...
Dom Sport„Nie do wiary!”. Oto jak Świątek przegrała mecz. Ale jest dobra wiadomość

„Nie do wiary!”. Oto jak Świątek przegrała mecz. Ale jest dobra wiadomość

przez admin

Iga Świątek krzyczała do albo na swoich współpracowników, Daria Abramowicz i Maciej Ryszczuk podpowiadali jej, jak mogli, ale to były męki. Jessica Pegula dobrze wiedziała, jak wpędzić Polkę w tarapaty. Po prawie trzech godzinach walki Świątek nie znalazła wyjścia z escape roomu i przegrała 5:7, 6:4, 4:6 starcie o finał turnieju WTA 1000 w Cincinnati.

Dodaj nas do ulubionych źródeł w Google

– Dawaj! Skupiona! Rób swoje! – krzyczała Daria Abramowicz do Igi Świątek już po około pięciu minutach meczu. Wtedy Polka (nr 5 w rankingu WTA) remisowała z Jessiką Pegulą (nr 3) 1:1 i 30:30. Pozornie jeszcze nie było się czym emocjonować. Ale już wtedy Iga popełniła drugi podwójny błąd serwisowy. I to było wymowne.

Świątek od początku była spięta. Nie grała tak płynnie, jak we wcześniejszych rundach turnieju WTA 1000 w Cincinnati i w całej imprezie WTA 1000 w Toronto, którą tuż przed przyjazdem do Ohio wygrała. Polka miała w tym meczu problemy ze swoją grą, a Pegula umiejętnie je zwiększała. Słyszeliśmy, jak trener dokładnie instruował ją, jak ma serwować i jak grać kolejne piłki w wymianach. A przy tym widzieliśmy, że trzecia zawodniczka światowego rankingu wszystkie uwagi przyjmuje z olimpijskim spokojem. I z takim samym nastawieniem walczy o każdą piłkę, w każdej sytuacji. Przy czym walcząc, uważa, żeby nie pomagać rywalce – unika niepotrzebnych błędów i korzysta z tego, że przeciwniczka nie może się opanować i choć nie ma skalibrowanego celownika, to nie wstrzymuje ręki.

Świątek długo się frustrowała i dyskutowała. A Pegula była jak skała

Świątek przez wiele miesięcy tego sezonu miała duży problem z zachowywaniem spokoju, z unikaniem pośpiechu, z wyzbyciem się chęci grania jak najmocniej. Ale po przegranej w III rundzie Wimbledonu przez miesiąc nie grała, z czego trzy tygodnie przepracowała z Francisco Roigiem, a jednocześnie też z Darią Abramowicz i Maciejem Ryszczukiem. I są efekty.

Z trenerem, który przez 18 lat pracował z Rafaelem Nadalem, Świątek zdołała wrócić do grania mocnego, ale przy tym solidnego, z budowaniem punktu, z przygotowywaniem ataku, a nie z szarżą na hurra. Ze swoją psycholożką wypracowała przekonanie, że najbardziej stresująca część sezonu już się skończyła. A ze specem od przygotowania motorycznego podtrzymała formę, którą cały czas miała – fizycznie jest nie do złamania, ten aspekt nie zawodził nawet w najtrudniejszych chwilach, bo kiedy tenisistka mówiła, że jej ciało było sztywne, to od razu tłumaczyła, że działo się tak przez stres (opowiadała o tym po przegranej z Martą Kostiuk w IV rundzie Rolanda Garrosa).

Odrodzoną Świątek dopiero co podziwialiśmy, gdy po 11 miesiącach bez żadnego finału doszła do meczu o tytuł w Toronto i pewnie go wygrała, nie dając szans Jelenie Rybakinie. A po chwili w Cincinnati zachwycaliśmy się choćby wtedy, gdy Świątek z absolutnym spokojem wytrzymywała kapitalnie granie Marii Sakkari i odwracała mecz. Czyli gdy drugi raz w ciągu nieco ponad tygodnia (po odwróceniu meczu z Martą Kostiuk w Toronto) robiła coś, czego nie była w stanie zrobić przez ostatnie pół roku (od lutego do sierpnia Świątek zawsze przegrywała mecze, które zaczynała od przegrania seta – tak było sześć razy z rzędu).

