– „Cichy nasikał mi do buta”, krzyczał w bazie pod K2 Krzysiek Wielicki. Prawda była jednak trochę inna – wspomina z uśmiechem Leszek Cichy. Z legendarnym polskim himalaistą, który w duecie z Wielickim jako pierwsi weszli zimą na Mount Everest, rozmawiam o tym, jak na dużych wysokościach wspinacze radzą sobie z załatwianiem potrzeb fizjologicznych oraz z zagrożeniem, jakie to powoduje dla środowiska.
Dodaj nas do ulubionych źródeł w Google
Problem jest podwójny. Na pewno dla wspinaczy, którzy muszą załatwiać się w ekstremalnych warunkach, czasem w tak zwanej „strefie śmierci”, czyli powyżej 8000 m, bez możliwości opuszczenia namiotu. A z drugiej strony w miejscach jak najwyższy szczyt świata Mount Everest, gdzie turystyka wysokogórska stała się powszechna, odchody ludzkie zagrażają środowisku. Nie rozkładają się w niskiej temperaturze, mogą więc przetrwać w lodzie nawet dziesięciolecia.
Tymczasem topniejące lodowce i śnieg są głównym źródłem wody pitnej dla baz pod górą oraz lokalnych społeczności mieszkających w dolinach. Jeśli są zanieczyszczone odchodami, stają się zagrożeniem. Jeśli na najpopularniejszych szlakach górskich każdy zostawia odchody na zboczach, obozowiska szybko zamieniają się w obszary zagrażające zdrowiu wspinaczy i mieszkańców tych rejonów. Czy da się w ogóle z tym walczyć?
Na Aconcagui w Argentynie w południowych Andach (najwyższy szczyt Ameryki), na Denali na Alasce (najwyższy szczyt Ameryki Płn, potocznie zwany Mount McKinley), na Mont Blanc w Alpach czy w końcu na Mount Evereście w Himalajach wprowadzono nakazy, by wspinacze zabierali ze sobą ekskrementy w specjalnych workach i znosili je na dół.
„Nic co ludzkie nie jest mi obce” – cytuję Terencjusza, aby zachęcić Leszka Cichego do rozmowy na ten temat. Himalaista przyznaje, że podczas prelekcji i spotkań z miłośnikami wspinaczki w górach tylko raz czy dwa zadano mu takie pytanie. Nikt nie chciał dotykać problemu, który dotyczy przecież wszystkich himalaistów, a także ludzi, którzy starają się dbać o czystość najbardziej popularnych szlaków.
Dariusz Wołowski: Jak to było z butem Krzysztofa Wielickiego? Czy ta opowieść jest prawdziwa?
Leszek Cichy: Nie dość, że jest prawdziwa, to także dość powszechnie znana w środowisku. Zdarzyło się to podczas zimowej wyprawy na K2 w sezonie 1987-88. Mieszkaliśmy z Krzyśkiem w jednym namiocie. Uczestnikami wyprawy było także czterech wspinaczy z Kanady, którzy przywieźli worki na mocz, co wtedy było absolutną nowością. Zamykało się je na strunę. W bazie temperatura w nocy spadała do 20 czy 25 stopni poniżej zera. Opuścić namiot, wyjść z ciepłego śpiwora, żeby zrobić siku, było dość kłopotliwe. Zwłaszcza że na wysokościach trzeba dużo pić, żeby uniknąć odwodnienia. Przed snem, podczas kolacji, piliśmy więc do pełna, co skutkowało nocnym wstawaniem. Po obudzeniu wygodniej było wyjść ze śpiwora, ale nie wychodzić z namiotu, tylko klęcząc, nasikać do czystego woreczka, po czym zaciągnąć strunę. Worki były całkowicie szczelne, bezpiecznie. Oczywiście nie wkładaliśmy pełnego woreczka do śpiwora, tylko do butów, które stały w namiocie. To były buty plastikowe, takie do poruszania się w bazie. Rano zawartość woreczka była zamarznięta, bo temperatura w namiocie też spadała poniżej zera. Kiedy wychodziło się na śniadanie, wyjmowało się woreczki z butów i zanosiło w ustalone miejsce, by potem wyrzucić do śmieci. Wszystko było w porządku, do czasu aż trafiłem na jakiś nieszczelny woreczek. Zapewne była to wada fabryczna. Pewnego dnia rano użyty przeze mnie w nocy woreczek był prawie pusty, a w bucie Krzysia powstała zamarznięta kałuża. Krzyś oczywiście podniósł krzyk: „Cichy nasikał mi do buta”. Na szczęście problem dało się łatwo rozwiązać. But plastikowy miał swoją elastyczność, więc wystarczyło wyjść z nim z namiotu, poskręcać go w lewo i w prawo, żeby pozbyć się żółtego lodu. Nie zostawił najmniejszego śladu w bucie. Oczywiście hasło Krzysia: „Cichy nasikał mi do buta”, poniosło się po obozie i było wspominane przez wspinaczy w długie, zimowe wieczory. Spędziliśmy wtedy pod K2 trzy miesiące.
