...
Dom Sport„Polacy piszą Marciniakowi, że jest sprzedawczykiem. To mi się nie mieści w głowie”

„Polacy piszą Marciniakowi, że jest sprzedawczykiem. To mi się nie mieści w głowie”

przez admin

– To jest geniusz, jeśli chodzi o zarządzanie zawodnikami, jest artystą w swojej dziedzinie. Nie łudzę się jednak. Ludzie to przeczytają, a na koniec i tak napiszą komentarz, że jest ch***** – mówi o Szymonie Marciniaku Robert Sibiga, polski sędzia, który w 2021 r. został wybrany najlepszym sędzią w MLS. Wtedy też jego kariera niespodziewanie się skończyła.

Pamiętam pierwszy telefon – zadzwoniłem do Roberta Sibigi pięć lat temu, niedługo po tym, jak został wybrany najlepszym sędzią w MLS, spodziewając się przyjemnej rozmowy o spełnionym amerykańskim śnie chłopaka ze Stalowej Woli. Ale zamiast tego opowiadał, że coraz częściej zdarza mu się zapomnieć, po co poszedł do kuchni albo co robił parę godzin wcześniej. Czasami chciał coś powiedzieć, ale uciekały mu słowa. Największy w karierze sukces zbiegł się bowiem z wypadkiem na jednym z meczów.

– Byłem na środku boiska. Piłka nagle znalazła się bardzo blisko mnie. Zadaniem sędziego jest w takiej sytuacji uciekać. Zrobiłem krok do przodu. W tym samym momencie zawodnik Los Angeles, który chciał dopaść do piłki, we mnie wbiegł. Zderzyliśmy się głowami. Kolejny, z Minnesoty, wjechał mi w nogi wślizgiem. Prawdopodobnie miałem dwa wstrząśnienia mózgu: pierwszy od zderzenia z piłkarzem Los Angeles, drugi po uderzeniu w murawę. Straciłem przytomność. Pamiętam swoją ostatnią myśl. Jest dość zabawna. Pomyślałem: „Ja się tutaj położę, jest mi wygodnie, będę spał”. I odleciałem na kilka sekund – wspominał.

Dzisiaj rozmawiamy twarzą w twarz, w barze w centrum Manhattanu. To symboliczne miejsce, bo Sibiga 30 lat temu, zaraz po tym jak przeprowadził się do Nowego Jorku, wylądował właśnie tutaj, w maleńkim mieszkaniu, w którym jakoś zmieściły się trzy pokolenia – jego dziadkowie, rodzice, ciotka w wujem i on z bratem. Teraz mieszka godzinę od centrum z żoną i córkami.

Dawid Szymczak: Jak wtedy rozmawialiśmy, to neurologowie powtarzali panu, że trzeba poczekać jeszcze około trzech miesięcy, żeby zobaczyć, czy zmiany w mózgu się cofną. Liczył pan, czy zdąży na kolejny sezon, czy opuści początek. Nie wrócił pan w ogóle.

Robert Sibiga: – Próbowałem przez rok, ale niezdiagnozowany uraz mózgu niestety mi to uniemożliwił. Skutki tamtego wypadku odczuwam do dziś, wciąż mam ograniczenia zdrowotne. O powrocie do sędziowania nie było więc mowy, bo nadal jest tak, że pobiegam pół godziny i zaczyna mnie strasznie boleć głowa. Miewam też zawroty. To właśnie miało mi się cofnąć i zniknąć, ale z mózgiem jest tak, że nigdy do końca nie wiadomo, co się wydarzy.

Co panu konkretnie dolega?

– TBI, czyli „traumatic brain injury” [urazowe uszkodzenie mózgu – red.]. Chodzi o to, że mózg po wstrząśnieniu ma możliwość zregenerowania się. Nie ma jednak gwarancji, czy to się stanie ani kiedy. Zazwyczaj jest tak, że do roku dolegliwości ustępują, ale wiele zależy od tego jak poważny i rozległy był uraz. Czasami – jak u mnie – mózg nie może się do końca zregenerować i nigdy nie wraca się do pełni zdrowia.

Zobacz wideo Studio mundialowe

I jak to się objawia u pana?