Tymczasem jeśli ktoś widział ostatnie mecze Świątek – wygrała ich 10 z rzędu – a na jej starcie z Pegulą w Cincinnati odrobinę się spóźnił, to mógł nie uwierzyć w statystyki wyświetlone przy stanie 2:3 i 0:30, patrząc z polskiej perspektywy. Otóż wtedy dowiedzieliśmy się, że Świątek popełniła właśnie 14. niewymuszony błąd w meczu. Przy zaledwie sześciu takich pomyłkach Amerykanki.

– Grasz! – krzyczał Ryszczuk. – Dawaj! Spokojnie! – dodawała Abramowicz. A Świątek coś odkrzykiwała (nie słyszeliśmy, co) i całą sobą pokazywała, jak bardzo jej się to wszystko nie podoba.

„Nie do wiary! Nie do wiary!”. Tak Świątek przegrała seta

Granie piątej aktualnie tenisistki rankingu WTA zaczęło nam się podobać, gdy ze stanu 4:2 dla Peguli robiło się 5:4 dla Świątek. Ale to nie był koniec problemów Polki. W trudnym momencie Pegula zachowała spokój, trener Mark Knowles nie przestawał dawać jej dobrych rad i wkrótce Iga znów przegrywała – 5:6. Niestety, w dużej mierze znów sama sobie była winna. Punkt na 5:6 przy swoim serwisie przegrała po kolejnym podwójnym błędzie serwisowym. Już piątym w meczu.

Na usprawiedliwienie Świątek, ale też Peguli – bo i ona w końcu myliła się coraz częściej – trzeba podkreślić, że w trakcie meczu mocno wiało. W takich warunkach trudniej trafiać. Ale niemożliwe było to, co Polka zrobiła, popełniając 26. niewymuszony błąd w tym spotkaniu.

– Nie do wiary! No, nie do wiary! – aż krzyczał Bartosz Ignacik, który razem z Paulą Kanią komentował mecz w stacji Canal+. Świątek miała woleja spod samej siatki, a broniąca się chwilę wcześniej daleko za kortem Pegula już nawet nie próbowała wracać. To musiał być punkt na 5:6, 40:40. Musiał, ale nie był – Polka podarowała rywalce punkt na wagę seta.

Reset Świątek. Tak to wyglądało

Tuż po pierwszej partii zobaczyliśmy, że Świątek popełniła w niej 26 niewymuszonych błędów, a Pegula – 21. Iga miała 13 uderzeń kończących, a jej przeciwniczka zagrała zaledwie pięć winnerów. Liczby pokazywały, że na większym minusie była Amerykanka, ale kto oglądał mecz, ten widział, że ona zachowywała spokój, a Świątek w kluczowych momentach właśnie tego brakowało.

Po pierwszym secie Polka zeszła na przerwę toaletową. Nie widzieliśmy, jak Świątek się resetuje, natomiast obserwowaliśmy, jak w tym czasie swoje dalej robią Pegula i jej trener. Oni krok po kroku przypominali sobie plan na ten mecz.

Od początku drugiego seta z boksu Świątek słyszeliśmy jeszcze więcej komend. – Iga, raz, dwa, raz dwa! – pokrzykiwał Ryszczuk po gemie na 5:7, 1:0. – I nie machaj rękami, Iga! Tylko kolejna piłka! Come on! Tylko do przodu! – dodawała Abramowicz. Trener Roig ograniczył się do rzucenia „Vamos”.

