W piątek przeciwko Bośni i Hercegowinie (0:0) Robert Lewandowski rozegrał jeden z najgorszych meczów w reprezentacji Polski. Ale to nie nad nim trzeba wzdychać i nie o niego trzeba się martwić. Na Stadionie Narodowym zobaczyliśmy, jak koszmarna może być przyszłość naszej kadry, gdy Lewandowski w końcu postanowi zakończyć karierę. Dodaj nas do ulubionych źródeł w Google
Był początek drugiej połowy, kiedy siedzący tuż obok mnie analityk bośniackiej kadry wymownie przetarł oczy po podaniu Roberta Lewandowskiego. Ale nie był to gest uznania dla kapitana reprezentacji Polski. To była reakcja na kolejne podanie Lewandowskiego do przeciwnika. Ten analityk, tak samo jak kibice zgromadzeni na Stadionie Narodowym, nie dowierzał w to, jak słabe spotkanie rozgrywał 38-letni napastnik.
W meczu z Bośnią i Hercegowiną nie spodziewałem się po Lewandowskim wiele. Kto ogląda mecze Chicago Fire, ten wie, że kapitan reprezentacji Polski – mówiąc delikatnie – nie jest w najwyższej formie. A przecież doszła jeszcze do tego długa podróż i aklimatyzacja w kraju. Czasy, w których Lewandowski samodzielnie dźwigał całą kadrę na własnych barkach, już dawno się skończyły.
Zobacz wideo Lewandowski pożałuje przeprowadzki do MLS? Citko: To ryzykowny krok
Ale to, co zobaczyliśmy na Stadionie Narodowym, przeszło moje wszelkie oczekiwania. To prawdopodobnie był jeden z najsłabszych, o ile nie najsłabszy mecz Lewandowskiego w kadrze. Słabszego przynajmniej nie pamiętam. A kiedy Lewandowski gra słabo, słaba jest też nasza kadra. Co zresztą widać było w zremisowanym meczu z Bośniakami.
Nie chodzi tylko o to, że Lewandowski nie oddał w piątek żadnego strzału, a jego kontakty z piłką w polu karnym można policzyć na palcach jednej ręki. Nie chodzi też o to, że momentami snuł się po boisku. Najbardziej szokowało to, jak często Lewandowski podawał do przeciwników. Jakie problemy czasami sprawiało mu nawet przyjęcie piłki.