Alex De Minaur sprawił, że kibice Huberta Hurkacza mogli się niepokoić już po dwóch minutach. W półfinale turnieju w Pekinie Australijczyk wzorcowo wytrącił rywalowi z rąk największą broń, dominując w meczu, który zakończył się kreczem Polaka przy stanie 4:6, 2:3. Typowanie wyniku odradzali wcześniej niektórzy analitycy tenisowi. Dodaj nas do ulubionych źródeł w Google
Iga Świątek i trzy inne tenisistki rywalizujące wcześniej na korcie centralnym w Pekinie sprawiły, że Hubert Hurkacz musiał poczekać dłużej na swój półfinał. Ale to nic w porównaniu z tym, ile czeka już na drugie w karierze zwycięstwo nad Aleksem De Minaurem. A australijski tenisista przypomniał w poniedziałek, dlaczego to jedyne w ich czterech wcześniejszych pojedynkach miało miejsce 2708 dni temu.
Zobacz wideo Co za słowa Grbicia o Polaku. „Perfekcjonista”
„Demon prędkości” znów pokrzyżował plany Hurkacza. Przykra powtórka z Wimbledonu
To właśnie De Minaur zepsuł Hurkaczowi – rewelacyjny do tego momentu – powrót do rywalizacji w styczniowym United Cup. Mający wówczas za sobą siedmiomiesięczną przerwę Polak błyszczał, pokonując także topowych rywali. Wyjątkiem było właśnie spotkanie z będącym obecnie dziewiątą rakietą globu Australijczykiem, przegrane 4:6, 6:4, 4:6. Teraz walczący wciąż o powrót do światowej czołówki Polak (34. ATP) mógł się zrewanżować za tamto spotkanie i utrudnić De Minaurowi walkę o awans do kończącego sezon turnieju ATP Finals.
Z jednej strony 29-letni Wrocławianin nazywany jest maszyną do serwowania, a świetna dyspozycja w tym elemencie na kortach twardych (na nich toczy się rywalizacja w stolicy Chin) ma ogromne znaczenie. Problem polegał teraz na tym, że De Minaur świetnie returnuje i pokazał to już w pierwszym gemie półfinału w Pekinie. Hurkacz nie zepsuł wtedy serwisu ani razu, a mimo to zdobył zaledwie jeden punkt i po dwóch minutach miał już na koncie stratę podania. W jego kolejnym gemie serwisowym było podobnie.
Szybkość w poruszaniu się na korcie to drugi znak firmowy Australijczyka. Ten motorek w nogach (komentator Polsatu Sport nazwał go „demonem prędkości”) sprawia, że błyszczy w defensywie i jest zmorą rywali, sprawiając, że piłka raz po raz wraca na ich stronę kortu. To właśnie dzięki temu, w połączeniu z brakiem błędów w ofensywie, wyszedł w Pekinie na prowadzenie 4:0.
