Zawartość
- 1 Dziennikarz twierdzi, że miał „ogon”, więc pojechał prosto na komisariat
- 2 Decydując o areszcie prokuratura i sąd nie posiadały dowodów na to, że e-mail z groźbami wysłał Kraskowski
- 3 Dziennikarz, który tropi przekręty i nikogo się nie boi
- 4 „Boję się, że obudzę się jutro z nożem w brzuchu i uznają to za samobójstwo”
Zarzuty, które posłużyły do aresztowania dziennikarza oparto na poszlakach, a nie dowodach. Nie zbadano kluczowych metadanych maila z pogróżkami, bo „był długi weekend”. Broń, którą miał posiadać, dostał kilka godzin wcześniej od poznanego w sieci „instruktora strzelectwa” po tym, jak został napadnięty przez nieznanego mężczyznę.
Leszek Kraskowski
6 czerwca Leszek Kraskowski, znany dziennikarz śledczy i freelancer, został zatrzymany przez policję. Na policyjnym protokole z zatrzymania wpisano godzinę 19.40, ale jako zakończenie czynności – godzinę 21.05.
Kilka godzin wcześniej, z adresu mailowego leszek.kraskowski.1967@proton.me, Kraskowski – według prokuratury – miał wysłać list do komendanta policji w Piasecznie z groźbą, że go zastrzeli.
To dziwna sprawa. Kraskowski używa od lat maila – z nazwiskiem w adresie – ale w domenie „gmail.com”. Udaje nam się ustalić, że konto na proton.me założył na żądanie informatora, który na to konto miał mu przesłać tajne materiały. Kraskowski nigdy jednak z niego nie korzystał. To nie jedyny zadziwiający wątek w tej historii.
W hondzie Kraskowskiego podczas przeszukania znaleziono pistolet gazowy produkcji włoskiej Bruni Modi i 54 sztuki amunicji. Biegły stwierdza, że jest on nielegalny – obecnie trzeba mieć na niego pozwolenie. Jeszcze kilka lat temu przepisy były inne i byłby on całkowicie legalny. Kraskowski – co jest zaskakujące – miał otrzymać tę broń od „instruktora strzelectwa spod Radomia” zaledwie kilka godzin wcześniej. Owego instruktora miał z kolei poznać w sieci, gdzie dwa tygodnie wcześniej na portalu X opisywał swoje kłopoty, w które wpadł w efekcie m.in. pracy dziennikarza śledczego. Do tej historii jeszcze wrócimy.
Dziennikarz twierdzi, że miał „ogon”, więc pojechał prosto na komisariat
Zatrzymanie Leszka Kraskowskiego nie było typowe. Feralnego dnia dziennikarz wracał ze sklepu Auchan w Piasecznie. W drodze powrotnej zauważył, że śledzą go jacyś mężczyźni w samochodzie. Był przekonany, że ktoś chce mu zrobić krzywdę. Jak mówią nam jego obrońcy, gdy go zatrzymali, (potem okazało się, że byli to policjanci po cywilnemu), dziennikarz zaczął uciekać, chciał dostać się na komisariat w Prażmowie w obawie o własne życie. Kiedy zobaczył umundurowanych policjantów – odetchnął z ulgą.
Czy ktoś, kto kilka godzin wcześniej wysłałby maila z groźbami zastrzelenia szefa miejscowej policji, pojechałby jakby nic się nie stało do sklepu, a widząc, że „ma ogon” skierowałby się prosto na komisariat? I to jeszcze z nielegalną bronią w samochodzie? To właśnie z powodu broni od domniemanego „instruktora”, Kraskowski został aresztowany na trzy miesiące – decyzję podjął Sąd Rejonowy w Piasecznie na wniosek miejscowej prokuratury.
Prokuratura i sąd dysponowały jedynie opinią biegłego dotyczącą broni. Ale nie posiadały kluczowej i najważniejszej ekspertyzy – z zakresu informatyki śledczej, która wskazałaby, kiedy, z jakiego urządzenia i o jakim adresie IP wysłano maila z pogróżkami oraz czy mógł to zrobić Leszek Kraskowski. Metadane wiadomości zawierają aż kilkadziesiąt informacji. W dzisiejszych czasach, kiedy hakerzy włamują się na cudze konta, podszywają się pod inne osoby, brak takiej weryfikacji – a więc i dowodu, że groźby wysłał Kraskowski, jest zdumiewający. On sam twierdzi – to wiemy od mec. Łukasza Pawelskiego, jednego z jego obrońców – że nie tylko nie wysłał tego maila, ale od lat używał innego konta mailowego.