Strasznie nam było szkoda, gdy z wiatrem przeminęły dwie szanse Igi na 2:0. Ale „Vamos, Iga” – Roiga zaczęło się wtedy pojawiać częściej. Trenerowi Polki było ogromnie daleko do takiego radzenia zawodniczce, jak to cały czas robił szkoleniowiec Peguli, jednak zauważalne było, że w ogóle się ożywił, że się włączył.

– Dawaj! Dawaj! Dawaj! Iga, walczymy! Wszystko jest okej! – krzyczała Abramowicz, gdy Świątek obroniła się przed przełamaniem na 5:7, 1:2. Nasza tenisistka mocno grymasiła. Już nawet zdawała się skarżyć na pracę swoich nóg, klepiąc się po udach i gestykulując w stronę swojego boksu. – Troszkę więcej spokoju w poruszaniu, bo rwiesz ten ruch. Spokojnie, jeden, dwa, trzymaj rytm – tłumaczył Ryszczuk. – Graj! Graj! Graj! – zachęcała Abramowicz.

Prawdę mówiąc, nie było łatwo patrzeć, jak bardzo Świątek się szarpie, a słuchając jej sztabu, można było tylko mieć nadzieję, że zawodniczkę te wszystkie komunikaty uspokajają, a nie potęgują jej frustrację. Ale pewne było jedynie to, że Iga toczy walkę ze sobą i że ma blisko ludzi, którzy próbują jej pomóc. Natomiast nie wiedzieliśmy, na ile byli skuteczni i czy – sądząc po reakcjach zawodniczki, tak to chwilami wyglądało – chwilami nie byli wręcz przeciwskuteczni.

Przy 5:7, 3:2 i 40:0 łapaliśmy oddech, bo po wygraniu siedmiu punktów z rzędu Świątek miała trzy breakpointy na 4:2. – Brawo! Brawo! – słychać było z jej boksu. „Jazda!” – ryknęła Iga po wykorzystaniu drugiej z szans na przełamanie. Wynik 5:7, 4:2 po godzinie i 40 minutach meczu wyglądał na niezły. Ale skoro tak, to już wtedy mieliśmy najlepszy dowód, jak okropnie wyniszczającym maratonem musiał się stać ten mecz, żeby Iga w ogóle mogła pomyśleć o zwycięskim dobiegnięciu do mety.

– Więcej kicka, Iga – przekazywał Ryszczuk, gdy Świątek serwowała. Bardzo możliwe, że to była rada od Roiga. Bo Pegula czytała podania Polki. Dobrego pierwszego serwisu w tym meczu Idze często brakowało. I – niestety – równie mocno brakowało jej stabilizacji. To było falowanie i spadanie, jakie znaliśmy z gry Igi ze wszystkich tegorocznych turniejów aż do Toronto. Po przełamaniu Peguli Świątek błyskawicznie straciła przewagę – gema na 5:7, 3:4 przegrała do zera. I znów nerwowo komentowała coś w stronę swoich współpracowników.

Pegula dogoniła na 4:4, ale Świątek nie pękła. Tym razem końcówka seta należała do niej. 5:7, 6:4 – tak wyglądał wynik po dwóch godzinach i czterech minutach tego półfinału. A na decydującą partię nieźle nastrajały nas statystyki pokazujące, że po 26 niewymuszonych błędach w pierwszym secie, w drugim Świątek popełniła ich „tylko” 16 (Pegula 19, po – przypomnijmy – 21 w pierwszym secie). Winnerów obie panie w drugiej partii zagrały po 10.

