...
Dom SportNikołow chce, by Polska zmierzyła się z Rosją. „To dobre dla wszystkich”

Nikołow chce, by Polska zmierzyła się z Rosją. „To dobre dla wszystkich”

przez admin

– Nikola Grbić wszedł do szatni i zaczął krzyczeć: „Panowie, panowie, chodźcie tutaj”. Zgromadził nas i wypalił: „Panowie, już jesteśmy mistrzami”. Pytaliśmy: „Wszystko z tobą w porządku?”. Pięć tygodni później zdobyliśmy tytuł po raz pierwszy w historii – mówi Władimir Nikołow. Z legendą bułgarskiej siatkówki rozmawiamy o jego przyjaźni z naszym trenerem oraz o jego dwóch synach, którzy są dziś gwiazdami bułgarskiej kadry.

Dodaj nas do ulubionych źródeł w Google

Polscy siatkarze są już pewni pierwszego miejsca w grupie B tegorocznych mistrzostw Europy siatkarzy. To nie oznacza, że środowy, ostatni mecz tej fazy będzie dla kibiców czymś nudnym. W końcu zawodnicy Nikoli Grbicia zmierzą się z wicemistrzami świata i gospodarzami turnieju, Bułgarami. Mecz ma zgromadzić w hali w Sofii komplet widzów, a biletów brakowało już kilka miesięcy temu.

Władimir Nikołow to były bułgarski siatkarz, brązowy medalista mistrzostw świata z 2006 i mistrzostw Europy z 2009 roku, a obecnie działacz, polityk i ojciec dwóch gwiazd kadry – Aleksandara i Simeona. W rozmowie ze Sport.pl opowiada o bułgarskiej siatkówce, jej rozwoju i sukcesach oraz o tym, jakim rywalem są Polacy i w jaki sposób Bułgarzy inspirowali się naszym systemem szkolenia. Nikołow mówi także o trenerze Nikoli Grbiciu i o tym, co nasz szkoleniowiec potrafił krzyczeć w szatni po trudnym meczu.

Jakub Balcerski: Tegoroczne domowe mistrzostwa Europy są dla Bułgarów wyjątkowe? Coś zmieniło się po tym, jak zdobyliście srebro mistrzostw świata?

Władimir Nikołow: Zawsze dobrze jest grać u siebie przed bułgarską publicznością. W zeszłym roku mieliśmy jednak trochę szczęścia podczas mistrzostw świata, zajmując to drugie miejsce. I teraz ludzie może rzeczywiście oczekują najlepszych możliwych wyników podczas turnieju rozgrywanego u siebie.

To zbyt duża presja dla waszych zawodników?

– Trzeba sobie zadać pytanie o to, co oznacza presja. Jeśli jesteś dobrze przygotowany, ona zwykle działa na twoją korzyść. Wierzę, że nasz zespół jest przygotowany i wierzę, że mamy całkiem spore szanse, żeby być jedną z dwóch drużyn z tej części drabinki rozgrywek, które dotrą do półfinału.

A jak postrzega pan wasz zespół? To oczywiście trochę wyjątkowa sytuacja dla pana, bo ma pan wgląd w to, co dzieje się szczególnie z dwoma zawodnikami, podpisanymi pana nazwiskiem. Jak to jest obserwować rozwój Aleksandara i Simeona? Są częścią wyjątkowego planu postawienia na młodzież w tym zespole, który teraz po latach wam się opłacił, prawda?

– Nie mieliśmy innego wyjścia, jeśli chcieliśmy mieć dobry zespół. Jedynym rozwiązaniem dla nas było zmienić podejście i postawić na młodych, utalentowanych zawodników. Tak, żeby pomóc im dać z siebie wszystko. To na pewno. Kiedy mówiłem, że w zeszłym roku mieliśmy trochę szczęścia, nie oznaczało to, że nie byliśmy przygotowani do gry na najwyższym poziomie. Mieliśmy szczęście, że znaleźliśmy się w innej grupie niż Polska, Włochy i Brazylia, czyli zespoły, które były prawdopodobnie od nas silniejsze. Część faworytów odpadła. W praktyce, żeby awansować do półfinału, musieliśmy zagrać z Niemcami, Słowenią i Stanami Zjednoczonymi, a nie z Polską, Włochami czy Japonią. I tutaj mieliśmy trochę szczęścia, ale…

Zobacz wideo Fornal z „apelem” do Grbicia: Mam nadzieję, że pójdzie po rozum do głowy

Wykorzystaliście tę szansę.

– Tak, można powiedzieć, że musisz być gotowy, żeby mieć szczęście. Jeśli nie będziesz na odpowiednim poziomie, fart nie będzie miał tu żadnego znaczenia. Będzie jeszcze gorzej, bo zmarnujesz coś, co mogłoby się już nie powtórzyć.

Oczywiście obserwuje pan też, jak wygląda to wszystko lokalnie jako prezes mistrza Bułgarii Lewskiego Sofia. Zna pan dobrze tutejszy system i jego funkcjonowanie. To, co wydarzyło się z kadrą, to efekt także wielu lat rozwoju tego układu? Przez lata wiadomo było, że macie świetną młodzież, ale chyba nikt nie zagłębiał się w to, jak udało się wam stworzyć takie pokolenie talentów.