Czy Kraskowski stojąc w kolejce do kasy wysyłałby e-maila z pogróżkami do komendanta policji?
Mec. Adam Janus, jeden z obrońców dziennikarza
Mec. Adam Janus, drugi obrońca dziennikarza stawia retoryczne pytanie: – Czy Kraskowski stojąc w kolejce do kasy wysyłałby e-maila z pogróżkami do komendanta policji?
– Będziemy wnosić o zabezpieczenie monitoringu z galerii handlowej w Piasecznie. Wniosę również o zgodę prokuratury na publiczne ujawnienie treści rzekomego maila skierowanego do komendanta. Moim zdaniem to wiele powie o tej sprawie. Więcej na tę chwilę nie mogę powiedzieć – mówi nam mec. Pawelski.
Dziennikarz wydał policji swój telefon komórkowy i podał do niego hasła. Czy zrobiłby to, gdyby był winny i gdyby użył telefonu do wysłania gróźb?
Mec. Pawelski: – Mój klient bez problemu udostępnił służbom swój sprzęt elektroniczny. To raczej dowód na to, że nie ma nic do ukrycia.
Użycie e-maila z imieniem i nazwiskiem – to jak zauważa jeden z naszych rozmówców, policjant z wieloletnim stażem – działanie absurdalne. – To jak świadome pozostawienie przez przestępcę swojej wizytówki czy dowodu osobistego na miejscu zbrodni. Żaden sprawca w ten sposób się nie pogrąża. Przeciwnie, robi wszystko, by nie został zdemaskowany – wskazuje.
Decydując o areszcie prokuratura i sąd nie posiadały dowodów na to, że e-mail z groźbami wysłał Kraskowski
Jakie warszawska prokuratura ma dowody na to, że wulgarnego, pełnego inwektyw maila do szefa policji w Piasecznie wysłał znany, bezkompromisowy dziennikarz śledczy i jeszcze się pod nim podpisał?
– Mamy do czynienia z postępowaniem poszlakowym i jak dotąd wszystkie poszlaki wskazują, że to podejrzany wysłał maila z pogróżkami – odpowiada „Rz” prok. Piotr Skiba, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie. I dodaje, że obecnie w tym zakresie jest prowadzona weryfikacja. – Żeby to stwierdzić trzeba uzyskać odpowiedzi od operatorów mailowych – wyjaśnia.
Domena i usługi Protona (proton.me, Proton Mail, Proton VPN itd.) należą do firmy Proton AG, szwajcarskiej spółki z siedzibą w Genewie. Proton jest uznawany za jedną z najbezpieczniejszych usług poczty elektronicznej dostępnych dla zwykłych użytkowników, m.in. zapewnia szyfrowanie „end-to-end” między użytkownikami Proton Mail – treść wiadomości jest szyfrowana tak, że nawet Proton nie może jej odczytać. Wiemy, że warszawska prokuratura skieruje do Szwajcarii wniosek o pomoc prawną, aby ustalić użytkownika poczty założonej na nazwisko Leszek Kraskowski.
Prok. Skiba przyznaje, że informacji potwierdzających wprost, że mail z groźbami wysłał Kraskowski, prokuratura ani sąd w momencie, kiedy decydowano o areszcie, nie posiadały.
– W ciągu 48 godzin od zatrzymania nie było możliwości, żeby to sprawdzić. W tak krótkim czasie nie da się zebrać całego materiału dowodowego. Obecnie trwa taka weryfikacja, wszelkie poszlaki wskazują na dziennikarza – zaznacza rzecznik.
Dlaczego więc prokuratura kategorycznie stwierdza, że „Zgromadzony materiał dowodowy wskazuje na duże prawdopodobieństwo, że Leszek K. popełnił zarzucane mu przestępstwa” i że mail „został wysłany ze skrzynki należącej do Leszka K.”?
Na czym opiera te stwierdzenia?
Pierwsza poszlaka: to adres mailowy z imieniem i nazwiskiem dziennikarza. Druga: w mailu z groźbami autor – rzekomo Kraskowski – miał podać sygnaturę sprawy, wszczętej z jego zawiadomienia, a dotyczącej stosowanych wobec niego gróźb. Czy ktoś inny mógł znać tę sygnaturę, np. świadkowie wzywani na przesłuchanie, którzy otrzymują ją na wezwaniu?
