...
Dom SportPolska jak Syria czy Liban. Czas się w końcu opamiętać

Polska jak Syria czy Liban. Czas się w końcu opamiętać

przez admin

Selekcjoner to w europejskiej piłce zwykle nudne, techniczne stanowisko. Uznawane niemal za emeryturę dla renomowanych trenerów. W Polsce nauczyliśmy się przykładać do niego miarę klubową. Świadomość, że nigdzie w Europie, od największych potęg, po kontynentalnych karłów, nie działa się w ten sposób, powinna zadziałać choć odrobinę otrzeźwiająco na całe środowisko. Ale na to – akurat w czasie, gdy zastanawiamy się, czy Jan Urban musi odejść – nie ma co liczyć.

Dodaj nas do ulubionych źródeł w Google

Gdy Stale Solbakken zostawał selekcjonerem reprezentacji Norwegii, w Polsce z dorosłą kadrą pracował Jerzy Brzęczek. Skandynawski trener dostawał pod skrzydła najzdolniejsze pokolenie piłkarzy w kraju od kilku dekad, z Erlingiem Haalandem i Martinem Odegaardem na czele. Zaczął jednak od porażki w  eliminacjach mundialu. Potem nie awansował do najwyższej dywizji Ligi Narodów, by na trzecią rocznicę pracy nie załapać się na 24-zespołowe Euro. Dopiero po czterech latach na stanowisku odniósł pierwszy sukces, wygrywając grupę w Lidze Narodów. Po pięciu latach awansował na mundial, a w szóstym roku pracy doszedł na nim do ćwierćfinału. Najciekawsze nie jest jednak to, że naród, który przez ćwierć wieku nie awansował na żaden turniej, podniósł na pułap najlepszej ósemki świata, lecz to, że uszło mu na sucho przegrywanie wszystkiego jak leci przez pierwsze trzy lata pracy.

Zobacz wideo Kto za Jana Urbana? Awantura o Jerzego Brzęczka

Norwegia to przypadek ekstremalny. W Europie dłużej pracują jeszcze tylko selekcjonerzy Andory i Węgier, choć bez zbliżonych sukcesów. Na przeciwległym biegunie jest jednak Polska, która od zatrudnienia Solbakkena miała sześciu selekcjonerów. Nigdzie w Europie nie ma takiego przemiału. Do polskiego wyniku zbliżają się jedynie Bułgaria i Kazachstan, ale tam rezultat podbijają selekcjonerzy od początku w zamyśle tymczasowi. Na świecie rywalizować z nami mogą jeszcze chociażby targane wojnami Syria i Liban. Polski przypadek nie jest jednak do nich w żaden sposób podobny. Ani nie przeżywamy wyjątkowego kryzysu piłkarskiego, ani polityczno-społecznego. Ba, w trakcie tego chaosu dwa razy zagraliśmy na mistrzostwach Europy, a raz wyszliśmy nawet z grupy mistrzostw świata, notując najlepszy mundialowy wynik od przeszło trzech dekad. Mimo to bijemy nawet własne historyczne rekordy. Po 1966 roku, gdy selekcjonerem zaczęła być jedna osoba, nigdy nie mieliśmy tak wielu zmian w tak krótkim czasie.

Błędne koło

I właśnie zbiorowo zastanawiamy się, czy aby nie pora zmienić selekcjonera na tego, od którego zaczął się cały szaleńczy cykl. Ci bardziej cierpliwi z piłkarskiego komentariatu przekonują, by poczekać z tym jednak jeszcze miesiąc.

Oczywiście, że każdy przypadek jest inny. Zwolnienie Brzęczka było fanaberią Zbigniewa Bońka. Nie było żadnego wyraźnego powodu, by przerywać tradycyjny cykl, w którym selekcjonerów rozliczało się dopiero z wyniku turniejowych eliminacji, lub, jeśli je przebrną, z występu na mistrzostwach świata czy Europy. Paulo Sousa odszedł sam. Czesława Michniewicza wymiotła afera premiowa, a Michała Probierza wywołany przez samego siebie konflikt z kapitanem. Za fatalne wyniki, realnie grożące brakiem udziału w wielkim turnieju, wyleciał jedynie Fernando Santos.