Pegula najpierw to pokazała, a później o tym powiedziała. Dzięki temu pokonała Świątek

Coś mówiły nam liczby, a jeszcze więcej pokazywała nam mowa ciała Igi Świątek. W decydującą partię Polka weszła z dobrą energią, jakiej długo w tym meczu nie umiała znaleźć. Natomiast w pewnym momencie można było zacząć podejrzewać, że dla Peguli to wszystko trwa już za długo. Przy wyniku 7:5, 4:6, 1:2 (patrząc z perspektywy Amerykanki) Pegula popełniła dwa podwójne błędy serwisowe w jednym gemie. To były jej pierwsze takie pomyłki w meczu! Świątek tych prezentów nie zmarnowała – dołożyła swoje dobre akcje i zanotowała przełamanie na 5:7, 6:4, 3:1.

Oczywiście do dramaturgii tego meczu kompletnie nie pasowałby scenariusz, w którym Świątek dołożyłaby gema na 5:7, 6:4, 4:1 i już do końca przypilnowałaby wypracowanej przewagi. Niestety, co wrażliwsi kibice musieli przeżywać kolejne stany przedzawałowe. Pegula się nie poddała i błyskawicznie odrobiła stratę przełamania. Po czym dołożyła gema na wyrównanie. Publiczność w Cincinnati zgotowała Amerykance owację, a my po równo dwóch godzinach i 30 minutach tego półfinału znów kompletnie nie wiedzieliśmy, która z tenisistek jest bliżej zwycięstwa.

Przy stanie 5:7, 6:4, 3:3 i 30:30 Świątek popełniła niemal taki sam błąd, jak w ostatnim punkcie pierwszego seta. I z duszą na ramieniu czekaliśmy czy obroni się przed przełamaniem. Realizator transmisji pokazał nam wtedy zamyślonego Francisco Roiga. Ciekawe, na ile spokojna twarz Hiszpana w takich momentach jest maską. W każdym razie szkoda, że po trzech kolejnych akcjach wygranych przez Świątek pokazano nam reklamy, a nie jeszcze jedno zbliżenie na twarz trenera Polki. Możliwe, że zobaczylibyśmy na tej twarzy jakiś ślad uśmiechu po tym jak Iga się uratowała i wyszła na prowadzenie 5:7, 6:4, 4:3.

Po reklamach zobaczyliśmy, jak oczekując na początek gema Pegula podbija sobie piłkę ramą rakiety. Luz Amerykanki nie był na pokaz – błyskawicznie wyrównała stan decydującego seta na 4:4 (wygrała gema do 15). A za moment Świątek znów była w opałach, bo przy swoim serwisie przegrywała 0:40. Z nożem na gardle Polka zagrała trzy kolejne świetne podania. Doprowadziła do równowagi. Ale w grze na przewagi najpierw wyrzuciła forhend za końcową linię, a po chwili popełniła podwójny błąd serwisowy. W takim momencie! Siódmy w meczu.

Niestety, nerwy wzięły górę. Niestety, w najważniejszym fragmencie tego meczu Świątek przeplatała świetne zagrania z własnymi błędami. A Pegula była wtedy znakomita.

Po dwóch godzinach i 45 minutach Jessica Pegula prowadziła 7:5, 4:6, 5:4 i serwowała. Dwie minuty później prowadziła 7:5, 4:6, 5:4, 40:15 i miała dwa meczbole. Wykorzystała już pierwszego – po jej dobrym serwisie Świątek wpakowała bekhend w siatkę.

Od stanu 1:3 w decydującym secie Pegula zagrała świetnie. W trudnym momencie zareagowała najlepiej, jak mogła. Wygrała zasłużenie. A Świątek skończyła swoją serię zwycięstw i zagrała wyraźnie słabszy mecz niż poprzednie. Widzieliśmy, że wracały stare demony i choć Polka z pomocą swojego sztabu próbowała je przegonić, to koniec końców nie dała rady.

Mimo wszystko były w tym meczu też rzeczy, na których Świątek może budować optymizm przed US Open. Można odnieść wrażenie, że w pierwszej połowie tego roku taki mecz Świątek przegrałaby szybko i wyraźnie. Cenne jest, że choć od początku jej nie szło, to nie poddała się nerwom.

Zobacz inne