Klub z jedynego miasta w Ekstraklasie poniżej stu tysięcy mieszkańców połowę składu potrafi obsadzić wychowankami, a liczbą minut absolwentów akademii tylko nieznacznie ustępuje Ajaksowi i Barcelonie. Mimo to 80. urodziny Zagłębia Lubin świętowano raczej w podłych nastrojach, bo klub musi się mierzyć z trudnymi do rozwiązania rynkowymi dylematami.
Dodaj nas do ulubionych źródeł w Google
Obchody jubileuszu 80-lecia istnienia Zagłębia Lubin, których kulminacja przypadła na miniony weekend, były dobrą okazją, by przypomnieć, że najbardziej bezbarwny klub ligi nie zawsze taki był. Obecność dawnych sław piłkarskich czy trenerskich kazała uważniej spojrzeć na eksponowane na stadionowych korytarzach chwile chwały. Dwa mistrzostwa Polski, mecze z Milanem w europejskich pucharach. Przemawiający na telebimie Piotr Zieliński, najsłynniejszy wychowanek Zagłębia, przypominał, że łączność Miedziowych ze światem wielkiej piłki nie całkiem się zerwała. Urodziny to jednak nie tylko okazja do wspomnień, ale też do spojrzenia naprzód.
Zagłębie jest ewenementem na krajową skalę i jednym z nielicznych wyróżniających się punktów na mapie polskiej ligi. W drugiej połowie wygranego spotkania z GKS-em Katowice po boisku w drużynie Leszka Ojrzyńskiego biegało aż pięciu wychowanków. Dla klubu funkcjonującego w najmniejszym ekstraklasowym ośrodku, jedynym mniejszym niż sto tysięcy mieszkańców, to niesamowity wyczyn. Co ważne, nie był to efekt pokazówki trenera. Jeden wychowanek strzelił gola, inny asystował, następny jest gwiazdą, a kolejny kapitanem zespołu. Według danych CIES Football Observatory, w obecnym sezonie absolwenci akademii spędzili w drużynie Zagłębia 34 proc. możliwych do rozegrania minut. To wynik przeszło trzykrotnie przekraczający ekstraklasową średnią. Tylko nieznacznie ustępujący Ajaksowi Amsterdam czy Barcelonie, klubom tradycyjnie noszącym szkółkę na sztandarach. Przez wiele lat mówiło się, że jeśli Zagłębie ma być finansowane przez spółkę skarbu państwa, właśnie tak powinno funkcjonować. I dość niepostrzeżenie, zaczęło.
Gry pałacowe
A jednak Zagłębie rzadko jest chwalone. Od ostatniego mistrzostwa miną wkrótce dwie dekady. Udział w europejskich pucharach jest odległy o dziesięć, a ostatni finał krajowego pucharu o dwanaście lat. W dziesięciu ostatnich sezonach Miedziowi nie skończyli ligi wyżej niż na szóstym miejscu, przez większość tego okresu kręcąc się w środku tabeli, najczęściej prezentując nudny futbol. Gdy jedyny raz w ostatnich latach spróbowali zrobić coś odważniejszego, zatrudniając Marcina Włodarskiego, ofensywnie nastawionego trenera odnoszącego sukcesy w piłce juniorskiej, omal nie spadli z ligi. Uratował ich Leszek Ojrzyński, którego styl przynosi przyzwoite wyniki, ale przypomina, że futbol ma wspólne korzenie z rugby. Długie wrzuty z autu i kopnięcia na kilkadziesiąt metrów do przodu to jego znaki firmowe.
