To był dopiero drugi mecz tego sezonu, więc trudno o wielkie wnioski, ale kibice Legii Warszawa w końcu mogą mieć nadzieję na lepszy czas. Drużyna Marka Papszuna wygrała szóste spotkanie o punkty z rzędu, a w meczu z Zagłębiem Lubin (3:1) do wyniku dołożyła efektowny styl. Radość kibiców popsuł tylko Mileta Rajović, który znowu zagrał od pierwszej minuty.
Ostatni raz tak głośne brawa po meczu Legii były chyba trzy miesiące temu, tuż po zwycięstwie 1:0 z Widzewem Łódź. Wtedy jednak kibiców rozpierały wielkie emocje, bo drużyna Marka Papszuna strzeliła gola w ostatnich sekundach, robiąc wielki krok w kierunku utrzymania w Ekstraklasie. Teraz było inaczej. Piłkarze zasłużyli na brawa postawą w meczu z Zagłębiem Lubin. Meczu, który zaczął się koszmarnie, ale który Warszawiacy wygrali jak najbardziej zasłużenie. I efektownie.
To był jeden z najlepszych meczów Legii w ostatnich miesiącach. Drużyna Papszuna miała trochę szczęścia i problemów w obronie, ale tak dobrze w ofensywie nie zaprezentowała się dawno. Dlatego nie dziwiło, że po spotkaniu piłkarze przez kilka minut świętowali z kibicami. Atmosfera, która w ostatnim sezonie długo była nie do zniesienia, mocno się poprawiła. Mimo że to tylko dwa mecze i na wielkie słowa jeszcze za wcześnie, to w końcu w Legii jest nadzieja na lepsze jutro.
Legia efektowna i efektywna
Kiedy już w 4. minucie gola na 1:0 dla Zagłębia strzelił Filip Kocaba, kibicom Legii mógł się przypomnieć poprzedni sezon. Warszawiacy znów stracili gola po stałym fragmencie gry, w obronie znów wyglądali na kompletnie zagubionych. Ale był to tylko jeden z nielicznych momentów, w których gospodarze nie wyglądali w tym meczu pewnie.
Po straconym golu legioniści nie załamali się, tylko wściekle ruszyli do ataku. Zanim gola na 1:1 strzelił Łukasz Zjawiński, piłkarze Papszuna mieli co najmniej dwie dobre okazje do wyrównania, a Bartosz Kapustka trafił z dystansu w słupek.
Po wyrównaniu Legia dążyła do strzelenia kolejnych goli. I to się jej udało. Warszawiacy w końcu mogli się podobać. Drużyna Papszuna, znana do tej pory z pragmatyzmu, spokojnie mogła strzelić więcej niż trzy gole. W całym spotkaniu oddała 22 strzały, więc po spotkaniu kibice w końcu mogli być zadowoleni nie tylko z wyniku, ale i stylu.
Oczywiście to tylko dwa mecze, więc trudno o wielkie wnioski. Ale biorąc też pod uwagę końcówkę poprzedniego sezonu, Legia imponuje. Mecz z Zagłębiem był już szóstym z rzędu, który Legia wygrała. Efekty pracy Papszuna widoczne są gołym okiem.
Wzmocnienia i „wzmocnienie”
W Szczecinie jednym z najlepszych piłkarzy Legii był Robert Deziel Jr. Mimo że 21-latek, który trafił na Łazienkowską z rezerw Bayernu Monachium, do tej pory grał w niższych ligach niemieckich, debiut na poziomie Ekstraklasy miał okazały. W niedzielę Amerykanin znów wyszedł w podstawowym składzie i znów dał dużo jakości defensywie Legii. Ale w meczu z Zagłębiem podobał się nie tylko on.
Pierwszą bramkę dla Legii zdobył Łukasz Zjawiński, który w poprzednich dwóch sezonach strzelał gole dla Polonii Warszawa w I lidze. W niedzielę napastnik błysnął w 25. minucie, kiedy efektownie wykończył dośrodkowanie Pawła Wszołka z prawej strony. Zachowanie Zjawińskiego było podręcznikowe: napastnik Legii zgubił obrońcę ruchem w polu karnym, nabiegł na piłkę i pokonał Jasmina Buricia precyzyjnym strzałem głową. Takiego zachowania od kolegi z drużyny mógłby się uczyć Mileta Rajović.
Zjawiński gola celebrował z Rafałem Adamskim, który w doliczonym czasie gry sam strzelił gola na 3:1. To daje nadzieję, że Legia doczeka się skutecznego duetu napastników. Duetu, który mocno polubił się poza boiskiem, o czym opowiadał nam Zjawiński.
– Cieszę się z jego historii, bo Rafał to świetny przykład na to, jak wiele można osiągnąć dzięki ciężkiej pracy. Nie znaliśmy się wcześniej, dopiero teraz widzę go na co dzień i mogę powiedzieć, że nie spodziewałem się, że będzie aż tak dobry. Duży szacunek dla niego. Ktoś powie, że to był oczywisty ruch, bo Legia miała go pod ręką w Pogoni Grodzisk Mazowiecki. Ja jednak uważam, że to wcale nie był tak oczywisty transfer, bo takich jak ten wiele jednak nie było. Dlatego cieszę się, że Rafał odpłacił za zaufanie zaangażowaniem i golami. Fajnie, że ktoś w niego uwierzył – mówił.
