorycznie odmawiał. Dla niego istniała tylko jedna opcja – Argentyna. Nawet jeśli gra dla niej związana była z wiecznym cierpieniem.
Matka Messiego powiedziała kiedyś w wywiadzie, że Barcelona zrobiła dla jej syna znacznie więcej niż Argentyna. Po 17 latach gry w pierwszej drużynie zespołu z Katalonii Messi został najlepszym graczem w jej historii. Zdobył 672 gole i 35 trofeów. Sześciokrotnie nagradzano go Złotą Piłką, zdobył ją potem jeszcze dwa razy, ale już jako piłkarz PSG. Na tę ostatnią zapracował z Argentyną w Katarze. Wtedy pokochali go już nawet najbardziej sceptyczni rodacy.
Wielbią go koledzy z kadry, zapatrzeni jak w nadczłowieka. Messi obchodzi urodziny 24 czerwca, co dwa lata wypada to podczas wielkich turniejów. Tradycyjnie zbiera się wtedy cała drużyna. Tak było podczas mundialu w USA, Kanadzie i Meksyku. „Życzę Ci tyle szczęścia, ile Ty dałeś nam wszystkim” – napisał mu w serwisie społecznościowym kolega z zespołu, Julian Alvarez.
„Niech w finale przeciwnikiem Hiszpanii zostanie Argentyna. I choć będzie trudniej, to będzie mecz naszego życia” – napisał przed środowym półfinałem w Atlancie madrycki dziennik „Marca”. Hiszpanie chcieli w niedzielnym finale Messiego, bez względu na to, czy to korzystne dla ich drużyny. Oni zawsze podziwiali Argentyńczyka i zawsze będą go kochać. A przecież był piłkarzem Barcelony, przez niego cierpiał Real Madryt i inni rywale z La Liga. Bez względu na wszystko Hiszpanie potrafią jednak docenić sportowego geniusza.