– Różnie. Przede wszystkim nagle musiałem zmienić swoje życie i z osoby, która była bardzo aktywna, często wyjeżdżała na mecze i skupiała się tylko na treningach, stałem się facetem, który siedzi na tapczanie i ogląda telewizję. Mam lepsze i gorsze dni, ale praktycznie codziennie potrzebuję drzemki w ciągu dnia, bo inaczej nie wytrzymam do wieczora na przyzwoitej intensywności. Niestety, mam też swoje humorki. Frustracja i złość dają o sobie znać. Przez pierwsze pół roku nie potrafiłem oglądać meczu MLS bez płaczu. Bolało, bo przecież przed chwilą sam tam byłem, sam to robiłem, to była moja największa pasja, to był mój styl życia. I nagle – trach. Tego wszystkiego nie ma. To nie ja zakończyłem karierę, tylko kariera mi się skończyła. I kompletnie nie byłem na to gotowy.

Ale dzisiaj widzę pana uśmiechniętego.

– Znalazłem nową pasję i nowe cele. To jakoś zastąpiło mi poprzednie życie. Pierwsze miesiące po wypadku były jednak bardzo trudne. Bardzo długo – przez kilka miesięcy – bałem się wyjść na ulicę. Bałem się wyjść do restauracji czy baru, bo było tam dla mnie za głośno. Bałem się wszelkich huków, trzasków czy nawet szumów. Wolałem siedzieć w domu i nic nie robić. Ale to minęło, teraz jest dobrze, dostrzegam pewne plusy takiej sytuacji. Czasami nawet myślę, że jest mi lepiej niż było wtedy.

Co pan dziś robi?

– Zostałem „coachem” i mentorem dla innych sędziów. Wyszukuję młodych, zdolnych i pomagam im się rozwijać. Pracuję dla organizacji PRO, która zrzesza zawodowych sędziów. Przez lata byłem w niej zatrudniony jako sędzia, a teraz jako „referee coach”. Opiekuję się sędziami z II i III ligi męskiej oraz I ligi kobiecej. Część z nich ma szansę dostać się na najwyższy poziom – do MLS, a ja mam im w tym pomóc. Pracuję też w podobnej roli dla CONCACAF, czyli dla północnoamerykańskiego odpowiednika UEFA. No i w ostatnim roku otworzyłem też firmę „RISE officials”, by inaczej podjeść do szkolenia i rozwijania sędziów. Wierzymy, wraz z moim wspólnikiem, że sędzia rozwija się wtedy, gdy ma zapewniony regularny trening. Jeżeli młody sędzia będzie tylko przyjeżdżał na mecz, sędziował go i wracał do domu, to niewiele się nauczy. Musi mieć mentora, który po meczu się z nim spotka, omówi taki mecz, wskaże dobre decyzje i rzeczy do poprawy. Tego brakowało.

Kiedy miał pan więcej pracy – jako sędzia czy dzisiaj?

– Zdecydowanie dzisiaj.

Trzy prace: PRO, CONCACAF, własna firma.

– Pracuję też dla FIFA jako obserwator, więc w sumie cztery. To wszystko sprawia, że mam do czynienia z sędziami na każdym poziomie – z młodymi, którzy dopiero zaczynają, ale też z profesjonalistami. I z każdym pracuje się inaczej. Czegoś innego wymaga chłopak, który zaczyna, a czegoś innego doświadczony sędzia, z którym rozmowa sprowadza się bardziej do wymiany opinii. Młodym natomiast bardzo brakuje informacji zwrotnej. Oni dotychczas przyjeżdżali na swój mecz, robili go najlepiej jak umieli, ale rodzice dzieciaków na nich krzyczeli, trenerzy też mieli jakieś pretensje, więc wracając do domu nadal nie wiedzieli, czy podjęli dobre decyzje, czy złe. Często nie wiedzieli nawet, czy są dobrzy w tym co robią. Dlatego największą satysfakcję daje mi praca z nimi.

Moja firma obsługuje od strony sędziowskiej turnieje MLS Next, na których grają młodzieżowe drużyny klubów z MLS. Zabieramy tam przede wszystkim sędziów, którzy chcą się uczyć i zapraszamy na te turnieje również kilkunastu sędziów z MLS lub FIFA, którzy wchodzą w rolę „coachów” i dzielą się swoim doświadczeniem. Na ostatnim turnieju mieliśmy nawet Nicolę Rizzollego, który w 2014 r. prowadził finał mistrzostw świata. Chodził po boiskach i obserwował naszych sędziów, dawał im wskazówki.