Czekanie na kataklizm

Efekt jest jednak taki, że selekcjonerów zaczęliśmy traktować jak trenerów klubowych, rozliczanych od przerwy na kadrę do przerwy na kadrę. Jeśli jako tako dali radę we wrześniu, do października mają spokój. Ale już jeśli w listopadzie pójdzie im źle, to w marcu, przynajmniej medialnie, grają o posadę.

Nie dość, że na tym stanowisku nikt nie ma czasu na nic, to jeszcze szalonym tempem zmian okroiliśmy jakiekolwiek resztki cierpliwości. Świadomość, że nigdzie w Europie, od największych potęg, po kontynentalnych karłów, nie działa się w ten sposób, powinna jednak zadziałać choć odrobinę otrzeźwiająco na całe środowisko. Od tych, którzy mają realny wpływ na decyzje, po tych, którzy wyznaczają nastroje społeczne, po komentujących w Internecie kibiców. Kto jak kto, ale akurat my powinniśmy wiedzieć najlepiej w Europie, że zmiana selekcjonera nie likwiduje problemów reprezentacji.

To, że wcześniej zmian było dużo, nie oznacza oczywiście, że Urban powinien czuć się absolutnie nietykalny. Jeśli stałby się częścią skandalu uderzającego wizerunkowo w całą polską piłkę albo tak skonfliktowałby się z – na przykład – Piotrem Zielińskim, że najlepszy polski piłkarz powiedziałby: albo on, albo ja – trzeba by było zwołać sztab kryzysowy i faktycznie zastanowić się, co dalej. Gdyby Urban spadł z hukiem z Ligi Narodów albo zaczął eliminacje do Euro tak fatalnie, że poważnie groziłoby to brakiem awansu na turniej, nie byłoby pewnie wyboru. Na razie jednak do żadnej skrajnej sytuacji nie doszło. A akurat my doprowadziliśmy reprezentację Polski do takiego ekstremum, że raczej sensownie byłoby zmieniać po raz kolejny tylko w razie prawdziwego kataklizmu.

Plebiscyt na selekcjonera

Być może jeszcze gorsze od powszechnego przekonania, że dni Urbana są policzone, jest tylko to, że jego następca zdaje się już być wybrany i jest nim aktualny selekcjoner kadry U-21. Drużyny, które zaprojektowano po to, by ze sobą ściśle współpracowały, przekształciły się przez wybory personalne prezesa w plebiscyt na selekcjonera. Ilekroć reprezentacja U-21 zagra dobrze, tyle razy słychać pytania, czy potrafiłaby tak zagrać także drużyna Urbana. A gdy młodzieżówce powinie się noga, jak ostatnio we Włoszech, jest to traktowane jako dowód, by z tym Brzęczkiem jako zbawicielem się jednak nie spieszyć. Rodzi to paskudne wątpliwości, czy pomiędzy oboma trenerami nie włączył się jakiś rodzaj rywalizacji? Czy nie ma konfliktu interesów i Urban nie będzie zabierał piłkarzy z młodzieżówki, których tak naprawdę nie potrzebuje, by tylko osłabić konkurenta? Pod tym względem znacznie zdrowszy był układ z Adamem Majewskim czy Maciejem Stolarczykiem jako trenerami kadry U-21, bo nikt nie traktował ich jako poważnych kandydatów do objęcia seniorskiej kadry. Od początku było więc wiadomo, że ich drużyny pełnią rolę służebną wobec dorosłej reprezentacji Michała Probierza czy Paulo Sousy.

Rzeczywistą miarą dobrej pracy Brzęczka nie jest to, ile meczów jego drużyna wygrała w eliminacjach do Euro U-21, choć jest to oczywiście istotne, lecz to, że Wiktor Nowak po szlifach w młodzieżówce bezboleśnie wszedł do pierwszej kadry. Albo to, że w ważnym meczu Ligi Narodów Urban wpuścił na boisko Marcela Regułę i Oskara Pietuszewskiego. Kadra U-21 istnieje po to, by dawać zawodnikom przetarcie przed wejściem do pierwszej reprezentacji. Jeśli Brzęczek tworzy ku temu przyjazne środowisko, wykonuje dobrą pracę. Nawet jeśli nie awansuje na młodzieżowe Euro.