– Cóż, pewnie lepiej niż ja pamiętasz, co wydarzyło się z reprezentacją Polski na początku XXI wieku. System, który wasz związek i całe środowisko rozwijały od początku lat dwutysięcznych, przyniósł pierwsze efekty podczas mistrzostw świata w 2006 roku. Zdobyliście srebro i od tego momentu Polska zawsze jest jedną z najsilniejszych drużyn na świecie. OK, z pewnymi wzlotami i upadkami, ale zawsze znajdzie się w gronie faworytów. I w tym nie ma żadnego łutu szczęścia.

To jest praca wykonana przez wiele lat, całkiem długi okres. Wiecie, ile hal zostało zbudowanych czy jak różne regiony pomagają rozwijać siatkarskie środowisko. Nie będę ukrywał, że próbowaliśmy skopiować niektóre z tych rozwiązań. Inspirowaliśmy się tym najpierw w Lewskim, a potem w kilku innych zespołach, staraliśmy się dawać młodym ludziom szansę, żeby bardzo wcześnie mogli pracować na najwyższym poziomie. I to nam bardzo pomogło.

Jak dokładnie wzorowaliście się na Polsce? Chodziło o coś konkretnego – na przykład sam sposób trenowania, może właśnie wprowadzania młodych zawodników czy coś takiego?

– Prawdopodobnie nie do końca chodziło o szkolenie, ale o to, w jaki sposób polska federacja zorganizowała wszystko w różnych regionach. Taki rozkład, gdy masz wszystko poukładane, bardzo wspomaga rozwój. Kiedy starasz się pchnąć do przodu jakąś dyscyplinę, zawsze łatwiej jest mieć kilka ośrodków, niż gdy wszystko jest scentralizowane.

Ile bułgarskich miast ma takie centra siatkarskie?

– Poza Sofią jeszcze trzy. W sumie mamy zatem cztery różne miasta, w których ciężko pracujemy na rzecz rozwoju siatkówki w całym kraju. Może to nie tak wiele, ale to są i tak cztery miasta więcej w porównaniu z tym, co było 15 czy 10 lat temu. Dlatego nie ma przypadku w tym, że zaczynamy widzieć jakieś rezultaty.

W Polsce też nie mamy ogromu takich miejsc, a wielu pomyślałoby, że skoro zdobyliśmy dwa tytuły mistrza świata, to musi być pół kraju.

– Ostatecznie liczy się to, że młodzi ludzie w Bułgarii i w Polsce chcą grać w siatkówkę bardziej, niż chcą grać na przykład w koszykówkę. To jest naprawdę ważne, ponieważ w naszym kraju wysokich chłopców i dziewczynek nie ma aż tak wiele. Polska jest większa i może nie ma aż takiego problemu, ale u nas kluczowe jest, żeby pracować z nimi od najmłodszych lat i przekonywać te dzieci, że dzięki siatkówce mogą mieć przyszłość.

A jak było z pana synami? Czy od razu zaczęli myśleć o siatkówce również ze względu na pana, czy może zaczynali od innych sportów i trzeba było ich przekonywać?

– Nie, niczego im nie musieliśmy tłumaczyć ani do niczego przekonywać. Zaczęli grać w siatkówkę głównie dlatego, że ja byłem siatkarzem. A moja żona była trenerką siatkówki i właściwie to ona trenowała ich na początku. To pomaga. Jedyną rzeczą, o jakiej słuchali od najmłodszych lat, była siatkówka. Kiedy oglądali każdy mój mecz, moja żona i tak z nimi pracowała, więc powiedzieli: dlaczego nie? Tak to się zaczęło.

Ciekawe, że to pana żona jako pierwsza zaczęła ich trenować, a nie pan. Mimo wszystko zwracali się do pana po rady? Jak wyglądała ta relacja ojciec–synowie?

– Masz dzieci?

Jeszcze nie.

– Dlatego nie rozumiesz. Oni wiedzą wszystko lepiej ode mnie – w życiu, w biznesie, w siatkówce. We wszystkim. Kiedy będziesz miał dzieci, zrozumiesz, co mam na myśli. To nie znaczy, że chcieli być zupełnie inni niż ja, ale wybrali własną drogę. To naturalne, że nią poszli.

A pan jakoś musiał się ograniczać, patrzeć na nich nie przez pryzmat tego, że to synowie? Tylko, że to po prostu siatkarze – pan Aleksandar i pan Simeon?

– Nie patrzyłem na to z tej strony, nie wiem. Choć nasz trzeci syn, starszy od Aleksa i Moniego, nie jest specjalnie zainteresowany siatkówką, a ja do niczego go nie przymuszałem. Nie było trzeba mnie też przed tym powstrzymywać. Każde dziecko jest inne, one mają własne marzenia i uczucia. A nasi synowie bardzo się od siebie różnią. Zdecydowanie wykorzystali to, że mogą zrobić to, czego sami pragną. Kiedy byli mniejsi, nie byłem przekonany, że będą siatkarzami ze światowej czołówki. Jednak trudno było tego oczekiwać, gdy Aleks bardzo długo był najniższym zawodnikiem w drużynie. Gdy jesteś mały, trudno sięgnąć po wielkie marzenia. W pewnym momencie urósł, chyba mając 18 lat. Wtedy wszystko stało się dużo łatwiejsze.

Zobacz inne