Zobacz wideo Czy góra Mount Everest nadal rośnie i dlaczego jest tak niebezpieczna? [PRACOWNIA BRONKA]
Mówił pan, że woreczki były nowością dla polskich himalaistów…
– Tak. I nie podobały się starszemu pokoleniu wspinaczy. Gienek Chrobak, Andrzej Heinrich, Bogdan Jankowski byli oburzeni. „Jak to tak, w namiocie się załatwiać…” – mówili. Upominali nas, że trzeba wychodzić na zewnątrz. Tymczasem Alek Lwow, Wielicki, ja i inni – czyli wtedy młodsze pokolenie, które zaczynało się wspinać pod koniec lat 70., z chęcią używało kanadyjskich woreczków. Od starszych wspinaczy byliśmy o jakieś 15 lat młodsi, a więc to była różnica pokolenia. Pewnego dnia ich napomnienia skłoniły nas do tego, by zrobić im kawał. Przez jakiś czas zbieraliśmy zamarznięte woreczki z żółtym płynem, a po tygodniu, gdy mieliśmy już kolekcję dwudziestu czy trzydziestu, wsunęliśmy je nocą do przedsionka ich namiotu. Na namiocie umieściliśmy duży napis „Laboratorium moczu”. Tak zakończyliśmy tę pokoleniową debatę. Ustały marudzenia naszych dziadków na temat załatwiania się w bazie.
Zapewne anegdot z wyjazdów było więcej…
– Tak. Piszę teraz książkę pod tytułem „Historia polskiego himalaizmu w anegdotach”. Wcześniej, podczas wyprawy na Mount Everest, Rysio Gajewski z Zakopanego dostał wiadomość, że żona jest w ciąży. Zaczął liczyć na palcach. Liczył, liczył, aż wreszcie rozpromienił się i stwierdził: „No, chyba że wtedy”. To też stało się motywem wielu obozowych żartów. Tak opanowaliśmy sztukę przeczekiwania złej pogody w obozie.
Bywał pan na wyprawach mieszanych, na których himalaistki szły za potrzebą w lewo, a himalaiści w prawo. Dawało się to łatwo pogodzić?
– Zauważyłem ciekawą rzecz. Kiedy szliśmy jakąś nudną trasą z obozu do obozu, związani liną co osiem metrów, z reguły ktoś musiał sikać. Marsz trwał przecież 3-4 godziny. Przy pierwszym lub drugim przejściu wypinaliśmy się z tej kolejki, odchodziliśmy maksymalnie jakieś 20 metrów, uważając na szczeliny po drodze. Przy trzecim przejściu już delikwent nie wypinał się z liny, tylko naprężając ją odchodził 2-3 metry, odwracał się i sikał. Dziewczyny prosiły nas, żebyśmy się odwrócili. Po jakimś czasie te sytuacje stały się dla wszystkich tak normalne i opatrzone, że ktoś, kto musiał zrobić siku, zatrzymywał karawanę i załatwiał się tam, gdzie stał. Mężczyźni rozpinali rozporki, dziewczyny ściągały spodnie i kucały. Wszyscy automatycznie się odwracali. Nikt z załatwienia potrzeby fizjologicznej nie robił wielkiej sprawy.