Każdy trener Zagłębia na miejscu przekonuje się o specyfice klubu, w którym wszystko jest płynne i chwiejne, a umiejętność odnajdywania się w koteriach i pałacowych intrygach jest nie mniej ważna niż znajomość formacji i pozycji na boisku. Lubiński klub funkcjonuje w cyklu od wyborów do wyborów. Rozstrzygnięcia w wielkiej krajowej polityce przekładają się na jego obsady stanowisk bardzo bezpośrednio. Dyrektorzy sportowi są tylko trochę mniej tymczasowi niż trenerzy, a prezesi mają jeszcze nad sobą potężne i nieprzewidywalne ciało, jakim jest rada nadzorcza KGHM, która może niespodziewanie zanegować wszystkie ustalenia. Trzeba więc umieć lawirować tak, by wszyscy byli względnie zadowoleni. A to nie sprzyja podejmowaniu trudnych i niepopularnych decyzji, a potem czekania na ich efekty, co w futbolu bywa nieodzowne.
Zobacz wideo Maciej Śliwowski o korupcji w polskiej piłce: Niestety to trafiło na nas…
Stracone przewagi
Choć Miedziowi funkcjonują tak od dekad, zwykle były to i tak małe problemy w porównaniu do innych klubów, ledwo wiążących koniec z końcem, zdalnie rządzonych z ratusza, niemających żadnych przewag konkurencyjnych, ani kibiców na trybunach. Do Zagłębia przychodziło się podpisywać lukratywne kontrakty i nie martwić się, czy zostaną wypłacone na czas. Trudnością było raczej zmuszenie nagradzanych nimi piłkarzy, by w tym dobrobycie chciało się im chcieć. Domknięciem tej ery w dziejach klubu był spadek w 2014 roku. Sezon spędzony w I lidze przyniósł reset w postaci przychylniejszego spojrzenia na wychowanków. W ciągu pięciu lat od powrotu do elity Zagłębie sprzedało trzech absolwentów akademii za łącznie 10 milionów euro. Kolejni przynieśli drugie tyle innym polskim klubom, które lepiej pokazały ich w piłce seniorskiej. Było jednak jasne, że w Lubinie dorobili się jednej z najlepszych akademii w kraju.
W międzyczasie zmieniał się jednak rynek. Rosły stadiony, liga pięła się w europejskim rankingu, w coraz większej liczbie klubów pojawili się prywatni właściciele, a jak Polska długa i szeroka rozprzestrzeniała się moda na ligową piłkę. Zagłębie nowoczesny stadion miało jako jedno z pierwszych, ale teraz przestało to już stanowić jakąkolwiek przewagę. Zwłaszcza że akurat ono ma trudności z jego wypełnianiem. Średnia frekwencja w skali sezonu ostatni raz przekroczyła siedem tysięcy trzynaście lat temu, co wtedy dawało szóste miejsce w Polsce. Dziś oznaczałoby ogon ligi. Zagłębie nie zarabia na dniu meczowym, nie ma przychodów z europejskich pucharów. Jeśli ma przetrwać w zbrojącej się lidze, pozostają mu wpływy z transferów lub oczywiście z dotacji właściciela.
Niedoszły transfer
O to też nie jest już jednak tak łatwo. W lidze, która zaczęła bić transferowe rekordy, a milionowe zakupy spowszedniały, Miedziowi trzymają się odgórnych limitów. Można to nawet odbierać pozytywnie, wszak Zagłębie w sporej części obraca publicznymi pieniędzmi, ale nie ułatwia rywalizowania na poziomie Ekstraklasy. W poprzednim sezonie najczęściej wymawianym w kontekście Zagłębia nazwiskiem był Leonardo Rocha, napastnik, który w pierwszej połowie sezonu robił furorę i wywindował drużynę do czołówki tabeli, by w zimie odejść, bo klub nie zdecydował się wykupić go za 900 tysięcy euro. Dla Lubinian oznaczałoby to pobicie rekordu transferowego. Taka Korona Kielce w tym oknie kupiła jednak pięciu droższych zawodników. Ponad połowę rekordowych transferów Zagłębia stanowią zakupy sprzed dekady lub wcześniej, gdy na polskim rynku praktycznie nie było transakcji gotówkowych. Wtedy Miedziowi mogli uchodzić za potentata, dziś coraz częściej odstają.