W meczu z Zagłębiem – tak samo jak w Szczecinie – bardzo dobrze zagrał Ruben Vinagre. Portugalczyk nie tylko strzelił gola na 2:1, ale przez cały mecz szalał na lewym wahadle, tworząc zagrożenie pod bramką Lubinian i jednocześnie pilnując się w defensywie. – Dochodzę do optymalnej formy – zapewniał nas Vinagre, który z powodu kontuzji stracił niemal całą rundę wiosenną. Jak się okazało, nie były to tylko puste słowa.
Przed rozpoczęciem sezonu Papszun – właśnie z powodu wcześniejszej kontuzji piłkarza – nazwał Vinagre’a transferem do Legii. I jeśli Portugalczyk będzie grał tak, jak w dwóch pierwszych spotkaniach tego sezonu, to znów będzie bardzo dużym wzmocnieniem drużyny. Znów, bo w pierwszych miesiącach pobytu w Warszawie Vinagre należał do najlepszych piłkarzy Ekstraklasy, a jego umiejętności nachwalić się nie mógł Goncalo Feio. Po gorszym okresie Vinagre zdaje się wracać do optymalnej formy, co musi cieszyć Papszuna i wszystkich kibiców Legii.
Kibice wygwizdali Rajovicia
Ale Legia miała też Rajovicia. Przed tygodniem w Szczecinie Duńczyk rozegrał koszmarne spotkanie, marnując trzy doskonałe okazje do strzelenia. Jeszcze w trakcie meczu kibice Legii w internecie nazwali ten występ najgorszym w historii klubu, a fani, który pojawili się w Szczecinie, w niewybrednych słowach domagali się od Papszuna, by ściągnął piłkarza z boiska.
Mimo że w tygodniu poprzedzającym mecz z Zagłębiem trener Legii bronił zawodnika, kibice kolejny raz dali wyraz swojemu niezadowoleniu. Przed spotkaniem, gdy spiker odczytywał nazwisko Rajovicia, warszawscy fani zaczęli donośnie gwizdać.
Wydawało się, że Rajović odpowie im w najlepszy możliwy sposób, czyli strzelając gola. W 32. minucie Duńczyk zdobył bramkę po dośrodkowaniu z rzutu rożnego i zdążył ją nawet celebrować w kontrowersyjny sposób. Napastnik przyłożył palce do uszu, wyraźnie zwracając się w kierunku trybun, ale nawet to mu nie wyszło.
Chwilę później gol został bowiem anulowany po interwencji VAR. Jak się okazało, w momencie strzału Rajovicia inny z legionistów był na spalonym i dodatkowo wyraźnie utrudnił interwencję będącemu tuż za nim Jasminowi Buriciowi.
W 70. minucie, kiedy Rajović schodził z boiska, zmieniany przez Adamskiego, kibice raz jeszcze pokazali swój stosunek do Duńczyka, kolejny raz wygwizdując go.
Nowy asystent Papszuna usprawnia Legię
Nieuznana bramka Rajovicia to jednak dowód na to, że Warszawiacy coraz lepiej radzą sobie ze stałymi fragmentami gry. W poprzednim sezonie, głównie za sprawą koszmarnej jesieni, ale też na początku kadencji Papszuna, legioniści byli jedną z najgorzej broniących drużyn przy tym elemencie gry. To, jak łatwo było im strzelić gola po rzucie rożnym, momentami szokowało. Z drugiej strony Warszawiacy niemal w ogóle takich bramek nie zdobywali.
Mimo że w niedzielę drużyna Papszuna znów straciła bramkę po rzucie rożnym, a potem też miewała problemy, to progres w tym elemencie i tak jest widoczny. Dużo lepiej było już w trakcie rundy wiosennej, pod tym względem legioniści dobrze wyglądali też w Szczecinie. Tam zaczęli też stwarzać dużo większe zagrożenie pod bramką przeciwnika.
Podobnie było przeciwko Zagłębiu. Mimo że ostatecznie Legia nie strzeliła gola po rzucie rożnym, to prawie każdy z nich był realnym zagrożeniem dla gości. To, co rzucało się też w oczy, to różnorodność wykonania. Sposób nie ograniczał się tylko do dośrodkowań, ale widzieliśmy też krótkie rozegrania piłki czy płaskie zagranie przed pole karne.
Wydaje się, że to efekt pracy nowego członka sztabu szkoleniowego Papszuna, który przyszedł do Legii po zakończeniu poprzedniego sezonu. Rafał Figiel to człowiek, który zna Papszuna jeszcze z czasów gry w Rakowie Częstochowa, gdzie występował w latach 2015-2019. Po zakończeniu kariery zawodniczej Figiel został trenerem i pracował m.in. jako asystent Dawida Szwargi w Arce Gdynia.
W Legii Figiel zajmuje się właśnie stałymi fragmentami gry. Te były jedynym momentem, w którym Papszun dopuszczał kogoś innego do linii bocznej boiska. Kiedy jego drużyna wykonywała rzut rożny, trener Legii siadał na ławce, a dowodzenie przejmował właśnie Figiel. Identycznie było, kiedy gospodarze bronili kornerów czy rzutów wolnych.