– Tak, byli przesłuchani świadkowie, jednak nie mam żadnej informacji, żeby znali oni sygnaturę dotyczącą tamtego postępowania. Mogły to być wezwania telefoniczne – odpowiada prok. Skiba.
Jest i trzecia poszlaka: załączone do maila zdjęcia broni, którą w aucie dziennikarza znaleźli policjanci. Nie jest to zdjęcie z profilu X z kałasznikowem, które publicznie zamieścił Kraskowski (ma być to forma żartu z bezkompromisowego dziennikarstwa, jakie go wyróżnia). Przedstawia się tam tak: „Dziennikarz, ekolog, historyk, miłośnik SF. Tropi przekręty władzy – każdej władzy. #ReporterzyOnline”.
Dziennikarz, który tropi przekręty i nikogo się nie boi
Kraskowski jest freelancerem. Finansowego wsparcia szuka na patronite.pl. Jego cykl publikacji o tym, jak wyprowadzano pieniądze z Polnordu i jaką rolę miała odegrać w tym kancelaria mec. Romana Giertycha, którego nazywa „lordem Polnordem” odbił się szerokim echem. Kraskowski ze swoimi ustaleniami zostaje zaproszony także przez posłów do Sejmu. Na portalu X ma przypiętych kilka informacji, np. „Wiadomość dla @GiertychRoman: mam całą zawartość skrzynki e-mail członka zarządu Polnordu odpowiedzialnego za finanse. Palce lizać! Radzę już zemdleć. Słoneczna Italia zaprasza. :-)”.
Kraskowski od dawna dreptał po piętach także Marianowi Banasiowi, prezesowi NIK i jego synowi Jakubowi. Powołując się na swoich informatorów, opowiadał, że w NIK funkcjonował system określany jako „kubusiowe” polegający rzekomo na pobieraniu 10 proc. od premii niektórych pracowników.
Leszek Kraskowski – to również jest zapisane w policyjnym protokole – po zatrzymaniu wnosi o zawiadomienie mec. Łukasza Pawelskiego. Jest noc, sobota. Pawelski nie odbiera, a kiedy próbuje oddzwonić na wyświetlony numer, nikt już nie odbiera. Według prokuratury dziennikarz nie podaje telefonu do mec. Pawelskiego, więc trzeba go szukać i nie stwierdza, że „ustanawia go swoim obrońcą”.
Leszek Kraskowski uważa że jest ofiarą wielopiętrowej prowokacji
Finał jest taki, że dziennikarz na sali sądowej, gdzie decyduje się jego los – trzymiesięczne aresztowanie jest sam, pozbawiony pomocy obrońcy, bo sąd nie wyznacza obrońcy z urzędu. Mec. Janus: – To bezwzględna przyczyna odwoławcza, na podstawie której orzeczenie Sądu Rejonowego w Piasecznie powinno zostać uchylone.
Obrońcom udaje się dostać do Kraskowskiego dopiero po kilku dniach. Dziennikarz siedzi w areszcie na Białołęce. Jak ocenia to, co go spotkało?
– Uważa, że jest to celowa gra kogoś, a on sam jest ofiarą wielopiętrowej prowokacji – relacjonuje nam mec. Janus. Kto rozgrywa tę grę? Nie ujawnia.
Wróćmy do początku tej historii.
Kraskowski, 23 maja, a więc dwa tygodnie przed zatrzymaniem napisał na platformie X, że został zaatakowany w Piasecznie przez mężczyznę uzbrojonego w nóż i gaz pieprzowy (dziennikarz zgłosił to na policji). Twierdził, że napastnik groził mu słowami: „Zadarłeś z niewłaściwymi ludźmi. Masz 7 dni na opuszczenie kraju, a jak nie, to cię dojedziemy. Wywalimy cię z domu. Zajebiemy. Spierdalaj do Albanii”. We wpisie opisał także, że mężczyzna pokazywał mu laptop ze stroną zatytułowaną „Cała prawda o Leszku Kraskowskim”. Według relacji napastnik miał twierdzić, że posiada prywatne informacje dotyczące życia dziennikarza i jego rodziny.
„Mamy nagrane nawet twoje kłótnie z żoną, twoje SMS-y. Wszystko mamy. Wiemy, że leczyłeś się na depresję i CHAD. Wiemy, że pisałeś do żony, że masz wszystkiego dosyć i chcesz popełnić samobójstwo” – cytował słowa agresora Kraskowski na X. „To się dzieje naprawdę. Nie zwariowałem. Nie żartuję” – pisał dziennikarz.