A praca dla CONCACAF?

– Jest pomiędzy tym, co robię dla PRO i RISE officials. Latam bowiem po wyspach karaibskich i zajmuję się sędziami FIFA, których poziom nie jest jednak zbyt wysoki. Ale nie lubię deprecjonowania, że taki sędzia międzynarodowy z Bermudów byłby tylko sędzią regionalnym w USA. Ja patrzę przede wszystkim na drogę, jaką ci sędziowie musieli przebyć. Miałem pod opieką takiego chłopaka, któremu federacja nie zwracała żadnych kosztów dojazdu. Jechał na mecz trzy godziny w jedną stronę, na miejscu coś jadł, później biegał po boisku, które przypominało pastwisko, po meczu znowu w samochód, znowu trzy godziny jazdy, a następnego dnia rano do pracy. Czysta pasja. Moja współpraca z takimi sędziami jest specyficzna. Jeden przykład – generalnie w sędziowaniu chodzi o to, by przewidywać, co się za chwilę wydarzy na boisku, prawda? Mówimy o „skanowaniu”. To podstawowa umiejętność dla sędziego FIFA. Ale jak mam tego wymagać od sędziego z Bermudów, skoro on musi cały czas patrzeć pod nogi, żeby się na tym pastwisku nie potknąć i nie zrobić sobie krzywdy?

Skanowanie terenu pod nogami też jest bardzo ważne! Ale poważnie – wcześniej wspominał pan, że widzi plusy tego nagłego zakończenia kariery. Jakie?

– Po kolei. Na pewno moja kariera skończyła się za szybko. Wypadek miałem w wieku 47 lat. Dzisiaj mam 52. Biorąc pod uwagę, jak się prowadziłem i jak o siebie dbałem, to gdyby nie wypadek, to pewnie wciąż bym sędziował. Może nawet dociągnąłbym do 55 lat. Ale ze względu na to, że to wszystko skończyło się znacznie szybciej, to na koniec nie byłem ani wypalony, ani nawet nasycony. Wciąż był we mnie spory głód, więc mogłem go wykorzystać w mojej kolejnej roli. Mogłem tę energię, której nie zdążyłem wykorzystać na boisku, przełożyć na sędziów, z którymi współpracuję.

Sam pan sobie wymyślił tę nową rolę czy ktoś, np. z federacji albo organizacji PRO, pana na nią nakierował?

– Wszystko się zbiegło. Pierwsze miesiące po wypadku były dla mnie bardzo trudne. Przez kilka miesięcy bałem się wychodzić na ulicę. Zamykałem się na wszystko. Odrzucałem spotkania, różne zaproszenia. Ale gdy zacząłem dostawać propozycje, by przyjechać na turniej dla dzieciaków i pogadać z młodymi sędziami, to nie potrafiłem przejść obok nich obojętnie. Musiałem się tylko zastanowić, czy emocjonalnie dam sobie radę. To był jeszcze czas, gdy nie mogłem nawet normalnie oglądać meczów w telewizji, więc nie wiedziałem, jak się będę czuł tak blisko prawdziwego boiska. Miałem też traumę, że ktoś znowu na mnie wpadnie.

O takich rzeczach się nie mówi, ale znam sędziów, którzy wracają po kontuzji, np. ścięgna Achillesa, biegają i ćwiczą normalnie, ale na boisku wciąż pojawia się u nich strach, że ktoś ich nadepnie i ten uraz się odnowi. To po pewnym czasie mija, natomiast u mnie nie miało jak minąć, bo nigdy nie wróciłem na boisko. Pojechałem jednak na taki turniej i na początku obserwowałem sobie wszystko z boku. Powoli podchodziłem coraz bliżej. Otwierałem się znowu na ludzi. Ta rola mentora zaczynała mi się coraz bardziej podobać. Poznawałem ją coraz lepiej i zaczynałem rozwijać swoje umiejętności, by być jak największym wsparciem dla moich podopiecznych. Widziałem, jak to robią inni mentorzy i widziałem, czego tym młodym sędziom brakuje.

Zobacz inne