Rozczarowanie to nie katastrofa

Po trzynastu miesiącach pracy Urbana można być nim rozczarowanym. Nie awansował na mundial, nie awansuje do pierwszej dywizji Ligi Narodów. Nie podniósł więc błyskawicznie poziomu kadry po Probierzu, co wydawało się możliwe podczas udanej zeszłorocznej jesieni. 2026 rok przynosi niewątpliwie niepokojącą tendencję, uwydatnia powtarzalne błędy tej kadry, z którymi selekcjoner zdaje się sobie nie radzić. Niektóre wypowiedzi Urbana, podobnie jak jego wybory personalne, dają powody do ożywionych dyskusji. Jednocześnie jednak nie wydarzyło się na razie nic spektakularnego. Nie wygląda na to, by selekcjoner stracił szatnię. Raczej nie spadnie z dywizji B Ligi Narodów. Jeśli zaprzepaści sprawę drugiego koszyka w eliminacjach, wciąż jeszcze może wejść na turniej z trzeciego. Przegrana w barażowym wyjazdowym meczu ze Szwecją mogła się zdarzyć.

Może we wprowadzaniu młodzieży nie jest tak odważny, jak oczekiwano po jego karierze klubowej, ale jednak za jego czasów w kadrze zadebiutowało już dwunastu piłkarzy. Może nie ceni polskiej ligi tak, jak niektórzy by oczekiwali, ale w ostatnim ważnym przecież meczu, po boisku biegali piłkarze Jagiellonii, Zagłębia, Widzewa i Górnika Zabrze. Nie jest idealnym selekcjonerem, ale może na razie musi nam wystarczyć, że nie jest też beznadziejnym.

To przecież w europejskiej piłce jest bardzo nudne, techniczne stanowisko. Uznawane niemal za emeryturę dla renomowanych trenerów. Nie oczekuje się od nich, że będą co zgrupowanie wyciągać nowego królika z kapelusza, odmładzać kadrę, czy wymyślać rewolucyjne rozwiązania taktyczne. Mają jeździć na mecze, być na bieżąco, mieć jakiś powtarzalny pomysł i w miarę konsekwentnie szlifować go w ramach ograniczonego czasu. A raz na dwa lata, przy okazji wielkiej imprezy, gdy nagle znajdą się w centrum narodowego zainteresowania, decyduje się, czy dać im prawo do dłubania w podobny sposób przez kolejne dwa lata, czy zatrudnić kogoś nowego. A w naszych warunkach wydarzeniem jest, że Cezary Kulesza uznał, że do listopada Urban ma czas. Wielka łaska, wielka debata nad losem selekcjonera została odroczona o 42 dni. Przecież kontrakt selekcjonera obowiązuje jeszcze rok, a w razie awansu na Euro przedłuży się automatycznie do czerwca 2028. Naprawdę, jesteśmy w takim momencie i położeniu, że jeszcze dałoby się jasnym komunikatem uciąć wszelkie spekulacje. Kulesza jednak sygnalizując, że „po meczu ze Szwecją zdecyduje co dalej”, tylko dmuchnął w ogień przypuszczeń.

Klub całego narodu

To wszystko po części efekt tego, że wobec braku silnych drużyn klubowych, reprezentacja jest najważniejszym polskim zespołem. W wielu innych krajach, gdy kończy się przerwa na kadrę, wszyscy prędko zapominają o reprezentacjach narodowych, bo na boisko wbiegają Juventusy, Bayerny, Reale czy Manchestery. U nas jednak na Ligę Mistrzów patrzy się jedynie pod kątem tego, kto może błysnąć w reprezentacji i wszystko ocenia się przez jej pryzmat. To z jednej strony przywilej, świadczący o tym, jak ważną rolę w życiu polskiego społeczeństwa piłkarskiego odgrywa kadra. Z drugiej przekleństwo, bo przenoszenie na nią mechanizmów z piłki klubowej tylko jej szkodzi. Najlepsze, co moglibyśmy zrobić wszyscy dla dobra reprezentacji, to częściej zapominać o jej istnieniu. Może to dałoby kadrze narodowej choć odrobinę spokoju. Nie musimy od razu, jak Norwegowie, cierpliwie wytrzymywać bez zmian trzech lat porażek. Zacznijmy chociaż od wytrzymania trzech porażek.

Zobacz inne