Mec. Janus: – Według niego wszystko to było ukartowane. Ten napad, potem pojawił się instruktor z bronią. Uważa, że trzeba dotrzeć do tego człowieka, prokuratura powinna wyjaśnić ten wątek. Jako obrońcy czekamy na dostęp do pełnych akt sprawy – mówi adwokat.
Prokuratura w komunikatach sugeruje, że Kraskowski jest chory i „zaniechał leczenia”. Zamierza sprawdzić, czy kiedy dziennikarz wysyłał maila do miejscowego komendanta był poczytalny – planuje zlecić biegłym jego badanie sądowo-psychiatryczne.
„W aktach sprawy znajdują się informacje o tym, że Leszek K. może dopuszczać się czynów z użyciem przemocy – posiada on liczne rejestracje w bazach policyjnych, jak również postawiono mu zarzut dot. znęcania się nad własną rodziną” – pisze prok. Skiba w komunikacie z 10 czerwca.
Kraskowski rzeczywiście jest w konflikcie z żoną i jej nowym partnerem.
O jakich „licznych rejestracjach” w policyjnych bazach mówi rzecznik prokuratury? Konkretów nie wskazuje. Zarzut znęcania się nad rodziną, dołożono Kraskowskiemu dopiero teraz, bo wcześniej przebywał za granicą. Tyle że – według informacji „Rz” – do Albanii dziennikarz wyjeżdżał na krótki czas i wracał. Było więc wcześniej wiele okazji, by to zrobić. Czy zdecydowano się na to dopiero teraz, by wzmocnić wątły materiał dowodowy?
Wątpliwości jest więcej – jak chociażby ta, że podczas przeszukania domu dziennikarza jako „osobę przybraną” (taka osoba ma czuwać nad prawidłowością przebiegu czynności) wzięto jego żonę, z którą jest skonfliktowany. Czy i w tym zakresie nie naruszono jego praw?
– Przeszukanie było przeprowadzone z udziałem osoby przybranej, która sprawuje pieczę nad domem i nad psem – przyznaje prok. Skiba.
„Boję się, że obudzę się jutro z nożem w brzuchu i uznają to za samobójstwo”
Kraskowski to typ dociekliwego, analitycznego dziennikarza, który krok po kroku, docierając do ludzi i dowodów materialnych, dąży do odkrywania prawdy. I jak w przypadku afery Polnordu, nawet skomplikowane ustalenia przedstawia w przystępnej dla odbiorcy formie.
Za ujawnianie prawdy, jak wynika z jego wpisów na X, ponosi konsekwencje.
Jak pisał, kilka miesięcy temu ktoś ostrzelał z broni myśliwskiej samochód jego i jego żony – prokuratura umorzyła postępowanie z powodu niewykrycia sprawcy. „Strzelano również do domu ogrodowego naszych dzieci, w oknie jest przestrzelina, framugi okien naszpikowane są śrutem” – opisywał. To po tym zdarzeniu po raz pierwszy, jeszcze w ubiegłym roku, wyjechał na trzy miesiące do Albanii.
Ponad miesiąc temu Kraskowski odkrył, że w jednej ze spraw z oskarżenia prywatnego (o zniesławienie) warszawski sąd zarządził jego poszukiwania „w skali ogólnokrajowej” w celu tymczasowego aresztowania – za to, że rzekomo nie odbierał prywatnych aktów oskarżenia (dziennikarz twierdził, że odebrał je dawno temu). Jak wskazywał Kraskowski, po jego interwencji u przewodniczącej wydziału, uznano to za „oczywistą pomyłkę” i ostatecznie sąd jego poszukiwania odwołał. Ale w systemie policyjnym jakiś czas figurował jako poszukiwany, co również narażało go na przykrości ze strony otoczenia.
23 maja (po zaatakowaniu go przez nieznanego mężczyznę) Leszek Kraskowski pisze na X: „To się dzieje naprawdę. Proszę Was wszystkich o pomoc. Nie dam się zastraszyć, bo nigdy się nie dałem nawet mafii pruszkowskiej, ale naprawdę boję się, że obudzę się jutro z nożem w brzuchu, a policja oświadczy: »Kraskowski chorował na depresję. Brak dowodów udziału osób trzecich. Popełnił samobójstwo«”.