Nie dokonali tego Jupp Heynckes ani Thomas Tuchel. Poległ nawet Pep Guardiola. Bayernowi Monachium zwycięstwo na stadionie Realu Madryt dał dopiero Vincent Kompany, który – jak sam mówi – miał „zero, zero, zero, coś tam procent” szans na to, że w ogóle zostanie jego trenerem.
To dopiero ćwierćfinał, do Budapesztu wciąż daleka droga, ale wtorkowemu występowi Bayernu Monachium na Santiago Bernabeu towarzyszyła myśl, że właśnie tak gra zwycięzca tegorocznej Ligi Mistrzów. To był ten sam Bayern, który co tydzień zachwyca w Bundeslidze i który strzelił w tym sezonie już sto goli. Ten sam, który pierwszy raz od sezonu 2019/20 może zdobyć potrójną koronę, ponieważ wreszcie udało mu się pogodzić dominację w lidze i znakomitą grę w Europie z dotarciem do finału Pucharu Niemiec. I ten sam, który w poprzedniej rundzie zdemolował w dwumeczu Atalantę 10:2 – odważny, agresywny, dominujący i ciągle nienasycony. Bayern nie pękł, nie zmienił się, nie zawiódł. Ten mecz z Realem Madryt nie powiedział o nim niczego nowego, ale uwiarygodnił go jako faworyta do triumfu. Zresztą, to spotkanie nie było od tego, by mówić o Bayernie coś jeszcze. Było właśnie po to, by nawet sceptycy przekonali się, że Bayern nie jest tylko królem swojego podwórka i może w tym sezonie przenieść dominację z Niemiec na starcia z najsilniejszymi rywalami w Europie.
Zobacz wideo Kosecki o Lewandowskim: Robert powinien zostać w reprezentacji i walczyć
Ten stadion to dla Bayernu sala tortur. Nie dał rady Guardiola, Tuchel ani Heynckes
– Chcę po prostu zobaczyć drużynę, która się nie boi – mówił dzień przed meczem Vincent Kompany, wiedząc, że mecz na Santiago Bernabeu będzie dla jego zespołu najbardziej wiarygodnym testem i jeśli nie wystraszy się tego stadionu i tego rywala, to prawdopodobnie nie pęknie już przed nikim. Santiago Bernabeu to bowiem dla Bayernu sala tortur. Mógł być w znakomitej formie, mieć kolosalną przewagę w lidze, zachwycać wszystkich dookoła i marzyć o Lidze Mistrzów, ale gdy przyjeżdżał do Madrytu, w końcu i tak pękał. Nieważne, kto akurat był jego trenerem i jakie gwiazdy miał w składzie – od 25 lat wyjeżdżał z Madrytu bez zwycięstwa.
Były trener Bayernu Pep Guardiola właśnie po dwumeczu z Realem przyznał, że jeszcze nigdy w karierze nie popełnił tylu taktycznych błędów, tak bardzo się nie zagubił i nie zwątpił we wszystkie swoje pomysły. Odchorowywał tę porażkę miesiącami. Później Jupp Heynckes zachwycał się, że jego drużyna wprawdzie zagrała znakomicie i „od lat nie widział tak grającego Bayernu”, ale wystarczyło to jedynie do remisu 2:2, który dał awans Realowi. Ostatnio – dwa lata temu – do Madrytu przyjechał z Bayernem Thomas Tuchel, chcąc Ligą Mistrzów uratować sezon, w którym oddał mistrzostwo Bayerowi Leverkusen, a z krajowego pucharu pożegnał się porażką z trzecioligowym Saarbrücken. Dzień przed meczem na Bernabeu wygłosił swoje najbardziej emocjonalne przemówienie. Mówił o micie Realu Madryt i zachęcał piłkarzy, by „połączyli się ze swoim wewnętrznym dzieckiem”. Chciał, by przypomnieli sobie, jak przed laty marzyli o rozegraniu takiego meczu – właśnie na tym stadionie, właśnie przeciwko Realowi, właśnie w Lidze Mistrzów. I nawet jeśli miał rację, bo chociażby Joshua Kimmich przyznał, że zachwycał się tym stadionem podczas szkolnej wycieczki, to na koniec Bayern został przygnieciony właśnie tym mitem niezwyciężonego Realu. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że do 88. minuty Real przegrywał 0:1, ale został cudownie uratowany przez swojego rezerwowego napastnika – Joselu, który przez całą karierę strzelił w Lidze Mistrzów raptem trzy gole, ale akurat tego jednego wieczoru, wbrew wszelkiej logice, w dziewięć minut zdobył dwie bramki?
Z Madrytu smutny wyjeżdżał więc i genialny Guardiola, i przebiegły taktycznie Tuchel, i złoty dla Bayernu Heynckes. Z Realem na jego stadionie wygrał dopiero Vincent Kompany, którego – tym bardziej w porównaniu do wymienionych poprzedników – wciąż można traktować jako trenera na dorobku. I było to zwycięstwo, w którym nie da się pominąć jego zasług. O ile Real wyglądał jak zlepek niesamowitych indywidualności, o tyle Bayern nie dość, że miał w swoim składzie znakomitych zawodników, to jeszcze oni wszyscy świetnie ze sobą współgrali. Ale czy to zwycięstwo powinno dziwić? Skoro Kompany zdołał odmienić cały Bayern, to dlaczego miał nie przetrwać w sali tortur?